Nie do twarzy Tobie z tą zmianą, czyli idola grzech największy.

Fani bywają różni, Kochani Czytelnicy. Są fani czekolady i fani górskich wycieczek, są fani motoryzacji i fani kapeluszy, zdecydowanie można też zostać fanem bratków i nauczycielki fizyki ;p  Pojęcie bycia fanem jest, moim skromnym zdaniem, nieco nadużywane, a jednocześnie czasem po prostu nic lepiej nie oddaje naszych płomiennych uczuć względem osoby/rzeczy/zjawiska/idei… Każdy z nas znajdzie w swoim życiu coś co podziwia, w co wierzy, czemu jest jakoś oddany… Gdy tak sobie czasem rozmyślam nad tym całym „fanowaniem”, wydaje mi się, że przeniknęło ono do popkultury z innych dziedzin naszego życia, a nie na odwrót. Nigdzie indziej jednak samo słowo „fan” nie osiadło tak mocno i pewnie. W innych dziedzinach naszego życia jesteśmy raczej miłośnikami, pasjonatami, hobbystami, w popkulturze zdecydowanie – fanami. Jakby jednak na to nie spojrzeć jestem pewna, że każdy z nas choć raz w życiu był fanem i posiadał idola, ulubieńca, albo chociaż swojego „konika” 🙂 Ponieważ zaś ja zdecydowanie lubię nazywać siebie fanką, wsparcie estetyczne dla dzisiejszego tekstu zapewnią zdjęcia moich ulubieńców… Enjoy 😛

Do bycia fanem łatwiej jest przyznać się w pewnym wieku… Posiadanie idola na tapecie (dziś pewnie telefonu, dawniej dosłownie na tapecie ściennej), to wręcz klasyczny objaw choroby zwanej „wiekiem młodzieńczym”. Niekoniecznie trzeba od razu być tą tak pejoratywnie kojarzoną piszczącą fanką, rzucającą się idolowi na szyję lub rzucająca czymś w jego szyję, jednak zdecydowanie w pewnym wieku chyba każdy z nas ma taki obiekt wszystkich echów i achów, tym cudowniejszy, im mniej o nim wiemy… To ów obiekt westchnień pisze najlepsze piosenki, robi najcudowniejsze miny, ma najseksowniejszą fryzurę i takie tam. Co ciekawe najczęściej utożsamia się go z graną przez niego postacią, tekstem jego piosenki, czy stworzonym na potrzebę książki bohaterem. A potem dowiadujesz się, że piosenkę to mu napisał producent, a książkę zredagowała żona… Zaraz, wróć, żona?!!!! W tym momencie rzeczywistość zaczyna skrzeczeć niemiłosiernie i orientujemy się, że wielbmy pewną kreację, bo przecież człowieka nie znamy w ogóle. Ale hej, wszystko jest pewną kreacją, życie jest kreacją, a idol może być fantastycznym jej dopełnieniem 😛

Mimo wszystko, gdy ma się lat „dzieści” albo „dziesiąt”, pojawiają się w tej kwestii pewne problemy. Nagle posiadanie idola potrafi być czymś wstydliwym. Na tapecie dawno już rezyduje mąż, dzieci, wnuki, piesek i zachód słońca w Chorwacji. Jeśli wciąż byłby tam idol… cóż ma się pewnie nie po kolei w głowie 🙂 Kogo w końcu interesuje dlaczego jakiś tam obcy facet zmienił grzywkę… albo wyznanie… To już nie ma większych problemów? Jak może matkę dzieciom obchodzić jakaś tam fikcyjna postać… Takie „Trudne sprawy” to chociaż życia uczą, a nie te pseudonaukowe bzdury z modnego serialu science – fiction…

Ostatecznie, życie płynie, wszyscy się zmieniamy. Wciąż jeszcze chodzimy na koncerty, zasiadamy w kinie czy teatrze, wciąż podglądamy nową fryzurę idola i zdarza się, że serce nam mocniej zabije, gdy słyszymy o zapowiedzianej premierze… Jednak nie wypada już nam zachwycać się nimi publicznie. Jesteśmy tacy poważni, dorośli i spełnieni. Słuchamy tylko dobrej muzyki, oglądamy tylko najlepsze kino. Mamy sprecyzowane gusta, lubimy tego czy tamtego aktora, podoba nam się muzyka konkretnego muzyka, ale idol, a fe… mąż będzie zazdrosny 😉 Czujecie ironię? Świetnie, bo nie wszyscy czują 😉

Aktor David Tennant
Bardzo długo nie mogłam o sobie powiedzieć, że mam ulubionego aktora, co w przypadku wielbiciela popkultury wcale nie jest takie oczywiste. Za każdym razem okazywało się, że zauroczenie wywołała raczej jedna produkcja, postać, wytwór wyobraźni, nie osoba, która za nią stoi. Wreszcie jednak odnalazłam Davida Tennanta, człowieka niewiarygodnie utalentowanego, sympatycznego i z naprawdę fantastycznym dystansem do siebie, co doskonale pokazuje niniejsza fotografia 🙂 Przyjemnie być fanem tak pozytywnej osoby ;P Źródło zdjęcia: The Guardian

Zależało mi na tym, Kochani Czytelnicy, żebyście zauważyli, że na przestrzeni lat jednak zmienia się nasze podejście do idoli. Co prawda nadal lubimy popatrzeć na ich fizyczną atrakcyjność, jednak jakoś tak ważniejsza staje się dla nas jakość tego co robią i, choćby nie wiem jak górnolotnie to brzmiało, zgoda ich działań z wyznawanymi przez nas ideałami. Jednym słowem, chcemy być dumni ze swoich idoli 🙂 Nie musimy już obowiązkowo wielbić jakiegoś gładkiego lica, żeby mieć czym zachwycać się w towarzystwie koleżanek i jednocześnie jesteśmy bardziej świadomi tego, czego tak naprawdę szukamy i co tak naprawdę przyciąga nas do tej, najczęściej bardzo odległej, postaci. Dużo łatwiej przychodzi nam krytyka, a nawet rezygnacja z tego specyficznego kontaktu, dużo trudniej bezwarunkowe uwielbienie. Rzecz bowiem w tym, że z biegiem lat, gdy już obejrzeliśmy wszystkie produkcje, wysłuchaliśmy wszystkich piosenek i prześledziliśmy tysiące wywiadów, mamy tych warunków całkiem sporo…  Ostatecznie jednak najbardziej chodzi o to, żeby jego pojawienie się na ekranie lub nagle wyskakująca w radio piosenka, wciąż poruszały tę strunę w sercu, która przyciągnęła nas doń za pierwszym razem. Żebyśmy wciąż potrafili wyłowić tę iskrę w oku, nawet spod mega nieudanej charakteryzacji, rozpoznać to drżenie głosu, nawet w dziwnie drażniącej kompozycji. Żeby po tych wszystkich latach, widok przekrzywionej korony albo tej charakterystycznej gitary, wciąż wywoływał uśmiech i ekscytację.

Piszę o tym wszystkim jednak nie po to, aby wykładać jakąś teorię, tudzież pisać monografię na temat fanów i ich idoli, gdyż  pewnie zrobiono to znacznie lepiej przede mną. Piszę to, ponieważ zupełnie niedawno, za sprawą mojego osobistego idola, uderzył mnie w tym całym „fanowaniu” pewien paradoks… Jak pewnie wiecie społeczności żarliwych fanów to miejsca, gdzie pisze się najpiękniejsze wiersze i układa najcudowniejsze hymny pochwalne. Jednocześnie są te same miejsca, gdzie łatwo wywołać wojnę chociażby o kosmyk włosów, nie wspominając o nieco poważniejszych sprawach… Zadziwia mnie jednak wciąż od nowa prawidłowość, wedle której, o ile sami dość łatwo przyjmujemy, że nasze życie zmienia się, a zatem zmienia się w nim również rola naszego idola i miejsca, które, znów górnolotnie mówiąc, zajmuje w naszym sercu, o tyle trudno przychodzi nam przyznanie tego samego prawa obiektowi naszych westchnień, czyli idolowi.

Naturalnie, jest w tym coś zrozumiałego. Wyboru idola bowiem bardzo rzadko dokonujemy w pełni świadomie, to raczej gra emocji, tajemnicza siła przyciągania. Serio, nikt z nas nie siada pewnego dnia przy biureczku z listą wad i zalet, starając się dopasować doń konkretnego artystę. Nie, ten wybór troszkę podobny jest do wyboru życiowego partnera i tak samo trudno go utrzymać, gdy przeminie już, podsycane rozmowami na forach i grupach, pierwsze zauroczenie . Jak wiecie, w każdej legendzie jest ziarno prawdy, a więc i w tej o strzale amora także. Pewnego dnia go odnajdujesz, płaczesz rzewnie nad tą jedną piosenką, z zachwytem po raz dziesiąty oglądasz od początku ten serial… Przyciąga Cię ten błysk w oku, to drżenie w głosie, „ależ to jest dobre” myślisz sobie. Wszystko, co mówi i robi jest doskonałe, jakiż to miły i dobry człowiek, kocha dzieci, ma dwa pieski, udziela się charytatywnie i jakimż doskonałym jest artystą. W niedalekiej przyszłości dostrzeżesz rysy na jego wizerunku, wszak noszenie maski męczy, a nikt z nas nie jest doskonały. Tu nieodpowiedni żart, tam piosenka od której bolą Cię zęby, a w ogóle to jak on wygląda w tych dżinsach (!) Wciąż jednak zapamiętale śledzisz każdy wywiad, choć najczęściej wrócisz do tych, w których tak pięknie się uśmiechał, a rozentuzjazmowany tłum wiwatował… W końcu dochodzisz do punktu, w którym wyłączysz ten okropny serial po połowie pierwszego odcinka, choć nadal próbujesz obejrzeć wszystko, co będzie miało jego nazwisko w napisach. Z płyty wybierzesz ulubione utwory, ale na koncercie będziesz klaskać nawet do tego, który razi Cię płytkim tekstem albo nienaturalnie przeciągniętymi samogłoskami… Pojawią się nowi, trochę młodsi, z gładszym licem i porządniejszą fryzurą, błysną na chwilę i znikną w tłumie, a ty wciąż będziesz najostrzejszym krytykiem i najzagorzalszym obrońcą swojego ulubieńca. Raz na jakiś czas bowiem ktoś z nas ma to szczęście i wybiera idola na lata, może nawet na wszystkie lata… Bo widzicie, choć na poziomie emocjonalnym te relacje są nieco podobne, z idolem łatwiej się rozstać niż z partnerem. Nie łączy nas kredyt na mieszkanie, a po rozstaniu nie musimy spoglądać w pełne wyrzutu oczy wspólnych znajomych. Mimo to, jeśli zaangażowaliśmy się w tę relację dostatecznie mocno, a nie mówimy tu o uczuciach sensu stricto, bo wszyscy chyba rozumiemy, że postać idola to wciąż pewna fikcja, jest ją bardzo trudno zerwać. Nawet po wielu latach może się okazać, że od momentu gdy znów błysnął nam przypadkiem na ekranie telewizora, do poszukiwania przez wyszukiwarki wszystkiego co ostatnio straciliśmy, może minąć bardzo niewiele czasu…

Michael Patrick Kelly w czasie koncertu przed mikrofonem z czerwoną gitarą
Michael Patrick Kelly to dla mnie artysta absolutnie wyjątkowy. „Chłopak z gitarą”, który tworzy ścieżkę dźwiękową mojego życia od tylu już lat. Trafia do mnie jego wrażliwość, to jaką muzykę tworzy i jak ją przeżywa. Podziwiam jego niesamowity kontakt z publicznością, uwielbiam występy na żywo, bo spędziwszy niemal całe dotychczasowe życie na scenie czuje się tam naprawdę jak ryba w wodzie. Dużo swobodniej niż przed natrętnym obiektywem aparatów fotograficznych i w czasie wywiadów, które próbują od niego wydobyć więcej niż to, czym chciałby się podzielić. Co ważne podoba mi się jakimi kieruje się wartościami, jak śmiało mówi o swojej wierze i wreszcie jaki obraz wyłania się ze wszystkiego, na co zezwala nam popatrzeć. Źródło zdjęcia: Fanpage Michaela

Zatem, otwarcie trzeba powiedzieć, że relacja z idolem, to relacja na poziomie emocjonalnym. Tutaj powinna zatem w sposób bardzo prosty i spójny, wyskoczyć odpowiedź na problem zawarty w tytule. Ostatecznie, skoro człowiek tyle zainwestował w ten swój odległy ideał, to chciałby mieć najzwyczajniej w świecie rację i być z tego dumnym. Największy zatem grzech, jaki może popełnić idol, to wcale nie zawrzeć ósmy związek małżeński (może wreszcie będzie szczęśliwy?), ani nawet nie ten niepodpisana na koncercie płyta (przecież dał z siebie wszystko, na pewno był zmęczony), ale… zmiana. Tego fani mu nie darują. Już zmiana fryzury może wywołać burzę, natomiast zmiana stylu… o panie, zostaniesz zbanowany na całego. Widzicie, w takiej sytuacji istnieje spora szansa, że płomienne wsparcie szybko zamieni się w równie zagorzałą i zjadliwą krytykę, gdy na horyzoncie naszego wypieszczonego wizerunku ukaże się poważniejsza zmiana stylu czy wizerunku. Cóż, ponoć miłość i nienawiść dzieli naprawdę cienka granica…

Muszę Wam przyznać, Kochani Czytelnicy, że niesamowicie łatwo jest raz po raz natknąć się na podobne zjawisko, rezydując w jakiejkolwiek społeczności fanowskiej. Zawsze mnie ono na równi ciekawi i niepokoi. Z jednej bowiem strony doskonale rozumiem tę potrzebę ochrony tego, co człowiek uważa za idealne. Tym bardziej, że nie zawsze zmiana stylu, wizerunku czy wyrazu artystycznego jest zmianą na lepsze. Choć ulubieniec deklaruje, że oto właśnie stawia sobie wyzwanie i wychodzi ze swojej strefy komfortu, aby się rozwijać i poszukiwać nowych środków wyrazu, nie przekonuje tym często fana. Tym bardziej jest interesujące, że przecież również fan pragnie, aby idol się rozwijał, zaskakiwał go, bo nawet to, co najlepsze, dość szybko potrafi się znudzić, jeśli jest monotonne i niezmienne trwa w ustalonym porządku. Skąd zatem ta radykalna niezgoda na wszystko, co zdaniem fana „nie jest w stylu idola?”. Myślę sobie wtedy, że po trosze problem może leżeć w całkiem prozaicznym fakcie, że obiektem naszego uwielbienia stała się konkretna kreacja, a nie osoba. Pragniemy, aby wróciło to konkretne uczucie, ten zachwyt, który towarzyszył nam za pierwszym razem, choć doskonale wiemy, że nie jest to możliwie. 

Milow z gitarą w czasie koncertu
Bywa i tak, Kochani Czytelnicy, że zostaje się fanem muzyki, ale niekoniecznie muzyka. O Milow wiem niezbyt wiele, zaledwie kilka ciekawostek takich, jak ta, że używa małych gitar 🙂 Jestem jednak niezmiennie fanką jego muzyki. Milow nie pisze po prostu piosenek. To całe historie, zamknięte w zwrotkach i refrenach. Niektóre miewają morały, inne mierzą się ze wspomnieniami i traumami. Jeszcze inne pięknie opowiadają o miłości lub zadziornie i ironicznie obracają wszystko w żart. To zdecydowanie nie jest muzyka o niczym, stworzona by nucić ją pod prysznicem, choć bywa niesamowicie nastrojowa i melodyjna. Równie dobrze piosenki te mogłyby ułożyć się w tomik wierszy, albo krótkie opowiadania 🙂 Źródło zdjęcia: Fanpage Milow

Z drugiej strony, musicie wiedzieć, że moje zrozumienie kończy się, gdy społeczność fanów przyznaje sobie prawa, których tak naprawdę nie posiada. Wciąż bowiem zastanawiam się dlaczego niektórzy z nich potrafią tak zajadle bronić tego, co tak naprawdę nigdy nie było ich decyzją. Zaczyna się to zazwyczaj całkiem zwyczajnie, od krytyki, często całkiem konstruktywnej. W końcu w tym całym „fanowaniu” nie chodzi o bałwochwalczą cześć i klaskanie najgorszym szmirom w imię fałszywie pojętej lojalności. Wkrótce pojawiają się głosy, wpierw nieśmiałe i nieco przygaszone, szepczące o  nieudolnych doradcach czy fatalnym guście idola, o tym co właściwie się stało, że nagle odchodzi od wszystkiego, co tak dobrze służyło nam, fanom, za co go tak naprawdę pokochaliśmy. Wkrótce jednak machina rozpędza się na dobre. Wśród coraz śmielszych oskarżeń o grze pod publiczkę, pojawią się hasła o tym, że idol się sprzedał, zamienił unikatowy styl na jednolitą papkę napędzającą jego popularność. Nieuchronnie nadchodzi także moment, w którym nieśmiałe, stonowane głosy próbujące argumentować, że nawet przyzwoite jest to nowe, zostają podsumowane, często dość agresywną dyskusją na temat tego, kto może być prawdziwym fanem swojego idola. Ostatecznie, święte oburzenie społeczności fanowskiej potrafi przyjąć kuriozalne rozmiary, z podejrzeniem o podstawienie sobowtóra czy nawet klona ulubieńca włącznie… I wierzcie mi cała ta burza potrafi się rozpętać nie tylko o nagle zbyt skoczną piosenkę czy nieco nieudany film, ale nawet o dziurawe dżinsy, wąsy czy okulary…

Trudno racjonalnie uzasadnić podobne zachowanie, które, o dziwo, wcale nie dotyczą grupy rozemocjonowanych nastolatek, ale często całkiem statecznych osób, o zdawałoby się, szerokich horyzontach i ukształtowanych poglądach. Przyglądając się temu, myślę sobie, że bardziej tu zresztą idzie nie tyle o idola, co o nas samych. Naszą własną, prywatną niezgodę na przemijanie i nieustanne zmiany zachodzące wewnątrz i na zewnątrz nas. Stawiamy sobie wysoko poprzeczkę i nie zamierzamy jej obniżać nawet dla idola, który przecież miał być taką niewielką ucieczką od nużącej i wymagającej codzienności. Nie chcemy żeby nam o niej przypominał, ma być naszym nierealnym ideałem z krwi i kości, naszą fantazją, naszym zakątkiem pełnym tęcz i jednorożców. Nieudane fryzury, dziwne kompozycje i drętwe role nie mają tu żadnej racji bytu…

Myślę też sobie, Kochani Czytelnicy, że z punktu widzenia fana zmiana to trudne przeżycie. Jednak wciąż przecież  przecież mamy do dyspozycji to, co nas urzekło na początku, nikt nie zamyka na kłódkę wszystkich wcześniejszych dzieł i nie zakazuje ich ciągłego podziwiania. Zamiast więc jojczyć i rwać włosy z głowy, trzeba by spróbować siebie zrozumieć. Zaskakująco oczyszczająca w tej kwestii może się stać refleksja nad tym  dlaczego właściwie wciąż tkwię przy moim idolu. Co daje mi ta nieco dziwna znajomość z nieznanym człowiekiem,  którego podziwiam ponad wszelką miarę? Czy chodzi tylko o zewnętrzną atrakcyjność, potrzebę ulokowania gdzieś nadmiaru egzaltowanych uczuć, dla których nie ma miejsca w mojej codzienności? A może naprawdę chodzi o obcowanie ze sztuką i jej doskonałym przedstawicielem? Czy może jednak szukam autorytetu, kogoś, kto będzie moim wzorem, za którego wartościami chcę iść? A może potrzebny mi idol, bo wszyscy mają jakiegoś i nie bardzo mam co opowiadać, gdy w towarzystwie rozmowa zejdzie na to, co kto widział ostatnio na Netflixie? Wreszcie, może tu chodzi o to, że ten człowiek, o którym w sumie nic nie wie, trafia do mojej wrażliwości i po prostu lubię przebywać w jego towarzystwie, a tym lepiej jeszcze, jeśli jest naprawdę dobry w tym, co robi. Nie mówiąc już o tym, że przynależność do społeczności fanów daje człowiekowi znacznie, znacznie więcej niż tylko woreczek zachwytów nad swoim ulubieńcem ;P

To ważne zatem, żeby odnaleźć siebie samego w tym fanie, który właśnie próbuje się ustosunkować do działań idola, a wtedy zajadała obrona przed zmianą przestanie być konieczna. Och, nie braknie potrzeby krytyki i nieco niegrzecznych żartów z tych nieszczęsnych spodni z dziurami na zbyt kościstych kolankach. Jednak będzie też sporo zrozumienia i wsparcia dla tego, któremu chcemy kibicować. Tymczasem jeśli nasze spotkania z idolem znaczą jednak chmury gradowe, a nie tęcze i jednorożce… Cóż może pora zmienić idola? Ostatecznie zawsze na tapecie telefonu może zostać ten zachód słońca w Chorwacji, bo może jednak jesteśmy fanami czekolady, albo biedronek i nic a nic nie obchodzi nas żaden popularny celebryta… Przynajmniej dopóki znów nie złapie się za ucho 😉 

 

3 myśli w temacie “Nie do twarzy Tobie z tą zmianą, czyli idola grzech największy.

  1. Hołka 14 stycznia 2021 / 12:32

    Przeczytałam twój wpis zaraz po tym, jak się pojawił, ale przez przed i poświąteczną zawieruchę nie mogłam go skomentować wcześniej. Co z jednej strony było dość frustrujące, ale z drugiej – dało mi sporo czasu na przemyślenie tematu. 😉

    Ubawiłam się, czytając, jak na przestrzeni lat zmienia się sposób fanienia. Jest w tym sporo racji. Choć w moim przypadku – paradoksalnie łatwiej jest mi być fanką teraz. Bo z jednej strony nie muszę nikomu tłumaczyć, że lubię jakiegoś aktora za jego talent, a nie dlatego, bo marzę o tym, by wyjść za niego za mąż. 😛

    Ach, i jeszcze muszę się z tobą podzielić spostrzeżeniem na temat zdjęć idoli na tapecie telefonu. Myślę, że duże znaczenie ma tu to, jak bardzo rozpoznawany jest dany artysta. Bo jeśli ktoś ma na tapecie zdjęcie np. Benedicta Cumberbatcha albo Toma Hiddlestona, to postronny obserwator raczej rozpozna te osoby i powie (lub pomyśli) „widzę, że lubisz tego aktora”. Jeśli natomiast aktor jest mniej rozpoznawalny (myślę, że w Polsce David Tennant ciągle jest tego typu aktorem), to ten postronny obserwator niemal na pewno zapyta „ooo, to twój chłopak?” I wtedy sytuacja robi się niezręczna, bo człowiek rzeczywiście wychodzi na dziwaka, kiedy musi tłumaczyć, że to nie chłopak, tylko idol.

    PS. Jest taka fajna apka na telefon „Wallpaper Changer”, która potrafi (tak, jak w Windowsie), zmieniać co jakiś czas tapetę na telefonie (na zdjęcia z wybranego przez nas folderu). Dodatkowo ma ona opcję natychmiastowej zmiany tapety na inną, po dwukrotnym stuknięciu w ekran. Jeśli więc w towarzystwie tapeta zmieni się nam akurat na taką z naszym idolem, można ją szybko zmienić z powrotem na bezpieczne zdjęcie zachodu słońca z Chorwacji, żeby nie tłumaczyć się ludziom, kim jest ten obcy facet na naszym telefonie. 😉
    https://play.google.com/store/apps/details?id=de.j4velin.wallpaperChanger&hl=pl

    Wracając jednak do tematu – podoba mi się to, że napisałaś, że skoro nasz sposób fanienia się zmienia, to powinniśmy też pozwolić naszym idolom na zmiany. I tu niby masz rację, ale jednocześnie – nie do końca się z tobą zgadzam. 😛

    Pojawia się tu bowiem problem: na ile twórczość artysty należy do niego, a na ile do jego fanów. A popularność może być dla artysty zarówno błogosławieństwem (daje możliwości, na które nie może sobie pozwolić mniej rozpoznawalny twórca), jak i przekleństwem (tu problemem może być np. wspomniana przez ciebie konieczność ciągłego noszenia maski).

    Sama mam kryzys związany z fanowaniem Williama Fichtnera. Od jakiegoś czasu niemal każda produkcja, w której widzę aktora mnie rozczarowuje (ostatnim filmem z aktorem, który naprawdę mi się podobał był „Wrong” z 2012 roku). To doprowadziło do tego, że kilka ostatnich filmów z aktorem jest dla mnie „Kotami Schrödingera” – wolę ich nie oglądać, bo dzięki temu nie wiem, czy są kiepskie.
    Wiem, że Fichtner nie pojawia się w złych produkcjach po to, by zrobić mi na złość, ale jednocześnie mam do niego gigantyczny żal o to, że nie stara się bardziej. I że nie dostarcza mi nowej dawki emocji takich, jak te, które sprawiły, że polubiłam aktora za pierwszym razem. Nie potrafię jednak postąpić tak, jak napisałaś w ostatnim akapicie i powiedzieć „panie Fichtner, z nami koniec!”.
    I choć w obecnej chwili nie hejtuję Fichtnera za to, jak toczy się jego kariera aktorska, to nie jestem pewna, czy byłabym tak samo wyrozumiała, gdybym trafiła na grupę równie niezadowolonych fanów, wśród których krytykowanie aktora byłoby dozwolone. 😛

    Inny, równie duży kryzys, jaki od wielu lat przechodzę dotyczy „Doktora Who”. Jak wiesz, jest to serial, w którym zmiany zdarzają się co chwilę i nie wszystkim się podobają. A do mnie produkcja przestała przemawiać po tym, jak Russell T. Davies przestał być jej showrunnerem. I gdyby to był inny serial, na pewno już dawno przestałabym go oglądać. Jednak „Doktor Who” wywołał u mnie dziwny rodzaj Syndromu Sztokcholmskiego. Wspomniane zmiany nie są bowiem tylko tym, co „psuje” serial, ale też tym, co daje nadzieję na lepszą przyszłość. W końcu zawsze istnieje szansa, że nowy towarzysz, Doktor lub showrunner, sprawią, że serial w końcu, na nowo, zacznie mi się podobać.

    Naprawdę, po poprzednim sezonie stwierdziłam, że dość, że wystarczy, i że kolejnej serii „Doktora Who” nie będę już oglądać. Ale skusiłam się na odcinek świąteczny (bo to przecież tylko jeden odcinek). I co? Pod koniec nastąpiła wymiana towarzyszy i znów pojawiła się nadzieja, że może teraz – w końcu! – serial wróci na dobre tory. A jak nie w tej serii, to może w następnej, bo podobno wtedy Doktor ma znowu regenerować. Aghhh, kocham i nienawidzę „Doktora Who” jednocześnie!

    Wracając więc do twojego wpisu – tak, zgadzam się z tym, że skoro my się zmieniamy, to powinniśmy pozwolić na zmiany także naszym idolom. Problem w tym, że kiedy to, co robią nasi idole, przestanie się nam podobać, to porzucenie ich – choć teoretycznie nie powinno być trudne, w rzeczywistości wcale takie nie jest! 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 24 lutego 2021 / 12:37

      Masz rację, mnie także o wiele łatwiej jest być fanką obecnie niż kiedyś. Nie tylko dlatego, że, jak napisałaś, nie muszę się martwić, że moja fascynacja zostanie źle odczytana, ale i dlatego, że czuję się dumna z w związku ze swoimi własnymi wyborami i nie czuję przymusu ani wpasowywania się w jakiś nurt, ani stawania mu na przeciw 🙂 Dużo lepiej też rozumiem co i dlaczego chcę śledzić, komu kibicować i choć gładkie lico też ma swoją wartość umiem wybiec dużo, dużo dalej 😛

      W sumie sądzę, że pomimo pozornej nie-do-końca-zgody dochodzimy do podobnych wniosków 🙂 Rozumiem co masz na myśli pisząc o Twoim stosunku choćby do Fichtnera. Przy czym mój wywód na temat zmian w życiu idola zmierzał w nieco innym kierunku. Prawda jest taka, że jeśli kariera naszego ulubieńca zmierza w stronę, która nie tylko nie przynosi mu sukcesów, ale do tego po prostu słabo mu idzie, mówiąc oględnie, trudno utrzymać ten sam poziom zainteresowania. Jednocześnie, ponieważ, jak napisałam, relacja z idolem, to relacja na poziomie emocjonalnym, bardzo trudno jest ją zerwać. Trochę w tym poczucia straty, trochę nadziei na lepsze czasy, ale jeśli zabrnęło się w swoim fanowaniu wystarczająco daleko, trudno powiedzieć sobie, jutro się już nie zobaczymy. Ja jednak miałam na myśli sytuację, w której nasz idol radzi sobie całkiem nieźle, albo nawet lepiej, z tym, że zmienia się dość znacząco i to zaczyna przeszkadzać tzw. starym fanom. Zwłaszcza w sytuacji, gdy idol staje się np. szerzej znany albo nagle przychodzi rzesza nowych fanów, powstaje taka frustracja na zasadzie „a gdzieście wcześniej byli, nic nie wiecie i to wszystko jest gra pod publiczkę”. Inspiracją była dla mnie piosenka Micheala Patricka, która wzbudziła morze hejtu, a ostatecznie stała się największym jego sukcesem od lat, co w ramach przedziwnego paradoksu również zawdzięczamy w dużym stopniu społeczności fanowskiej, tak szczerze sarkającej na ten utwór. Z podobną sytuacją zetknęłam się jeszcze kilka razy, nie tylko w stosunku do swoich własnych idoli i zawsze się nad nią zastanawiam. Masz bowiem wiele racji stawiając pytanie na ile twórczość tak naprawdę należy do artysty, a na ile do jego fanów. Bez fanów nawet najwspanialszy artysta traci skrzydła, choć ostateczne zbyt duża ich ilość także nie przynosi szczęścia. Zresztą na temat tego, co fani znaleźli w dziele artysty można by napisać niejedną książkę ;P Rzecz w tym, że zmiana wpisana jest w cykl życia i nie da się jej zapobiec, zwłaszcza zmiana poglądów, które kształtują się zgodnie z naszymi życiowymi doświadczeniami. Trzeba się nauczyć ją akceptować. Sama mam teraz inne spojrzenie na świat, niż 10 lat temu i podobnie jest z artystami, dokonują dziś innych wyborów, inaczej prowadzą swoje kariery, niż np. 10 lat temu. Z przymrużeniem oka można tu stwierdzić, że nie ich wina, że as tak zauroczyli, że tkwimy przy nich nie raz całe dekady i niekoniecznie godzimy się z tym przemijaniem 😛 Zaznaczam jednak, że może trochę łatwo mi mówić, bo moi idole robią mega świetne rzeczy i jakby nie mam obecnie tego dylematu, który zmuszałby mnie do zrewidowania swoich fanowskich poglądów. Wiem za to jak to jest uwielbiać kogoś, choć dla niektórych jest to obciachowe 😛

      I jeszcze odnoście „Doctor Who”. Mam bardzo podobne odczucia jak Twoje. Po pierwsze wiem, że nikt nie dorówna Dziesiątemu Doktorowi, to na serio nie ich wina, są wspaniali, ale żaden z nich nie jest Davidem Tennantem i kropka 😛 Po drugie nie podoba mi się w jaką stronę zmierza ten serial. To, co w nim kochałam i kocham wciąż to historie czasem zupełnie „od czapy”, przemycające między wierszami ważne problemy. To zabawni kosmici, żywcem wyjęci z wyobraźni jakiegoś przebodźcowanego dziecka, w które byłam w stanie uwierzyć bez zmrużenia oka. Wszystko, tylko nie pompatyczność i moralizatorstwo. Nie podoba mi się, gdy nagle wszyscy wokół robią się wyjątkowi i kryształowi, a sprawy są tylko i wyłącznie wielkie. Wolę atakujące ludzi choinki i bałwany niż wielkie sprawy, które mają daleko w tyle zwykłego człowieka. Dlatego zła jestem trochę, ze z mojego zwyczajnego bohatera, który przypadkiem ma dwa serca i wehikuł czasu, robi się znowu kogoś specjalnego i wyjątkowego ponad miarę i nic a nic mnie nie obchodzi na ile się to mieści w kanonie, a na ile nie. Wyjątkowość Doktora wszak polega według mnie na tym, jak jednocześnie bliski i daleki nam jest, a nie na nadprzyrodzonych zdolnościach. Uff, wygadałam się, może to tylko moje „widzi mi się”, a serial stara się iść z duchem czasu? W każdym razie, z Doktorem łączy mnie nieco toksyczny związek, rzucam go, pakuję manatki i mówię mu „nie kochma Cię już”, a potem wracam z szampanem oglądać nowe odcinki nawet nie prosząc o wybaczenie 😛 Tak, jak napisałaś trochę z nadzieją na lepsze i na pewno z wielkiego sentymentu, a po drodze, podglądam z córką stare odcinki, głównie z Dziesiątym i Jedenastym 😛

      Polubienie

    • Hołka 1 marca 2021 / 15:34

      „Rozumiem co masz na myśli pisząc o Twoim stosunku choćby do Fichtnera. Przy czym mój wywód na temat zmian w życiu idola zmierzał w nieco innym kierunku.”

      Tak, tak – wiem. Po prostu nie mogłam się powstrzymać i musiałam przeanalizować ten problem z nieco innej perspektywy. 😉

      „w sytuacji, gdy idol staje się np. szerzej znany albo nagle przychodzi rzesza nowych fanów”

      Muszę ci się przyznać, że z tym mam jeszcze inny problem (choć zdaję sobie sprawę z tego, że jest on dość egoistyczny).
      Chodzi o to, że choć z jednej strony chcę, by moi idole rozwijali swoja karierę, to jednocześnie denerwuje mnie, kiedy w fandomie zaczyna robić się tłoczno.
      Z jednej strony wynika to oczywiście z tego, że – delikatnie mówiąc – ilość nie zawsze idzie w parze za jakością, a ci najgłośniejsi fani (którzy przez swoją „głośność” zdają się być grupą najliczniejszą) często mają najmniej wartościowych rzeczy do powiedzenia. Z drugiej natomiast – jest absurdalne poczucie elitarności, że oto lubi się wspaniałego artystę, o którym prawie nikt nie słyszał – które traci się, kiedy dany twórca zyskuje większe grono wielbicieli.

      I choć nigdy z powyższego powodu nie zrezygnowałam z kibicowania komuś, to zdaję sobie sprawę z tego, że taki napływ nowych fanów wywołuje u mnie takie odczucia. 😉

      „nie podoba mi się w jaką stronę zmierza ten serial. […] Wszystko, tylko nie pompatyczność i moralizatorstwo. Nie podoba mi się, gdy nagle wszyscy wokół robią się wyjątkowi i kryształowi, a sprawy są tylko i wyłącznie wielkie”

      Och, mam dokładnie tak samo! Finałowy odcinek ostatniej serii naprawdę mocno mnie wkurzył, bo Doktor zawsze był przedstawiany jako ktoś, kto choć dla nas, ludzi – jest najmądrzejszą i najodważniejszą osobą, to w porównaniu z innymi Władcami Czasu – jest on dość przeciętny, a nawet – poniżej średniej.
      Zawsze poruszało mnie, jak Doktor stwierdzał, że np. nie przeszedł jakiegoś testu, któremu poddawani byli wszyscy Władcy Czasu, bo przestraszył się i uciekł. Albo, że niby coś tam wie na jakiś temat, ale nie do końca, bo akurat nie uważał na tej lekcji w szkole. To była jednak z tych cech Doktora, za którą go pokochałam, i którą Chibnall teraz mu odebrał. 😦

      No, ale właśnie – Doktora nie da się ot tak, przestać kochać. Można tylko zacisnąć zęby i liczyć na to, że kolejna inkarnacja albo kolejny showrunner okażą się lepsi. 😉

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s