Z notatnika fana, czyli o moim dawno oczekiwanym spotkaniu z Trzynastą Doktor

Jodie Whittaker jako Trzynasta Doktor w przestrzeni kosmicznej

Kilka lat temu, Kochani Czytelnicy, zupełnie niechcący, zupełnie przypadkiem, może zaczarowana pewnym szerokim uśmiechem, może znęcona pięknie niebezpieczną przygodą, wyruszyłam w podróż z pewnym sympatycznym, nieco szalonym i zabójczo uroczym kosmitą o dwóch sercach, w jego przedziwnej niebieskiej budce.  A była to… jest to… podróż wszędzie i nigdzie, w której na jeden krok do przodu, robisz kolejne dwa w tył, w której zasadniczo nic nie jest niemożliwe. Podróż pełna śmiechu, czasem złości,  czasem strachu i przede wszystkim nadziei. Jakby tego zaś było mało, w czasie tej podróży nazbyt często przyszło mi godzić się z nieuchronną zmianą, szaleńczo tęsknić za wszystkim, co utracone, tęsknie wspominać to, co minęło i narzekać, że to nowe jest zupełnie „nie takie”,  a jednocześnie, w przedziwny sposób z ekscytacją wyczekiwać dokładnie tej samej właśnie zmiany, która zawsze przynosiła coś absolutnie niespodziewanego. No i najważniejsze… żadne z tych uczuć i wrażeń nie straciło dla mnie nigdy na wartości tylko dlatego, że… podróż ta odbywa się  na ekranie telewizora.

Brytyjski serial ”Doctor Who” to legenda, fenomen którego nie sposób streścić w najmniejszym choćby stopniu tak, aby wypowiedź miała jakikolwiek sens, dlatego mówiąc o nim najczęściej odwołuję się, dokładnie tak, jak to zrobiłam powyżej, do uczuć i wrażeń, które on we mnie wywołuje. Zdecydowanie trudno jest bowiem, zwłaszcza komuś, kto oddał mu swoje fanowskie serce, wyjaśnić pobocznym obserwatorom, co właściwie urzekło nas w tej niebanalnej, pokręconej historii. Zamierzam więc dzisiaj, Kochani Czytelnicy, wrzucić Was w sam jej środek, bo moment ku temu  jest zaiste wyjątkowy.

Acha, zanim zaczniecie czytać dalej pamiętajcie, że jak zwykle piszę bardzo osobiście, bez aspiracji do mianowania się Whoviańskim ekspertem wszechrzeczy. O, i mogą się pojawić drobne spoilery do najnowszych odcinków, choć wiecie… więcej tu przeżyć niż konkretów 🙂

Nowy początek

Zabawnie czasem układa się życie, wiecie? Nieco ponad rok temu, wraz z moją dosłownie bratnią duszą, siedząc na dwóch różnych kanapach, w dwóch niewielkich kawalerkach, oddalonych od siebie o wiele kilometrów, niemal w tym samym momencie wstrzymywaliśmy oddech i zaciskaliśmy dłonie ze zdenerwowaniem i ekscytacją oczekując tak ważnych dla nas wieści. Mój brat, zapalony miłośnik tenisa ziemnego, utytułowany zawodnik amatorskiej ligi tenisowej, w pełnym emocji skupieniu śledząc finał Wimbledonu 2017′, z wielką radością przyjął historyczne zwycięstwo Rogera Federera. Krótko później także ja otrzymałam swoją upragnioną, wyczekaną, wiadomość, z entuzjazmem i jednak chyba zaskoczeniem, rozpoznając Jodie Whittaker w roli Trzynastego Doktora. Różniło nas tylko jedno… Dla mojego brata na ten czas to był koniec emocji, dla mnie zaś –  dopiero początek! (No dobra, i jeszcze to, że ja wiem kto to jest Roger Federer, zaś mój wspaniały brat niekoniecznie wie kim jest Jodie Whittaker i średnio kojarzy tego całego Doktora 😀 )

Począwszy zatem od pełnych emocji dyskusji, przez zadawane celebrytom na prawo i lewo w wywiadach pytania o komentarz w tej sprawie, a skończywszy na skrawkach zdjęć z planu, bardzo uważnie śledziłam następstwa tej historycznej decyzji, z coraz większą niecierpliwością oczekując pierwszego odcinka nowej serii.

Jodie Whittaker jako Trzynasta Doktor, odkrywa twarz, osuwając kaptur.
Pierwszy rzut oka na nową twarz Doktora to moment ekscytacji, przedziwne połączenie obaw i nadziei. Muszę jednak powiedzieć, że tym razem było w nim dla mnie o wiele mniej zaskoczenia niż się spodziewałam 🙂 Za to było całe morze popiskiwania, chichotania i najczystszej radości 😀

Co ciekawe w czasie, kiedy większa część rozmów, i w ogóle chyba emocji, koncentrowała się na płci Trzynastego Doktora, mnie zajmowało coś zupełnie innego. Wcale przy tym nie chodzi o to, że zupełnie mnie ta zasadnicza zmiana nie obeszła. Bynajmniej. Jestem towarzyszem Doktora już na tyle długo i wgryzłam się  w jego historię na tyle dobrze, aby rozumieć dlaczego ta zmiana jest tyleż ważna, co kontrowersyjna. Rozumiem też dlaczego jest ona niezwykle istotna właśnie teraz, współcześnie, kiedy naprawdę głośno i dobitnie toczą się publiczne debaty o tym czym naprawdę jest równość kobiet i mężczyzn, przy jednoczesnym poszanowaniu naturalnych różnic obu płci. Zatem, tak, to ma znaczenie, że Doktor jest kobietą, tyle, że dla mnie (i założę się, że dla wielu innych widzów) to zupełnie nie było zaskoczenie.

O możliwości regeneracji Doktora w postać żeńską mówi się już od długiego czasu,  podobno nawet od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Tym silniej zaś ta koncepcja powraca od czasu pojawienia się coraz to silniejszych, znacznie bardziej samodzielnych i niezależnych towarzyszek, czy wreszcie Missy, która szczególnie pięknie przygotowała grunt pod taką zmianę. Co prawda tu i ówdzie pojawiały się opinie, że skoro Doktor od lat regeneruje się jako mężczyzna, a Dwunasty Doktor ujawnił, że wręcz sam zdecydował o tym, czyją twarz przyjmie, to wygląda jakby po prostu czuł się mężczyzną. Ja jednak osobiście, tego wakacyjnego popołudnia, gdy czekaliśmy na ujawnienie nowej tożsamości Doktora, wolałam wspominać wypowiedziane w jednym z odcinków słowa Dwunastego Doktora, dobitnie podkreślającego, że dla rasy tak rozwiniętej, jak Władcy Czasu, płeć to sprawa więcej niż drugorzędna. Tak, wyraźnie przeczuwałam, że nie będzie już chyba lepszej chwili, aby Doktor przyjął nie tylko ciało, ale i punkt widzenia kobiety. Tyle tylko, że to, czy o owym kobiecym punkcie widzenia może być tak do końca mowa,  dopiero się okaże…

Jodie Whittaker w czasie udzielania wywiadów na temat roli Trzynastego Doktora. Trzy zdjęcia prezentują jej żywą i wesołą naturę oraz entuzjazm związany z rolą.
Okazało się, że bardzo lubię słuchać Jodie mówiącej o roli Trzynastego Doktora. Zdecydowanie udziela mi się jej entuzjazm, trafia do mnie jej poczucie humoru i podoba mi się, że wkracza w ten świat z wyraźnie podniesionym czołem, ale bez odrobiny nawet pychy. Mam naprawdę silne wrażenie, że przychodzi budować, nie niszczyć 🙂

Widzicie, dla mnie w sumie o wiele bardziej ważna i emocjonująca niż ta radykalna zmiana płci głównego bohatera, okazała się zmiana głównego scenarzysty i showrunnera serialu. Dyskusje na temat wyższości jednego scenarzysty nad innym to, jak wiecie, … albo i nie…, bardzo drażliwa sprawa wśród Whovian (tj. fanów serialu „Doctor Who”). Tymczasem to, co dla mnie liczy się naprawdę, to tylko i wyłącznie dobra historia. Steven Moffat, czyli ostatni główny scenarzysta tego serialu, był dla mnie zawsze mistrzem jednorazowych historii, a wśród moich najukochańszych odcinków, do których powracam z wielką przyjemnością, większość jest jednak jego autorstwa. Zawsze ceniłam też ten jego wyjątkowy dar do tworzenia poczucia zagrożenia, by nie rzecz wprost – niebezpiecznych wrogów,  z pozornie obojętnych, zwyczajnych przedmiotów i sytuacji. Jednocześnie, według mnie nie da się nie zauważyć, że w pewnym momencie jego pomysły stały się nieco męczące. Nigdy nie sądziłam, że mogłabym oglądać jakikolwiek odcinek tego fantastycznego serialu „z obowiązku”, a jednak w ostatnich seriach zdarzyło się to kilkakrotnie…

Peter Capaldi w roli Dwunastego Doktora i trzy ilustracje jego ilustracje jego "nieziemskiego" uśmiechu
Prawda jest ostatecznie taka, że niemal przez cały czas rezydowania Dwunastego Doktora czułam, że tak okropnie brakuje mi czegoś nieuchwytnego, nie do końca nazwanego, czego nie mógł mi dać nawet genialny Peter Capaldi, ze swoim zupełnie pozaziemskim uśmiechem.

Wydaje mi się, że Steven Moffat w pewnym momencie doszedł do punktu, w którym opowiedział nam już wszystkie historie, które miał do opowiedzenia, a wszystko później tworzył już jakby prosto z głowy, nie z serca. Dlatego właśnie taką ekscytacją natchnęła mnie informacja o tym, że teraz stery przejmie teraz ktoś zupełnie inny, kto zupełnie od nowa pozwoli mi cieszyć moją podróżą na pokładzie TARDIS, tym bardziej, że został nim Chris Chibnall, autor innego serialu, który uważam za jeden z najlepszych, jakie w ogóle dane mi było śledzić.

Wzruszenie i niedowierzanie - zbliżenie na emocje Trzynastego Doktora
…W tym momencie wrócić by należało do sprawy kobiecego punktu widzenia… Wszak, choć Doktora zagra kobieta, fundament jej postaci, w tym żarty, mądre przemowy i naukowe tyrady, w dużej mierze napisze jednak mężczyzna… Pozostaje mieć nadzieję, że Chris Chibnall, który w „Broadchurch” fenomenalnie poradził sobie z ukazywaniem kobiecego punktu widzenia, równie dobrze poradzi sobie teraz.
Chociaż patrząc obiektywnie… mamy do czynienia z kosmitą, który widział koniec i początek świata, urodził się jako mężczyzna, pozostawał nim przez setki lat i zdaje się, że zakochał się na zabój w ziemskiej kobiecie, więc nie spodziewajmy się zbyt wiele na raz. Jak wiadomo, posiadanie odpowiednich narządów, nie wystarczy, aby zdefiniować człowieka jako kobietę 🙂

Po prostu Doktor

Dobrze więc, Kochani Czytelnicy, wiecie już, że na to swoje pierwsze spotkanie z Trzynastą Doktor, czekałam, czekałam i czekałam; śledziłam, przeżywałam, dyskutowałam i spekulowałam…  Od pierwszej minuty, pierwszego „brilliant” i pierwszego buntu TARDIS, mimo że  nadzieje i oczekiwania to rzecz wielce niebezpieczna, ja … czekałam. Dopiero dzisiaj, cztery odcinki dalej, ponad rok później, czuję, że mogę powiedzieć, co z tego oczekiwania wniknęło…

Przede wszystkim interesujące wydaje mi się to, że zupełnie nie odczułam jakoś radykalnie zmiany płci Doktora. Poza tym, że tu i ówdzie Doktor dziwi się temu, że faktycznie jest dziewczyną i że ludzie tytułują go „Panią”, nic głębszego, póki co, nie wynika z tego faktu. Nie czuje się jakiejś nagłej „kobiecej solidarności” z żeńską towarzyszką  ani też nagłego przypływu jakichś legendarnych kobiecych cech. Nawet strój dobrano jej tak, że nie epatuje ona swoją kobiecością, ale też jej specjalnie nie zasłania. Co prawda da się zauważyć jakby więcej troski i empatii w jej sposobie bycia, jednak niekoniecznie jest to efekt nagłego przypływu kobiecych hormonów. Prędzej rzuca się to w oczy przez kontrast ze zdystansowanym i społecznie nieprzystosowanym Dwunastym. Zatem jak dla mnie,  Doktor, to po prostu Doktor, i nie czuje się potrzeby tytułowania go Panią, tak, jak wcześniej nie czuło się potrzeby tytułowania go Panem.

Trzynasta Doctor prezentuje niwy strój
Jodie Whittaker została w jednym z wywiadów zapytana przez członka publiczności czy będzie preferowała tytuł „Time Lord” czy też raczej  „Time Lady”. Bez chwili wahania, z czarującym uśmiechem, odpowiedziała wówczas: „Time Lord”. Szeroko uśmiechnęłam się do jej reakcji 😀
A wiecie dlaczego dla mnie osobiście jest to takie ważne? Otóż pokochałam tego psotnego kosmitę już dawno temu i byłoby mi zdecydowanie przykro, gdyby ktoś grubą krechą oddzielił tę część podróży, którą odbyłam z Doktorem w jego męskiej postaci. To wszak duża umiejętność wprowadzać nowoczesność, nie depcząc tradycji… Brawo Jodie!

Odkładając zatem zupełnie na bok kwestię płci, choć ta może wciąż jeszcze wypłynąć nieco wyraźniej, muszę Wam powiedzieć, że choć Doktora wciąż nie da się przeoczyć w największej choćby grupie ludzi, to jednak wciąż jeszcze nie umiem powiedzieć jaka jest ta Trzynasta Doktor. Jej sposób bycia bardzo przypomina mi mojego ukochanego Dziesiątego Doktora, z tym mówieniem z szybkością karabinu maszynowego, nadpobudliwymi ruchami, a także wydawaniem poleceń i ruszaniem w drogę bez oglądania się czy towarzysze ruszą za nią (hihi, do tego już ze trzy razy powiedziała „I’m really sorry” 😀 ). Jednocześnie, pozbawiona ciężaru konsekwencji Wojny Czasu, jaki dźwigać musiały poprzednie inkarnacje, ma ona w sobie jakiś taki rys takiej beztroskiej dziecięcej ciekawości, otwartości i zachwytu, tego dziecięcego wzruszania ramionami w swej niezachwianej pewności, że przecież jak nie ma planu, to się go wymyśli. Z drugiej zaś strony, Trzynasta Doktor wydaje się być zdecydowanie pewniejsza siebie i swoich umiejętności, a momentami, mimo swej wątłej budowy, niesamowicie silna, wręcz mocarna. Zdecydowanie wyraźniej niż, zwłaszcza niektóre, poprzednie wcielenia,  bierze  ona sprawy w swoje ręce i choć miewa momenty słabości, koniecznie sama chce decydować o swoim losie. Przepięknie widać to przede wszystkim w scenie tworzenia śrubokręta sonicznego czy w scenie, w której towarzysze ostatecznie decydują się świadomie na podróż na pokładzie TARDIS, gdy zamiast szalonej radości, Doktor częstuje ich… prośbą o głębokie przemyślenie sprawy.

Trzynasta Doktor z zawziętą miną :)
To, co Jodie Whittaker vel Trzynastej Doktor wychodzi naprawdę wspaniale, to zestaw min ilustrujących różne emocje. Do moich ulubionych należą zwłaszcza te, które można by zatytułować  „A masz!” (a które okropnie trudno uchwycić na zdjęciu). Bezcenne ☺

To ciekawe także, że choć nadal pozostaje ona najmądrzejszą osobą w pomieszczeniu, jawi się wreszcie jako osoba, która sama wiele jeszcze musi się nauczyć, co czyni z cudowną dozą zadziwienia i dociekliwości, jak zwykle pochylając się nad każdym istnieniem, niezależnie od tego, jak dziwna byłaby jego forma. Muszę przyznać, że choć jestem wielką zwolenniczką wprowadzenia do fabuły zupełnie nowych „złoli” to wręcz szokiem okazała się dla mnie ta nagła zmiana, w myśl której Doktor na widok przeciwnika, zamiast dumnie i bezczelnie oświadczyć, że to przecież szkaradna rasa X z planety Y przybyła tu żeby wykonać misję Z, dopytuje antagonistów kim właściwie są i czegóż to chcą. O rany, rany, przecież to on/ona zawsze wiedział/a co czai się w cieniu, a teraz musimy to rozpracować razem, od samiuśkiego początku…  Ciekawi mnie czy to wciąż zamroczenie po regeneracyjne czy tak już naszemu Doktorowi zostanie i mówiąc szczerze, choć z jednej strony jest to wyraźnie odświeżające i sprawia, że Doktor wydaje się zdecydowanie bardziej sympatyczny, to tęsknię niezmiernie za Doktorowymi przechwałkami. Nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo jednak lubiłam te  bufonowate, nieraz wręcz bezczelne Doktorowe przechwałki, czując chyba, że w ten sposób radzi on sobie z własnymi emocjami, o których mówić wprost raczej nie potrafi. Tymczasem w przypadku Trzynastej Doktor, ów kosmiczny charakter, nieprzystosowanie do ziemskich standardów, gdzieś mi umyka, jest jakby obecne bardziej w słowach niż w jakimś szczególnym rysie charakteru. Ok, przyznaję tutaj, że może w tych odczuciach być też sporo mojej winy, bo zakochałam się w kosmicie, który bez wahania mówił o sobie „I’m brilliant” lub „I’m genius” i jakby troszkę mi tego mało u Trzynastki.

Trzynasta Doktor patrzy w bok (zbliżenie na twarz), katem oka obserwując ważny moment w historii
Zdecydowanie za to podoba mi się, pojawiający się w jednym z odcinków, fakt obsadzenia Doktora w roli strażnika historii. Zastanawiam się czy to jednorazowy pomysł, czy też stanie się on motywem powracającym u  Chrisa Chibnalla. Moim zdaniem byłoby to bardzo ciekawe, że ten, który tyle razy namieszał w historii, często z pobudek nader osobistych, miałby teraz stanąć na jej straży. Trochę mi się jednak nie chce wierzyć, że „mój Doktor” będzie potrafił przejść obok cierpienia konkretnej jednostki w imię wyższego dobra  🙂

W tym wszystkim pamiętać trzeba, że Doktor nie zdążył nam jeszcze wiele pokazać. Nie nawiązał jeszcze silnej więzi z towarzyszami, ani nie zdradza szczególnej tęsknoty za przeszłością. Wciąż za to zdradza wyraźne oznaki zagubienia i poszukiwania swojej drogi. Samo to jednak, że po każdym odcinku chciałabym dodać co nie co do katalogu jego cech i zachowań, rokuje więcej niż dobrze 🙂

Przywitanie z TARDIS
Jak dobrze wiedzieć, że jednak pewne rzeczy pozostają niezmienne… Chwila, w której Doktor przywitał TARDIS wzruszyła mnie tak, jak ostatnio wiedziony przez nadmiar tragedii i rozstań, mój wspaniały bohater, nie potrafił mnie wzruszyć już od dawna. Notabene, uwielbiam nowy wystrój TARDIS. Pięknie obrazuje ten paradoksalny rys charakteru Trzynastej Doktor, w której ciepło łączy się z surowością. Znów tak, jakby Doktor nareszcie mogła być sobą…

Nie tylko Doktor 

To zupełnie niezwykłe, Kochani Czytelnicy, że w serialu, którego rdzeniem jest nieuchronna i bardzo intensywna zmiana, można się tak niezwykle przywiązać do tych wszystkich  skrawków stabilizacji. Tymczasem obecnie, skala zmian jest tak duża, że człowiek czuje się jak na emocjonalnym rollercoasterze, co z pewnością ma wpływ nie tylko na relację z główną bohaterką, ale i ogólny odbiór serialu.  Jednak „Doctor Who” zawsze prowadził nas niestrudzenie dalej, a dla swoich fanów, … i nie tylko zresztą…, był czymś znacznie więcej niż opowieścią o dziwnym kosmicie, który poszukuje przygody (czytaj: kłopotów) w czasie i przestrzeni. Nie tylko Doktor, jaki by nie był charyzmatyczny, stanowi bowiem o wartości tej historii…

Trzymając się tego wniosku myślę sobie, że obecnie ta wartość dodana, mimo niewątpliwie interesujących pomysłów fabularnych, gdzieś mi się gubi w szalonym  kalejdoskopie zmieniających się okoliczności. Widzicie, na początku cieszyłam się, że odejdziemy od wielkich „plot twist’ów”, „cliffhanger’ów” i rozciągniętych na całe serie konspiracyjnych wątków, które w ostatecznym rozrachunku ździebko mnie zmęczyły. Jednak okazuje się, że takie skakanie z miejsca na miejsce, raczej bez celu, właściwie to jednak przypadkowe lądowanie tu czy ówdzie, również może nie być rozwiązaniem idealnym. Mam wrażenie jakby wszystko działo się zbyt szybko, jakby niektóre wątki były irytująco niepodomykane, jakbym miała zbyt mało czasu, aby zżyć się z bohaterami i naprawdę przejmować ich losem (wyłączywszy Doktora naturalnie) …

Mężczyzna z zaciętą miną, biznesman, właściciel sieci hoteli, który nie cofnie się przed niczym
A jednak mi trochę brak tego odkrywania, że wszystko jest inne niż się wydaje… Fakt, czasy nasze są niełatwe, a  wielką zdobyczą ludzkości jest luksus mówienia wprost, piętnowania zła i rozpowszechniania dobra. Tyle tylko, że nie znam ani serialu, ani żadnego innego dzieła sztuki, któremu natrętne moralizowanie wyszłoby na dobre. Widz czuję się trochę idiotycznie, gdy od początku podaje mu się rozwiązanie na złotej tacy z napisem „oto słuszna prawda”, zaś szalenie mądry i wrażliwy wyda się sam sobie, jeśli mu się tę tacę choćby zasłoni serwetką tak, aby po jej odsunięciu miał wrażenie, że oto dokonał wielkiego odkrycia.

W sumie najgorsze chyba,  co mogłoby  spotkać „Doctor Who”, to zmiana w nieco dziwny procedural science-fiction, w którym Doktor, niczym kosmiczny stróż prawa, oczyszczałby planety z wszelkiej maści złoczyńców, czyli taka opatrzona ogromną ilością efektów specjalnych zabawa w policjantów i złodziei. Nowy tydzień, nowa sprawa, a reszta to tylko legenda… Pewnie dlatego, widząc potencjał Trzynastej Doktor na budowanie od nowa, ale bez niszczenia fundamentów, cały czas żywię niczym przecież nie popartą nadzieję, że Chris Chibnall znienacka wszystko/większość jeszcze podomyka w sposób jakiego w ogóle się nie spodziewam. Zaś potencjał, moim zdaniem,  otwiera się przed nami wręcz bezkresny 🙂

Pozaziemski niebieski twór, przypominający kształtem olbrzymi dzban.
Wierzcie mi, choć od jakiegoś czasu byłam przekonana, że Doktor pokazał mi już niemal wszytko, z zaskoczeniem odkryłam, że wcale nie, że w wiele zakątków, kosmosu, historii, umysłu, duszy, marzeń, niebezpieczeństw, jeszcze nie  zajrzałam i chętnie to uczynię w towarzystwie Trzynastej Doktor 😀

Wyjątkowo wiele nadziei wiąże osobiście z trójką towarzyszy Doktora, których postaci zaintrygowały mnie niemal od pierwszego spotkania. Zachwyciła mnie ich różnorodność. Zachwycił mnie charakter ich związków, nie ckliwy, a jednak bardzo ciepły. Zachwycił mnie wreszcie sposób w jaki budują swoją relację z Doktorem. Nade wszystko jednak zachwyciła mnie ich zwyczajność, dzięki której kibicuję im po stokroć mocniej. Żadne z nich, póki co, nie jest najważniejsze, obdarzone jakąś niezwykła siłą, talentem czy sprytem. O ich  wartości nie stanowi  żadna z niezwykłych przygód, ale ich własne czyny i decyzje oraz niesamowite otwarcie na świat, nawet jeśli nie kończy się on na kuli ziemskiej. Myślę, że jest to możliwe także dzięki temu, iż poznając to wcielenie Doktora, tak swobodnie łączące technobełkot z rozbrajającym przyznawaniem się do niewiedzy, nie budują swojej relacji na wzór relacji mistrz-uczeń, ale  naprawdę starają się stworzyć „Team TARDIS”  w oparciu o najbardziej partnerskie relacje, jakie tylko można stworzyć, mając za towarzysza osobnika z innej planety.

Trzynasty Doktor na pierwszym planie, w tle trójka towarzyszy: Yaz, Graham i Ryan
Faktycznie, Doktor nie wybrał ich przecież z powodu…. zaraz… Doktor wcale ich przecież nie wybrał, nie do końca ich także zapraszał. Ostatecznie to oni wybrali jego, bo któż mógłby się oprzeć, prawda?

Każdy z nich ma moim zdaniem własny powód, dla którego ostatecznie decyduje się, aby podróżować z Doktorem, poza zwyczajną radością z przebywania we własnym towarzystwie. Yaz zdaje się szukać miejsca, gdzie nareszcie będzie mogła być niezależna, gdzie ujście może znaleźć jej odważna, kreatywna natura. O tak, ona chce od życia wyraźnie czegoś więcej. Ryan, który zdaje się bardzo surowo oceniać, to właśnie w obecności Doktora zdaje się powoli odnajdować zagubione poczucie własnej wartości i przekonanie, że na świecie jest o wiele więcej dziwnych rzeczy niż dorosły chłopak, nie umiejący jeździć na rowerze. Graham z kolei, wbrew pozorom, zdaje się być najbardziej otwarty z całej trójki, choć jednocześnie najciężej znosi tempo otaczających go zmian. W podróży na pokładzie TARDIS zdaje się poszukiwać wszystkich utraconych szans, coraz bardziej nabierając przekonania, że w chwili, gdy sądził, że życie nie może mu dać już więcej, że dotarł do swojej bezpiecznej przystani, ono potrafi go tak zaskoczyć, tak obezwładniając zachwycić i tak potwornie zasmucić. Takie pragnienie życia naprawdę potrafi uzależnić…

Doktor w TARDIS w towarzystwie trójki swoich towarzyszy: Yaz, Ryana i Grahama
Dzisiaj tak właśnie widzę towarzyszy Doktora, choć jak już pisałam, żaden tam ze mnie Whoviański ekspert  🙂 Czas pokaże czy za tymi powodami nie kryje się coś więcej i czy intencją naszych bohaterów jest naprawdę pragnienie przygody, odmiany…. Mam tylko nadzieję, że ich wątek ni zostanie tak zniszczony, jak wątek Bill, którą pokochałam od pierwszego wejrzenia po to, aby pod koniec żegnać ją z mieszaniną żalu i niedowierzania (no dobra trochę smutku i tęsknoty też było, lubiłam ją przecież…)

W tym wszystkim pamiętać jednak trzeba, że Doktor tak naprawdę nie podróżuje z trójką towarzyszy, lecz z setkami, jeśli nie milionami fanów, którzy w przedziwny sposób mieszczą się swobodnie, z całą galeria opinii i ekspresji, w tej policyjnej budce, większej od środka. Na Chrisie Chibnall’u i reszcie ekipy spoczywa więc ogromna presja, choć z góry wiadomo, że spora grupa owych towarzyszy będzie chciała samodzielnie dekorować TARDIS, ktoś na pewno zawoła, że przykrótkie spodnie jednak nie są „cool”,  a przynajmniej nie bardziej niż mucha i gitara, ktoś ewidentnie na złość, z miną pełną satysfakcji, zje na pokładzie TARDIS kilogram gruszek i jeszcze ogryzki zostawi, a ktoś wreszcie zdecydowanie poprosi o wysadzenie na najbliższej planecie, nawet jeśli jest nią Skaro. Najlepiej więc, twierdzi moja wewnętrzne fangirl, jest czasem wyłączyć myślenie krytyczne (plus jeszcze opcje komentowania na profilu ;P) i dać się ponieść historii…

To jak, Kochani, hop do niebieskiej budki? 😀

Ps.1 Niniejszy wpis powstał po obejrzeniu pierwszych czterech odcinków nowej serii „Doctor Who”. Z premedytacją nie sięgnęłam po kolejny przed jego publikacją. Wierzcie mi, Kochani Czytelnicy, okropnie trudno jest mi uporządkować moje wrażenia w tej materii, a każdy kolejny odcinek przynosi nowe pomysły i spostrzeżenia. Dlatego w pewnym momencie musiałam powiedzieć sobie stop 🙂

Ps. 2 Tak, tak, nie było nic o nowej muzyce, aktorstwie i czołówce, a także o milionie innych rzeczy. Było dokladnie o tym, co podpowiada mi serce fana, więc o reszcie chętnie podyskutuję w komentarzach 🙂

Ps. 3 Jeśli dotąd jeszcze nie poznałeś, Kochany Czytelniku, Doktora, to teraz jest świetny moment 🙂 Możesz także zajrzeć do różnych miejsc w sieci, gdzie poczytasz o tym, kim jest Doktor i dlaczego właściwie ludzie go kochają, a także dowiedzieć się, że nie ma jedynego słusznego sposobu, aby rozpocząć przygodę z tym sympatycznym kosmitą.  Moje dwa ulubione wpisy w tej materii znajdziesz tutaj i tutaj 🙂

 

Reklamy

2 myśli w temacie “Z notatnika fana, czyli o moim dawno oczekiwanym spotkaniu z Trzynastą Doktor

  1. Hołka 9 listopada 2018 / 18:40

    Wspominałaś o tym, że piszesz nowy wpis, ale nie mówiłaś, o czym on będzie – i tu taka niespodzianka! 🙂

    Jak zawsze wspaniale czytało mi się twoje słowa. I ponownie przy prawie każdym akapicie myślałam – zgadzam się, czuję dokładnie to samo! 😉

    Mnie również zupełnie nie zaskoczyło to, że nowym Doktorem została kobieta (tak naprawdę to byłabym zdziwiona, gdyby stało się inaczej). W pierwszej chwili poczułam natomiast drobne rozczarowanie, bo liczyłam na to, że za sterami TARDIS usiądzie Olivia Colman. Ba, początkowo bałam się, że Jodie Whittaker nie będzie nadawać się do grania Władcy Czasu! Na szczęście wszystkie moje obawy zniknęły w chwili, w której zobaczyłam ją w roli Doktora.

    Przy okazji bardzo podobało mi się to, co napisałaś o Chibnallu i kobiecym punkcie widzenia. Rzeczywiście to, że Doktor zmienił płeć wcale nie oznacza, że zmienił się jego sposób myślenia. Więc to chyba dobrze, że showrunnerem jest mężczyzna, a nie kobieta.

    A skoro przy Chibnallu jesteśmy: kiedy dowiedziałam się, że to on będzie kierował serialem, zapiszczałam z radości, bo też kocham „Broadchurch”. Ale potem poszłam podzielić się tą dobrą nowiną ze znajomym, który jest prawdopodobnie jednym z największych Whovian w Polsce i on ostudził mój zapał stwierdzając, że Chibnall pracował wcześniej zarówno przy „Doktorze Who” jak i „Torchwood”, i nie zawsze wychodziły z tego dobre odcinki. I w obecnej chwili myślę, że obawy kolegi przynajmniej częściowo były słuszne.

    Podobnie jak ty – w „Doktorze Who” najbardziej liczą się dla mnie emocje, jakie serial we mnie wywołuje. I choć momentami nowy sezon trafia w odpowiednią strunę (mnie też wzruszył moment, w którym Doktor odnalazł TARDIS), to przez większość czasu czuję się dokładnie tak samo, jak „za czasów Moffata”, czyli nie do końca obchodzi mnie to, co dzieje się na ekranie. 😦
    Cały czas pocieszam się jednak, że Doktor potrzebuje czasu, by się rozkręcić. I że mojego ukochanego, Dziesiątego także nie pokochałam od pierwszego wejrzenia. Z drugiej strony w przypadku Jedenastego też w kółko powtarzałam sobie „spokojnie Hołka, jeszcze go polubisz” i jakoś nic z tego nie wyszło.

    Zgadzam się z tym, że głównym problemem może być tu to, że ciężko jest określić kim jest Trzynasta Doktor. Chyba po raz pierwszy serial tak mocno skupia się na towarzyszach, a sam Władca Czasu zdaje się stać trochę w tle. Jednocześnie mamy tu klęskę urodzaju polegającą na tym, że na pokładzie TARDIS jest za dużo osób, przez co żadna z nich nie dostaje takiej ilości czasu na ekranie, na jaką zasługuje. Mało tego, niektórzy bohaterowie są nieraz traktowani tak bardzo po macoszemu, że równie dobrze mogliby być nieobecni w całym odcinku (mam tu na myśli głównie Yaz).

    Z innych rzeczy: mi też przeszkadza to, że serial prawi morały w nieco zbyt otwarty sposób. Fajnie, że Trzynastka nie używa broni, ale wydaje mi się, że jej wcześniejsze reinkarnacje manifestowały to odrobinę mniej natrętnie. Przy czym, co do wskazanego przez ciebie odcinka ze złym politykiem – dla mnie moralizowanie zeszło tam na drugi plan, bo bardzo urzekło mnie to, jak zaprezentowane zostały pająki. 😉

    Koniec końców, znów podobnie jak ty – nie potrafię na razie jednoznacznie określić, co myślę o tej nowej serii. Kocham „Doktora Who” i chcę, żeby ten serial był możliwe jak najlepszy, przez co niewątpliwie zawieszam mu bardzo wysoko poprzeczkę. Jednocześnie – właśnie z powodu tej miłości, przymykam oko na pewne niedoskonałości, a innych rzeczy po prostu nie mam serca krytykować. Zaś nowego Doktora i jego towarzyszy nie sposób nie lubić, ale też jak na razie nie udało mi się ich pokochać.
    Innymi słowy myślę, że dopiero pod koniec sezonu będę mogła bardziej zdecydowanie określić, co z tej Trzynastki wyrosło i czy jest ona kimś, z kim chciałabym podróżować w czasie i przestrzeni.

    PS. Dziękuję za PS! 😀

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 27 listopada 2018 / 20:48

      W sumie to ja też na początku miałam trochę wątpliwości czy Jodie podoła roli, tym bardziej, ze nie specjalnie lubiłam jej bohaterkę z „Broadchurch”. Moje wątpliwości trwały jednak tak długo, jak ekipa serialu musiała milczeć. Pokochałam ją bowiem właściwie od pierwszego wywiadu. Tchnęła taką świeżością, entuzjazmem i jakimś takim pozytywnym zakręceniem, że śmiałam się do monitora jak głupia. Hehe, no i, choć serio kocham Doktora jak szalona, to Jodie polubiłam na razie znacznie bardziej niż jej bohaterkę 🙂
      Jeśli idzie o „Chibsa” to sądzę, że wiele w moich pierwszych odczuciach, i założę się, ze nie tylko moich, to jednak odwołanie do niespodziewanie genialnego „Broadchurch”. Jednak faktycznie napisał on kilka odcinków już wcześniej, i mówiąc łagodnie nie wszystkie były super udane. Mój ulubiony z jego starych odcinków to „42” i gdyby pisał tak własnie równo, przez cały czas, to byłoby co najmniej dobrze. Bardzo mi się podoba, że nie robi on z Doktor takiej mocno przerysowanej kobiety i że w ogóle nie próbuje na siłę podkreślać jej kobiecości, bo to byłoby jak dla mnie absolutnie niewiarygodne. Teraz, jeszcze kilka odcinków dalej niż w tekście, mogę też powiedzieć, że trochę mnie męczy to, że obecnie wszystkie Doktorowe sprawy są nadal wielkie, ważne i śmiertelnie poważne. Ja wiem, że Doktor powinien nam mieć wiele ważnego do przekazanie, ale tak mi brak takiego trochę szaleństwa, jakiejś dozy irracjonalnych zachowań (tzn. irracjonalnych z punktu widzenia człowieka), jakiejś szalonej przygody dla przygody, w której Doktor mimochodem ratuje świat, brak mi dziwności, niewytłumaczalności i, nigdy nie sądziłam, ze to powiem, brak mi jakiejś tajemnicy, która niczym peleryna niewidka zawsze otaczała Doktora (a ostatnio troszkę mała jest ta peleryna). Nadal za to kocham towarzyszy, i choć zgadzam się z tym, że zapewne jest ich zbyt wielu, to podoba mi się, że oglądamy Doktora ich oczami, że on sam niewiele o sobie mówi, trochę stoi z boku, a my zastanawiamy się kim jest (tzn. pewnie bym się mocno zastanawiała, gdybym nie śledziła jego przygód przez poprzednie 10 sezonów :P). No i to dla mnie niewiarygodne, ale przez osiem odcinków nawet raz nie pomyślałam o Doktorze „ale z niego buc” (choć jak napisałam w swoim tekście lubiłam te jego przechwałki), hehe jeśli to właśnie „Chibs” rozumie przez kobiecość, tzn. tę empatię, troskę o innych, zrozumienie dla ich losów, to jestem mu wstanie wybaczyć te jego morały i nie do końca logiczne podróże Doktora, bo lepszej definicji kobiecości nie mogłabym sobie wyobrazić 🙂
      Także, lubię tę Doktor, choć czepiłabym się tego i owego jeszcze 🙂 W moim przypadku to Dwunasty nie umiał mnie do siebie przekonać. Jedenastego w końcu jednak polubiłam, choć udział wielki ma w tym moja córka, przez którą niektóre odcinki znamy niemal na pamięć (serio, moje dziecko potrafi mówić cytatami z „Jedenastej godziny” na przykład 🙂 . Dlatego też tak czekałam na zmianę, bo nie mogłam ścierpieć tego, że choć tak zachwycało mnie jak Capaldi gra, tak bardzo mnie zachwycało, to tak ogromnie nie mogłam polubić jego bohatera. Podziwiałam go, kibicowałam mu, ale nigdy go zwyczajnie nie polubiłam. Także przez większość jego odcinków rozkładałam na czynniki pierwsze to, jakim Capaldi jest genialnym aktorem, zamiast wciągnąć się w przygodę 😛
      No i na koniec muszę Ci o czymś powiedzieć. Kiedy ogłoszono, że Doktor będzie kobietą, było trochę rozmowy o tym, że to dobrze, że dziewczynki będą miały wreszcie bohaterkę dla siebie. Myślałam wtedy, że to bzdury, że płeć nie ma znaczenia i jeśli wychowuje się dziewczynkę pokazując jej, ze może być kim chce niezależnie od płci, to wszytko jej jedno kim jest w sumie jej bohater. Oj, jednak chyba się myliłam, i to wszystko ma znaczenie… Od wczoraj można w polskiej telewizji oglądać „Doctor Who” z lektorem, co chętnie robimy z moją małą, bo jeszcze nie czyta ona nazbyt sprawnie, więc nie może jeszcze oglądać z napisami. Strasznie się cieszyła na regenerację i oczywiście od razu wychwyciła, że TARDIS traktuje Trzynastą podobnie jak jej ukochanego Jedenastego Doktora, a więc jej serce zostało podbite w ciągu pierwszych pięciu minut od pojawienia się na ekranie. Po pierwszym z kolei odcinku z entuzjazmem powtarza „Doktor to dziewczyna, taka jak ja, mamo, nareszcie dziewczyna” 🙂 Hehe, albo wychowuję groźny typ feministki, albo to naprawdę ma znaczenie, dla wielu małych dziewczynek na całym świecie 😀
      Ps. Nie ma za co, przeczytałam wiele tekstów od Doktorze, mądrych, rzetelnych, geekowskich, ale tak naprawdę w niewielu można między słowami odszukać taką uroczą, prawdziwą miłość do tego czarującego kosmity, Twój taki jest 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s