Kiedy popkultura zbyt dobrze imituje rzeczywistość czyli o kilku zwodniczych „drobiazgach”

sueprised-amazed-confused

To wcale nie jest zawsze takie oczywiste, Kochani Czytelnicy, gdzie się kończy prawdziwe życie, a zaczyna świat wymyślony przez pisarzy, scenarzystów, reżyserów… Zdarza się przecież, że wytwór popkultury tak dobrze nawiązuje do świata rzeczywistego lub tego, co znane nam jest z innych źródeł, że wierzymy mu zupełnie bez zastrzeżeń. Natychmiast zrozumie mnie każdy kto choć raz poszukiwał, zapewne najczęściej z wdzięczną pomocą „wujka Google”, źródła jakiejś dziwnej nazwy, zastosowania gadżetu czy symptomów zadziwiającej choroby tylko po to, aby z zaskoczeniem odkryć, że jedyna rzeczywistość w jakiej istnieją to… oglądany właśnie serial, tudzież książka, która zabrała nam właśnie większą część nocy 🙂 Tego typu drobiazgi, takie swojskie,  tak mocno wtopione w świat przedstawiony, zaludniają potem kolejne fora dyskusyjne w postaci wciąż powtarzanego echa pytania: „Co to jest X?”, tudzież „Czy Y jest prawdziwy?”, itp. Znacie to?

W co nam wierzyć nie wypada…

Umówmy się, większość z nas wie, że wręcz nie wypada nam wierzyć w to, co oglądamy na ekranie telewizora lub napotykamy na kartach książki, nawet jeśli  dzieło opatrzone jest tyleż wdzięcznym, co językowo błędnym hasłem „na faktach autentycznych”. Kiedy tylko wyrastamy z wiary w Świętego Mikołaja i wróżkę zębuszkę, (jeśli wyrastamy :D) powinniśmy koniecznie brać w nawias, niemal nieustannie podważać prawdziwość tego, co nam serwuje pop i kultura, wiedząc, że nawet filmy dokumentalne są montowane tak, aby potwierdzać stawiane przez autora tezy, a biografie przekazują tylko pewne aspekty życia postaci, nie wspominając już, o zgrozo, o fantastyce czy horrorze. Tymczasem autorzy niemal „stają na rzęsach”, uważnie tworząc wszystkie detale świata przedstawionego, chcąc przekonać widza, że to wszystko jest jakaś wersja prawdy, że legendy, wierzenia i dyskusje nie wywodzą się znikąd, że tak mogłoby się stać, gdyby tylko… Wiadomo, im bardziej wierzymy twórcom, tym bardziej identyfikujemy  się z dziełem i jego bohaterami, staje się ono dla nas ważne, staje się nam potrzebne i…  bingo! Cel osiągnięty! Widz został złapany na wędkę i jeszcze będzie innych na swoją wiarę nawracał 🙂 Dlatego lepiej być ostrożnym i zawczasu orzec „ależ to tylko głupi film/książka/serial”, jasno zaznaczając, że kto uwierzył, ten trąba…

Pisząc te słowa wcale nie  podejrzewam nikogo przy zdrowych zmysłach o wiarę w mordercze piranie, gadające po angielsku psy czy zombi apokalipsę. Z drugiej strony jednak kołacze nam się po głowie, że coś tam nie śniło się filozofom i skromna istota ludzka może jednak nie wiedzieć wszystkiego. Spróbowalibyście wyjaśnić w cóż to wierzyć nie wypada przestraszonym słuchaczom „Wojny światów” Wellsa, którzy w 1938r. uwierzyli w marsjańską inwazję, albo tym, którzy od ponad dwudziestu lat z okładem, z pasją podążają za legendarnym hasłem „The truth is out  there”, dowodząc, że lądowanie na księżycu zostało sfingowane, a Paul McCartney zginął w wypadku w 1966r. i został zastąpiony przez sobowtóra.  Śmiejcie się, śmiejcie, ale ja się zamiast tego się zastanawiam nad tym, jak sprytnie twórcy popkultury potrafią wykorzystać to bardzo ludzkie przekonanie, że musi istnieć coś więcej, że wiemy znacznie mniej niż nam się wydaje, a w każdej historii (albo histerii, jak mnie tutaj poprawia auokorekta :P) drzemie jakieś ziarno prawdy, najczęściej oparte o osobiste doświadczenia autora.

W tym wszystkim ja sama, która przecież mam świadomość opisywanego zjawiska wcale nie jestem lepsza. Wiecie co, kiedy ostatnio przeczytałam, że z dużym prawdopodobieństwem można wreszcie racjonalnie wyjaśnić zagadkę Trójkąta Bermudzkiego poczułam… rozczarowanie. No bo jak można, no jak można, tę zagadkę, która rozpalała wyobraźnie tak wielu ludzi, w tym mojej skromnej osoby, która jest ikoną przygody, bastionem UFO, miejscem przeklętym i upragnionym, sprowadzać do problemu olbrzymich fal, tudzież jakiś tam złóż metanu!  To jakaś potworna niesprawiedliwość, albo nie, powiem Wam, to mydlenie oczu, pewnie prawda jest straszniejsza, ale nie można jej tak publicznie głosić, więc „wciskają nam kit”, tak samo jak wtedy, gdy pisali o balonach meteorologicznych w Roswell. W końcu zawsze na obrzeżach historii kryją się jacyś ONI…

Mam nadzieję, że czytając zakończenie ostatniego akapitu, nie uznaliście mnie za, delikatnie mówiąc, nawiedzoną i nie pokazujecie jeszcze tego tekstu znajomemu psychiatrze 😀 Nie musicie się jednak martwić,  w UFO nie wierzę, przynajmniej nie w formie znanej z większości filmów i seriali, ale za to moje fascynacje książkowe i ekranowe już kilka razy podważyły moją pewność, że posiadam wiedzę na dany temat i swoim szóstym zmysłem od razu odbieram fale nadawane przez bujną wyobraźnię autora. Jeśli zatem chcecie zobaczyć jakich popkulturowych szczegółów poszukiwałam ostatnio „w Internetach” , to zapraszam do lektury i nie bójcie się … nie będziemy szukać szarych kosmitów ani sobowtóra McCartneya, ale za to zdemaskujemy kilka mniejszych i większych „drobiazgów”, których „nieprawdziwość” zdecydowanie mnie zaskoczyła podczas moich popkulturowych podróży.

Kogo może dosięgnąć klątwa zatajenia?

klątwa zatajenia
Źródło górnego zdjęcia znajdziecie tutaj, choć decydujący jest tu jednak nastrój, nie konkretna miejscowość na nim przedstawiona.

Jeśli dostatecznie daleko sięgnięcie pamięcią,  Kochani Czytelnicy, na pewno wygrzebiecie z niej jakąś opowieść o klątwie, czy to baśń, którą mama przeraziła nas w dzieciństwie, czy to opowieści zgarbionej pod ciężarem lat, siwiutkiej cioteczki, czy to wreszcie opowieść z dreszczykiem znad obozowego ogniska. Niektórzy wcale za to nie będą szukali daleko, przypominając sobie oglądany niedawno horror, w którym odegrała ona niemalże główną rolę… Osobiście, przypominam sobie nawet ten jeden jedyny raz gdy ktoś dla mnie klątwę odczyniał, chociaż nie do końca byłam pewna jej istnienia…

Trafna (no dobra, wyszperana też w internecie) definicja „klątwy” donosi, że według pewnych  wierzeń jest to zły czar, który przy pomocy odpowiednich słów i rekwizytów można rzucić na drugą osobę, żeby uprzykrzyć jej życie. To zdaje się dokładny opis tego, co za klątwę uznajemy powszechnie i obiegowo, choć w innych, nieco  chyba bardziej profesjonalnych, definicjach przeczytać można, że jest to zaprogramowany konstrakt z energii psychicznej mający wywoływać określone reakcje w rzeczywistości, przyciągać określone wydarzenia, wymagający stałego źródła tej energii do działania. Tudzież, że jest to wyraz zupełnie pozbawiony znaczenia typowego dla słów, których używamy na co dzień, napełniony intencją…

Ostatecznie jednak z pewnością niewielu z Was, Kochani Czytelnicy,  posiada jakąkolwiek fachową wiedzę na ten temat, chociażby jako znawcy wierzeń ludowych.  Tymczasem to w nich właśnie klątwa ma bardzo mocną pozycję, roi się tam bowiem od złych oczu, kwaszących krowie mleko i nieszczęść wywołanych przez paskudne rytuały. Moja babcia, choć dobra i bogobojna kobieta, typowa mieszkanka starej wsi (takiej z piecem do chleba, siennikiem i żarnami 🙂 ), święcie wierzyła w różne klątwy i uroki, a wszystkie swoje dzieci i, nieco mniej usilnie, wnuki, uczyła jak je rozpoznawać i jak się przed nimi chronić. Odwołuję się do tego doświadczenia dlatego, że chyba tylko taka moja własna styczność z tym zjawiskiem, nie mająca żadnego związku z mądrymi opracowaniami naukowymi, moje własne stawianie nóg na granicy pomiędzy wiarą i niedowierzaniem, miało wpływ na to, że zaciekawiło mnie wystąpienie tego zjawiska w jednej z moich lektur. Takich dokładnie lektur, które zabierają noc i długo jeszcze po przewróceniu ostatniej strony kołaczą się w odmętach umysłu. A że i sama lektura była doskonała, nietrudno było dać się ponieść w ten osobliwy świat.

Czterotomowy cykl o przeklętej wsi zwanej Starzyzna, autorstwa Stefana Dardy („Czarny wygon: Słoneczna Dolina”, „Czarny Wygon: Starzyzna”, „Czarny wygon: Bisy”, „Czarny wygon: Bisy II”) urzekł mnie od pierwszego rozdziału. Nic dziwnego, że od pierwszej wzmianki bezwarunkowo uwierzyłam w opisaną na kartach tej książki klątwę zatajenia, czyli okropnej kary spadającej na konkretną osobę lub grupę ludzi za to, że będąc świadkami potwornego czynu nie tylko nie pomogli ofierze, ale i zataili jego dokonanie, nie pozwaljąc jej na uzyskanie zadośćuczynienia za swoje cierpienia. Nie tyle jednak uwierzyłam w prawdziwość tego zjawiska, jego istnienie w realnym świecie, co w pochodzenie wprost ze słowiańskich wierzeń i mitów. Sądziłam, że opis takiej klątwy będzie można odnaleźć tuż obok opowieści o strzygach, rusałkach i białych damach. Tym bardziej, że znając wcześniejsze dzieło tego autora, tj. „Dom na Wyrębach” wiedziałam, że jednym z charakterystycznych elementów jego powieści grozy, jest sięganie po słowiańskie wierzenia i legendy. Ponadto, każdy z nas chyba słyszał  legendy, w których występują całe społeczności usunięte z powierzchni ziemi, najczęściej w następstwie jakichś potwornych czynów, np. chociażby opowieść o mieście ukrytym w jeziorze, która pojawia się nawet w poezji Adama Mickiewicza. Byłam zatem pewna, że pomysł na osnucie akcji wokół klątwy zatajenia zaczerpnął Darda również z legend słowiańskich, a że udało mu się mnie zaintrygować, postanowiłam się dowiedzieć, czy istnieją inne opowieści o podobnej klątwie, np. w postaci legend dotyczących jakichś konkretnych miejsc czy społeczności. Jakież było moje zdziwienie, gdy w efekcie moich poszukiwań, choć natknęłam się przeróżne rodzaje klątw i uroków, a nawet na osobę, która gotowa jest rzucić klątwę za opłatą, jeśli uzna ją za zasadną, klątwa zatajenia pojawiała się wyłącznie w związku z dziełami Stefana Dardy. To niesamowite, że autor tak dobrze potrafił wpisać swój bez wątpienia przerażający pomysł, w świat oparty na wierzeniach i legendach słowiańskich, wciąż unoszących się na obrzeżach naszej pamięci, wpisanych w naszą tożsamość tak mocno, że bez trudu się mu wierzy, nawet jeśli nie do końca człowiek to sobie uświadamia. Swoją drogą, jeśli kochacie polskie krajobrazy i intrygujące, nieco straszne opowieści, idźcie czytać książki Stefana Dardy, naprawdę polecam 🙂

Is pararibulitis real?*

Pararibiulitis

Myślę, że gdybyście wpisali powyższe pytanie w wyszukiwarkę internetową, zdecydowanie zaskoczyłoby Was jak wiele osób poszukuje dokładnie tej informacji  na różnych forach internetowych, niekoniecznie dotyczących seriali czy popkultury w ogóle. Jednak zacznijmy od samego początku…

Pararibulitis (oj, nie macie pojęcia jak trudno napisać to bez błędu…) to nazwa choroby układu nerwowego, której nosiciel cierpi na bardzo realistyczne i niezwykle bolesne halucynacje, odbierane jako zupełnie prawdziwe doświadczenia. Innymi słowy, człowiekowi wydaje się np., że właśnie płonie mu ręka i choć nic takiego nie ma miejsca, on widzi i czuje prawdziwy ogień, ból i oparzenia. Zaś ponieważ wszystko dzieje się „w  głowie” cierpiącego, nikt postronny nie jest mu w stanie pomóc. Brzmi potwornie, prawda? Na szczęście podobne schorzenie nie istnieje „w realu”, ale jest wytworem wyobraźni scenarzysty serialu „Holistyczna Agencja Detektywistyczna Dirka Gently’ego”, Maxa Landisa, który w dodatku „obdarzył” nim istotnych dla fabuły bohaterów, przez co dość często możemy obserwować tak jego symptomy, jak i zmagania chorych.  Założę się, że jeśli nie widzieliście żadnego z odcinków wspomnianego serialu (serio, idźcie nadrobić jeśli nie), to zapewne o nim słyszeliście, najpewniej w towarzystwie przymiotnika „dziwny”. Zatem to jednak dość zabawne, że zjawisko pochodzące z tak, no dobra, dziwnego świata, w którym bardzo długo nic nie ma sensu, choć „wszystko jest połączone”, może zostać potraktowane aż tak poważnie.

W języku angielskim istnieje piękne słowo „confused” tłumaczone na nasz równie piękny język ojczysty m.in. jako „zdezorientowany”, „zmieszany”, choć każdemu z tych tłumaczeń jakby brakowało takiego ukrytego odcienia… Tymczasem moje odczucia do pojawiającego się we wspomnianym serialu schorzenia zwanego pararibulitis najlepiej oddaje właśnie określenie „confused” …  Zanim wysłuchałam tego jednego wywiadu z ekipą serialu, bo tak właśnie tym razem dowiedziałam się prawdy, z jednej strony byłam przekonana, że coś podobnego nie może mieć miejsca, głównie chyba przez prezentowane tutaj niekonwencjonalne lekarstwo na tę chorobę, jednak z drugiej strony, zastanawiałam się czy możliwe jest istnienie prawdziwej choroby o zbliżonych objawach lub przebiegu. Nagle bowiem, w tym fantastycznym, dziwnym świecie, w którym nic się człowiekowi nie zgadza, pojawia się coś bardzo prawdziwego. Każdy kto sam cierpi na poważną, nieuleczalną chorobę, lub podobnie cierpiącym się opiekował, odnajdzie w życiu tych konkretnych bohaterów serialu wszystko, czym takie cierpienie naznacza człowieka: ból, samotność, niezrozumienie, zależność od innych, strach, depresję, chwytanie się najmniejszego skrawka nadziei, poszukiwanie uzdrowienia za wszelką cenę, bezsilność… Obraz cierpień zwłaszcza pewnej konkretnej bohaterki jest tu tak boleśnie prawdziwy, że naprawdę niewiele się zastanawiamy nad tym, co to właściwie za choroba (przynajmniej dopóki fabuła wyraźnie nas do tego nie zmusi…).

Jeśli zaś idzie o same objawy… Skoro to możliwe, w prawdziwym, nie serialowym świecie, że człowiek może pocić się krwią albo może w ogóle nie odczuwać bólu, że istnieją schorzenia, przez które człowiek zjada własne ciało albo wydaje mu się, że jest trupem, czuje zapach zgnilizny i rozkładu dochodzący z jego własnego ciała, albo też, że człowiek może doświadczyć halucynacji tak prawdziwej, że w ślepej ucieczce uczyni sobie krzywdę… Skoro to wszystko i wiele jeszcze więcej jest prawdą, to dlaczego nie mielibyśmy uwierzyć w schorzenie tak potworne jak pararibulitis? Mówiąc szczerze to w tym naprawdę pogmatwanym świecie Dirka Gently’ego, to jedno wydaje się najbardziej prawdopodobne.

Nic zatem dziwnego, że aktorzy, którym scenariusz „podarował” tę potworną chorobę, jak i sam scenarzysta, wciąż od nowa muszą tłumaczyć, że nie jest ona prawdziwa, mało tego nie występuje nawet na kartach książki, która jest podstawą „Holistycznej agencji…”, ale jest całkowitym, absolutnym wymysłem scenarzysty serialu Maxa Landisa, który nie przyznaje się do czerpania inspiracji z jakichkolwiek realistycznych przypadków medycznych. Co więcej, jak tu winić widza, który dał się zwieść czarowi ekranu, skoro sami odtwórcy głównych ról w czasie wywiadów przyznają się do podpytywania „w internetach”: „Is pararibulitis real?” 🙂

*Tłum.: Czy pararibulitis istnieje naprawdę?

Jak rozszyfrować skrót UCOS?

UCOS

Wyobraźcie sobie teraz dla odmiany taki scenariusz. Do drzwi młodej kobiety stuka bardzo poważny, starszawy Pan, w niezbyt stylowym garniturze i śmiesznej, nałożonej na czubek głowy czapce,  który wypytuje ją o to co robiła w sobotę wieczorem…  jakieś 10 lat temu. Zanim owa młoda dama zatrzaśnie drzwi, tudzież nakrzyczy na nieproszonego gościa i jego głupie pytania, on zaświeci jej przed oczyma służbową legitymacją, informując jednym tchem, że właśnie bada sprawę dziwnej śmierci starego znajomego rodziny, którego ostatni raz widziano w tym oto domu…   „Ach, UCOS” odpowie młoda kobieta, niechętnie otwierając drzwi….

Seriale policyjne to istna kopalnia wątków, które czasem z konieczności musimy postarać się rozszyfrować, gdyż niektóre z nich mogą nam się wydać zupełnie pozbawione sensu, jeśli nie posiadamy pewnej wiedzy. Osobiście, dzięki wieloletniej przygodzie z serialami i filmami kryminalnymi, zwłaszcza proceduralami, i to zwłaszcza anglojęzycznymi, w których postaci posługują się bardzo charakterystycznym żargonem, aby uchodzić za tym większych profesjonalistów, doskonale wiem czym zajmuje się FBI, NCIS albo SWAT, wiem jaka jest różnica między PC, DS a DCI, a także czym zajmuje się S.O.C.O., czym  koroner, a czym profiler kryminalny. Jednakowoż zdecydowanie najwięcej o pracy tychże instytucji czy osób wiem z seriali i filmów, więc powiedzieć, że moja wiedza jest połowiczna, to zdecydowanie nazbyt wiele 🙂  Natomiast na pewno jest ona wystarczająca dla potrzeb zrozumienia fabuły. Konia z rzędem za to temu, kto nigdy podobnego skrótu czy funkcji nie sprawdzał, zastanawiając się chociażby nad rozwojem wydarzeń w swoim ulubionym serialu. Rzecz w tym jednak, że ostatecznie wszystkie te mniej lub bardziej tajemnicze nazwy i skróty odnoszą się do zjawisk jak najbardziej prawdziwych, tzn. istniejących  naprawdę jednostek czy funkcji, niezależnie od tego, jak bardzo ostatecznie ich wizerunek jest zniekształcany przez obraz czy tekst. Jeśli np. wpiszecie S.O.C.O. w jakąkolwiek wyszukiwarkę internetową i będziecie mieli wystarczająco dużo determinacji, aby poszperać w skrótach i przebrnąć przez średnio długi tekst w języku angielskim, dowiecie się mi.in., że jest to skrót od A Scenes of Crimes Officer, czyli faktycznie istniejącej od 1968r. funkcji w brytyjskiej policji i odnosi się on do oficera, który zbiera dowody na miejscu przestępstwa, dba o ich odpowiednie zabezpieczenie i zbadanie.

Dla widzów takich jak ja, mocno zżytych z żargonem filmowych policjantów, z tymi wcale już nie dziwnymi skrótami i nazwami, lubiących do tego poszperać w celu zdobycia dodatkowych informacji, przypadek UCOS jest zupełnie inny właśnie dlatego, że podobna jednostka policyjna w ogóle nie istnieje. Jest ona całkowicie  wytworem wyobraźni twórców brytyjskiego serialu „Nowe triki”. UCOS, czyli, Unsolved Crime and Open Case Squad, to fikcyjna jednostka brytyjskiej Metropolitan Police Service, lepiej znanej jako Scotland Yard, złożona z emerytowanych oficerów policji, badających nierozwiązane dotąd, mocno przestarzałe sprawy kryminalne. Badanie starych, nierozwiązanych spraw to całkiem rzeczywisty, znany ogólnoświatowy trend, ściśle związany z ogromnym postępem technicznym w kryminalistyce, jaki dokonał się w czasie ostatnich lat. Istnienie podobnego wydziału zdaje się być więc prawdopodobne, zwłaszcza, jeśli serial ten ogląda się równo z kanałem BBC Polska, czyli gdzieś od środka serii, nie znając pilota, który sporo wyjaśnia, choć zdecydowanie żadnej teorii ostatecznie nie obala 🙂  Iluzję prawdziwości stwarzają tu bowiem nie tylko odpowiednie służbowe plakietki czy charakterystyczne teczki z aktami spraw zalegające na biurkach, ani nawet specjalnie zaprojektowane logo UCOS na wygaszaczach komputerów, ale reakcja obywateli na  wszelkie działania podejmowane przez oficerów tej jednostki. W czasie licznych rozmów, przesłuchań czy nawet pościgów, nikt, nawet jeden raz, nie unosi brwi ze zdziwieniem, widząc legitymację oficerów UCOS, nikt nie zapytuje o to czym się ów wydział zajmuje ani też nie poddaje w wątpliwość uprawnień oficerów. Wszyscy pokornie wpuszczają oficerów tego wydziału do swoich domów, mniej lub bardziej grzecznie pozwalają na nałożenie kajdanek w razie potrzeby, czy też udają się na długie i niewygodne przesłuchania bez najmniejszego słowa skargi. Nawet wtedy, gdy w celu zbadania okoliczności sprawy udają się oni poza granice Wielkiej Brytanii (co jednak zdarza się niezmiernie rzadko, wiadomo… budżet … :))…. Długo zatem byłam przekonana, że choć zatrudnianie policyjnych emerytów w jakiejkolwiek jednostce kryminalnej to pewnie jednak wymysł scenarzystów, to istnienie UCOS jest równie prawdopodobne jak istnienie NCIS, tylko może nie działa owa jednostka aż tak jawnie i szumnie, a jej oficerowie niekoniecznie mają aż tak szerokie  uprawnienia …

Brawa zatem dla scenarzystów za stworzenie tak wiarygodnej  scenerii dla tej zupełnie wyjątkowej ekipy policyjnej i zadziorne nawiązanie do charakterystycznego policyjnego żargonu, którym karmieni jesteśmy od tak wielu już lat 🙂

Efekt CSI czyli, co my właściwie wiemy o pracy organów ścigania?

csi-effect
Źródło szkicu tutaj.

Skoro już o serialach kryminalnych mowa, to czy wiecie Kochani Czytelnicy, że właśnie w związku z nimi istnieje pewne zjawisko, dość dobrze zbadane i opisane naukowo, które jest związane właśnie ze zbytnią wiarą odbiorców w to, co oglądają na ekranie, konkretnie, w tym wypadku, z kreowanym przez filmy i seriale, zupełnie nierzeczywistym, obrazem pracy organów ścigania. Tym razem nie będzie już zabawnie, ani niewiarygodnie… Tym razem bowiem najbardziej zaskoczyło mnie nie tyle istnienie tego zjawiska, ale przede wszystkim … jego zasięg!

Pierwotnie tzw. efekt CSI, bo to nim mowa, odnosił się do wpływu, jaki nowoczesne seriale o tematyce kryminalne, w tym właśnie słynne „CSI: Crime Scene Investigation”, miały potencjalnie wywierać na … przysięgłych, stanowiących istotną część amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. Rekrutowani spośród zwykłych obywateli, nie specjalistów, przysięgli często swoją wiedzę o pracy organów ścigania czerpali właśnie z seriali kryminalnych. Dało się wobec tego zauważyć, że znacznie większą wartość przypisywali oni dowodom konkretnym, prezentacjom, badaniom laboratoryjnym, analizom biegłych, itp., przedkładając je nad inne elementy dochodzenia. Co prawda, nigdy nie dowiedziono bezspornie, w sposób naukowy, konkretnie jaki procent głosowania „winny” czy „niewinny” dokonanego przez przysięgłych, jest związany z efektem CSI, czyli oczekiwaniem na przedstawienie jednoznacznych dowodów kryminalistycznych. Nie ma jednak wątpliwości, że przedstawiony przez popkulturę obraz pracy organów ścigania ma na tę sytuację wpływ. W artykule Joanny Zajączkowskiej można na przykład przeczytać, że właśnie to zjawisko często obwinia się za ostateczny wynik takich spraw, jak uniewinnienie Casey Anthony, sądzonej w sprawie zabójstwa swojej dwuletniej córki. Po jej głośnym procesie pojawiło się bowiem bardzo wiele głosów, że mimo niemalże ewidentnej winy sądzonej, zabrakło w sprawie silnych dowodów w postaci np. DNA czy odcisków palców na narzędziu zbrodni, co mogło mieć duży wpływ na postawę przysięgłych….

Jednak efekt CSI dotyczy nie tylko pracy przysięgłych. Oto, gdy zaczęto dokładniej badać to zjawisko, okazało się, że jest to problem obecny na całym świecie, nie tylko w systemie „common law”, gdzie decydujący głos w sprawie mają zwykli obywatele. Spotkacie go nawet w naszym rodzimym kraju, gdzie pseudo i naukowe opracowania bardziej swojsko nazywają go „efektem W11”.

Z czym zatem wiąże się występowanie tego zjawiska? Większość odbiorców seriali kryminalnych, wbrew pozorom, to przecież wcale nie są idioci, którzy uwierzą w każdą bzdurę, jeśli tylko się ją odpowiednio pokoloruje. Prawdą jest jednak, że działania operacyjne policji, to temat tyleż emocjonujący, co zupełnie obcy laikowi i zwykły obywatel niekoniecznie jest w stanie zweryfikować prawdziwość oglądanych zdarzeń. Nakarmiony informacjami o kolejnych nowinkach technicznych, wsłuchujący się w charakterystyczny żargon bohaterów postaci, posługujących się „procedurami” i słyszący, że przy serialu pracują konsultanci policyjni, jest nasz statystyczny widz przekonany, że serwowany mu obraz nie tak znowu wiele rożni się od rzeczywistości. Tymczasem… różni się i to bardzo. Tutaj własnie drzemie największe niebezpieczeństwo związane z efektem CSI, mianowicie nierealistyczne wymagania stawiane organom ścigania przez obywateli, którzy przecież „widzieli na filmie”, że coś działa tak, a nie inaczej…. Zresztą, pal licho szarych obywateli, kiedy nawet pracownicy wymiaru sprawiedliwości dają się nabrać na to, co można obejrzeć na ekranie. Dr Paweł Waszkiewicz z Katedry Kryminalistyki UW przytacza na przykład postanowienie organów ścigania kierowane do laboratorium kryminalistycznego, aby pojawiającym się na nagraniu z monitoringu przestępcom (wirtualnie) „ściągnąć”z głów kominiarki…

Ostatecznie, efekt  CSI powoduje, że społeczeństwo wierzy w prawdziwość bardzo wielu mitów dotyczących zwłaszcza policji, takich, jak możliwość szybkiego i zawsze skutecznego wykonania badania DNA, szybkie i bezbłędne działanie policji, rozwiązywanie spraw kryminalnych przez jednego genialnego detektywa (gdy tymczasem jest to najczęściej wynik pracy zespołu specjalistów), powszechność zabójstw seryjnych czy istnienie olbrzymich baz danych i możliwość przebadania przez kryminalistyków każdego obywatela, celem odnalezienia sprawcy przestępstwa. Zderzenie ofiary czy świadka przestępstwa, wykarmionego tymi mitami, z rzeczywistością bywa bardzo bolesne i, niestety, często wpływa w takiej sytuacji na postrzeganie prawdziwych, konkretnych przedstawicieli organów ścigania jako niekompetentnych.

Warto też jednak pamiętać, żeby być tu sprawiedliwym, że efekt CSI, ma także pozytywne następstwa, takie jak większa świadomość prawna społeczeństwa, lepsze odnajdowanie się w roli chociażby świadka przestępstwa, popularność kryminalistyki i kryminologii, jako dziedzin naukowych, a co za tym idzie, zwiększenie funduszy na rozwój tych dziedzin, wreszcie, paradoksalnie, kreowanie pozytywnego wizerunku policji i większego zaufania do jej działań. Poza tym, wiele działań przedstawionych na ekranie jest możliwych do wykonania, tyle, że w nieco dłuższym okresie czasu i, na pewno, w znacznie mniej spektakularny sposób. Mówi się wręcz o tym, że laboratoria kryminologiczne potrafią w rzeczywistości więcej niż na filmach, gdzie znalezienie sprawcy to w większości po prostu wynik trafienia w bazie danych. Świadczą o tym chociażby powtarzające się doniesienia o rozwiązaniu starych, nieraz kilkudziesięcioletnich, spraw kryminalnych, dzięki nowoczesnym technikom badawczym.

Istnienie efektu CSI i jego realny wpływ na społeczeństwo, w tak ważnej dla niego dziedzinie, jak radzenie sobie z osobami stanowiącymi zagrożenie dla jego członków, pokazuje jak bardzo popkultura potrafi zmienić postrzeganie rzeczywistości, jak wiarygodnie potrafi imitować rzeczywistość, aż do momentu gdy naprawdę przyjdzie się widzowi z nią zderzyć… Warto tu także zauważyć, że świadomość widzów rośnie i coraz częściej nie chcą oni być niewolnikami efektu CSI. Stąd myślę tak duża popularność filmów i seriali, chlubiących się tym, że w ogóle nie jest on w nich obecny. Serialu typu „Broadchurch” czy „The killing”, tudzież, ostatnio, genialny Oskarowy film „Trzy Bliboardy za Ebbing, Missouri”, pokazują że praca policji nie jest ani piękna, ani spektakularna, często budzi za to rozczarowanie społeczeństwa, gdyż składa się z szeregu żmudnych czynności, które nie zawsze są nagrodzone sprawiedliwym wyrokiem. Podczas pisania tego tekstu bardzo mocno wraca do mnie scena zwłaszcza z tej ostatniej produkcji, w której główna bohaterka zarzuca szeryfowi, że powinien był przebadać pod kątem DNA, znalezionego na ciele jej zamęczonej córki, wszystkich męskich członków okolicznej społeczności, który to zarzut przyjmuje nasz szeryf ze spokojną, bardzo smutną rezygnacją. Wszyscy, tak my śledzący tę scenę, jak i jej bohaterowie, wiemy, że technicznie i prawnie jest to właściwie niewykonalne, co ostatecznie werbalizuje w swojej odpowiedzi szeryf, jednak wciąż pozostaje w nas to gorzkie rozczarowanie, owo wykreowane zapewne przez filmy i seriale, powtarzane wokół niczym miejska legenda, przekonanie, że w dobie dzisiejszego rozwoju techniki przecież musi być coś, co jeszcze można zrobić w takim przypadku…  Efekt CSI działa bowiem w najlepsze, nawet jeśli nie widzieliśmy ani jednego odcinka serialu, od którego pochodzi jego nazwa, ba nawet jeśli w ogóle nie oglądamy telewizji.

Ciekawa jestem, Kochani Czytelnicy, czy Was także twórcy Waszych ulubionych książek, filmów czy seriali, zdołali zwieść wytworami swojej wyobraźni. Czy zdarzyło Wam się odkryć z zaskoczeniem, że jakiś element fabuły czy świata przedstawionego nie jest prawdziwy albo w druga stronę, właśnie że jest prawdziwy, choć wydawał się zupełnie nierealny? Pochwalcie się, jeśli tak 🙂

Ps. Udało mi się (czytaj: zebrałam się wreszcie), Kochani Czytelnicy, aktywować media społecznościowe związane z blogiem. W zakładce „Poznajmy się lepiej” znajdziecie moje konto Instagram oraz fan page bloga na Facebooku 🙂 Pierwsze z nich pokazuje moją prywatną twarz, przy czym ostrzegam, że jeśli macie alergię na dzieci lub/i zwierzęta możecie zacząć kichać, bo tego jest tam akurat pełno 🙂 Tak to już jest, gdy konto Instagram twierdzi, że trzeba się dzielić radością 😉 Z kolei na moim fan page znajdziecie wszystko czym ja-bloger strasznie chcę się podzielić, tylko wiecie… nie spodziewajcie się cudów, aczkolwiek znajdziecie mnie tam na pewno częściej niż na blogu 😛 Zatem, jeśli macie ochotę… poznajmy się lepiej 🙂

Reklamy

2 myśli w temacie “Kiedy popkultura zbyt dobrze imituje rzeczywistość czyli o kilku zwodniczych „drobiazgach”

  1. Hołka 12 października 2018 / 20:47

    Z dużym opóźnieniem, ale w końcu piszę komentarz! 🙂

    Bardzo ciekawe zestawienie.
    Sama tego dziwnego uczucia jednoczesnego zaskoczenia, rozbawienia i rozczarowania, kiedy odkrywa się, że coś, co wygląda jak prawdziwe, ale w rzeczywistości zostało zmyślone, chyba doznałam tylko raz, podczas lektury „Życia Pi”. Przez cały czas byłam przekonana, że opowiada ona prawdziwą historię. Dopiero, kiedy bohater znalazł się na pływającej wyspie pełnej surykatek, zapaliła mi się w głowie czerwona lampka i poprosiłam o pomoc wujka Google.

    Często natomiast odczuwam wspomniane przez ciebie skonfundowanie: czy ta historia jest prawdziwa? Hmm, w Google na ten temat nie ma żadnych informacji… Ale przecież Google nie wie wszystkiego, więc może to prawda? A może nie?

    Teraz mam ten problem z filmem „Birthmarked” (swoją drogą, polecam – nie jest to produkcja wybitna, ale przyjemnie się ją ogląda; no i jest dostępna na Netflixie), który został nakręcony tak, by udawał prawdziwą historię, ale jednocześnie nigdzie nie jest napisane, że opiera się na faktach. A ponieważ to produkcja całkiem nowa, w internecie nikt jeszcze nie odpowiedział na pytanie: „czy to wydarzyło się naprawdę?”

    Osobną kwestią jest natomiast to, ile prawdy jest w historiach prawdziwych. Tu świetnym przykładem niech będzie „Mad to be normal”, gdzie bohaterem był prawdziwy psychiatra, ale połowa jego życiorysu została w filmie opowiedziana na opak, a druga połowa – nigdy się nie wydarzyła. Takie sytuacje mocno mnie wkurzają, bo są równie szkodliwe, co fake-newsy. W końcu nie każdy będzie tak ciekawy, jak ja, i zerknie do Wikipedii, by choć połowicznie dowiedzieć się prawdy.

    A co do efektu CSI, to kiedyś czytałam, że w latach 90-tych i wcześniej (czyli generalnie przed erą internetu) istniał nieco inny, choć podobny problem. Otóż, ponieważ wszyscy czerpali wiedzę na temat pracy policji z seriali telewizyjnych, to kiedy jakiś film lub książka przedstawiał, jak taka praca wygląda naprawdę (albo prawie naprawdę), był on później przez odbiorców krytykowany za… niewiarygodność. Bo przecież każdy „wiedział”, że w rzeczywistości policyjne procedury wyglądają zupełnie inaczej.

    I na koniec, skoro już przy stróżach prawa jesteśmy, mam dla ciebie ciekawostkę (znów: kiedyś o tym czytałam, ale teraz nie potrafię znaleźć źródła). Wszystkie, prezentowane w amerykańskich filmach i serialach odznaki policyjne oraz takie należące do innych funkcjonariuszy (np. FBI lub NSA), w rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej, bo prawo zabrania używania i pokazywania prawdziwych odznak.

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 18 października 2018 / 22:57

      Pomysł na ten wpis wywodzi się własnie z wywiadów ekipy „Dirka Gently’ego”. Kiedy tak kolejny raz tłumaczyli jak to pararibulitis nie jest prawdziwy, zaczęłam się zastanawiać jak wiele razy ktoś mnie nabrał w ten sposób. Zdarzyło się to znacznie częściej niż tylko w opisanych przypadkach, chociaż nie zawsze tak znowu do końca daję się nabrać 🙂 Taki po prostu ze mnie typ szperacza, który „musi wiedzieć”, stąd nieco zbyt często zaglądam „za kurtynę”, ale bardzo mnie to bawi 🙂
      Historie rzekomo prawdziwe to w ogóle całkiem osobna historia. Moim zdaniem każda biografia jest podporządkowana jakiejś tezie. Nawet najbardziej dokładny biograf będzie pewne wydarzenia uwypuklał, a inne marginalizował, żeby pokazać postać w takim świetle, w jakim sam ją widzi. „Mad to be normal” to świetny przykład jak można wykręcić życiorys i jeszcze zakotłować w tym garnku dodając nie istniejące składniki, żeby pokazać swoją tezę, w tym wypadku chyba ekscentryczność i lekkość obyczajów bohatera w opozycji do jego troski o pacjentów. ostatnio miałam tez takie uczucie wykręcania i dopasowywania historii na filmie „Whitney”, który pokazywał dokładnie to, co świat spodziewał się zobaczyć, czyli nieuchronne zbliżanie się do samo destrukcji, bez pogłębionej próby zapytania o jej powód. Tak jakby jedynym dziedzictwem Whitney Houston były skandale i smutny koniec. To własnie mój problem z biografiami, wszyscy chcemy prawdy, ale nikt z nas nie chce słuchać o tym co Einstein jadał na śniadanie, chyba że miało to wpływ na teorię względności. Chcemy pikanterii, nie nudy i codzienności 🙂 Zresztą nie da się opisać życia na kilkuset stronach, to zawsze jakiś wybór 🙂

      Apropos efektu CSI, to fascynuje mnie to zjawisko od jakiegoś czasu, choć nie wiedziałam, ze ma fachową nazwę i że ktoś to bada na poważnie 🙂 Sama niedawno się zetknęłam z czymś w tym guście… Ostatnio mieliśmy w szkole niewielkie przestępstwo wymagające interwencji policjanta od spraw młodzieży. Przybyła mama winowajcy zapytała owego policjanta czy ma jakiś dowód na popełnienie „czynu zabronionego”. On na to, że mamy zapis z monitoringu oraz świadka, na co ona, że to się nie liczy. Potrzebne jest DNA, bo na monitoringu to mógł być bliźniak albo sobowtór,a świadek kłamie bo nie lubi winowajcy… Nie wiadomo, śmiać się czy płakać…. Na szczęście obyło się bez badań DNA ani nawet pobierania odcisków palców, za to było odgrażanie się adwokatem….

      O, i zupełnie nie wiedziałam o odznakach. To dobrze, że jednak zostawia się takie obszary pracy organów ścigania, których „podrabiać” i wykrzywiać nie wolno. Ciekawe za to jak daleko posunięte jest ich podobieństwo do tych prawdziwych 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s