Dawniej było jakoś fajniej, czyli wszyscy chadzamy w różowych okularach nostalgii

girl-retro-portrait-red-carnival-color-1089199-pxhere.com

Kiedy zaczynam pisać te słowa dla Was, a jeszcze bardziej chyba dla siebie :), Kochani Czytelnicy, z głośników mojego komputera dobiega właśnie mój ulubiony utwór Ed’a Sheeran’a, „Castle on the hill”, w którym przejętym głosem śpiewa on  o tęsknocie za czasami wczesnej młodości, kiedy nie było jeszcze na wszystko odpowiedzi i nie liczyło się nic poza niewielkim światem kilkorga przyjaciół. Uśmiecham się do siebie i myślę, że ten utalentowany Brytyjczyk właśnie trafił dokładnie w to miejsce, o którym bardzo chcę Wam dzisiaj opowiedzieć i pewnie doskonale musi wiedzieć o tym, jak to jest chadzać w różowych okularach nostalgii (no, ewentualnie jest tak dobrym tekściarzem, że potrafi sobie to uczucie bezbłędnie przywołać 😉 ). Założę się też, że wszyscy je czasem zakładamy i równie często wszyscy…. zapominamy ściągnąć 🙂

Kiedyś było jakoś fajniej…

Jeśli zapytam tych z Was, którzy urodzili się najpóźniej w ostatnim dwudziestoleciu ubiegłego wieku o Wasze wspomnienia z dzieciństwa, Kochani Czytelnicy, co mi opowiecie?  Czy opowiecie mi o rowerze, który dostaliście na komunię? Pierwszej topornej konsoli kompatybilnej jeszcze z czarno-białym telewizorem? Grze w podchody  w tajemniczej atmosferze zapadającego mroku? Dumnie obnoszonych siniakach po pierwszym skoku z drzewa? Pierwszej oranżadzie? Bo przecież nie o tym, że tato skrzyczał Was za to, że znów zgubiliście klucze, a może nawet postraszył pasem? I nie o tym, że pióro z atramentem zawsze brudziło palce i zeszyty, za co można było kiedyś nawet dostać linijką po łapach. Nie o tym, że wśród przyjaciół zawsze był ktoś, kto wlókł za sobą młodsze rodzeństwo i głową odpowiadał za stan ich doczesnej powłoki. I na pewno nie o tym, że po nauce fikołków na trzepaku przez tydzień nie dało się spać na prawym boku…

Czarno białe zdjęcie ze starego podwórka. Grupa dzieci na trzepaku, próbuje wykonać niewielkie akrobacje. W tle widać kamienicę.
No tak, trzepak, na który u nas mówi się „klopsztanga” to obowiązkowy wystrój zdjęcia dzieci  „z tamtych lat”. Wszak to była główna baza wypadowa do zabaw wszelakich 🙂
Jeśli jednak dokładnie się przyjrzycie na tych kilka trzepaków, które wciąż dumnie stoją na osiedlach, może się okazać, że w dalszym ciągu obsadzone są całkiem pokaźną grupą dzieciaków, które sprytnie balansują nogami, usiłując jednocześnie pokazać koleżance zrobione wczoraj zdjęcie kotka na swoim smartphonie. To się dopiero nazywa akrobacja! 😛 Źródło zdjęcia: gajowiec.pl

Z kolei jeśli zapytam tych samych z Was o wczesną młodość, pewnie, mniej więcej jak ja, opowiecie o tym jak cudno – dziwnie smakowało pierwsze zakazane piwo i skradziony podczas gry w butelkę pocałunek, jak przedziwnie przyjemne było uczucie zmęczenia po całonocnym wypadzie na najmodniejszą w okolicy dyskotekę, i może jeszcze jak piękny był ten piosenkarz, który każdego dnia puszczał do Was oko z plakatu zawieszonego nad łóżkiem. Raczej nie napomkniecie za to o tym,  że przy pierwszym kacu rozważaliście wezwanie pogotowia, a połowę Waszych planów i marzeń z młodości zbyt szybko zeżarła proza życia…

„Pewnego dnia obudzę się jako 38- latek” – śpiewa w innym utworze Milow  – „robiąc to wszystko, co kiedyś zwykłem nienawidzić”… Do tego utworu uśmiecham się już troszkę przez łzy, zastanawiając się nad tym, że nawet jeśli osiągnęłam więcej niż połowę tego, co sobie założyłam, gdy zdawałam maturę i wciąż jeszcze w maju, tuż przed maturą, kwitły kasztany, to nie ma to jednak tego smaku, który sobie wówczas wyobraziłam…

Ostatnimi czasy, Kochani Czytelnicy, pewnie dlatego, że jestem w wieku, w którym raczej się już „osiada” niż snuje plany, wciąż natykam się na kolejne opowieści o tym, jak cudownie było w dzieciństwie, zwłaszcza jeśli miało się szczęście urodzić  w latach osiemdziesiątych XX wieku lub co nie co wcześniej. Z Facebooka minimum raz dziennie wyskakuje mi jakiś mniej lub bardziej zabawny mem, przekonujący mnie, że „kiedyś było jakoś fajniej”, z którego radośnie spoglądają na mnie roześmiane dzieci w niemal jednakowych, czarno – białych ubraniach (hehe, kolorowe zdjęcia przyszły troszkę później…), dziewczynki w podkolanówkach i chłopcy w szerokich szortach, czasem umorusane, w otoczeniu kamienic, trzepaków i szarych podwórek. Z własnej nieprzymuszonej woli z kolei, od czasu do czasu, zaglądam na grupę „Born in the PRL”, aby powspominać odbiorniki radiowe o śmiesznych kształtach i syfon do wody sodowej, który w moim domu był dobrem luksusowym i należało się z nim obchodzić równie ostrożnie, co z przedwojenną, podobno srebrną, cukiernicą. Poza tym wszystkim zaś, jak ci co przyszli przed nami i ci co przyjdą po nas, słucham westchnień „ech, ta dzisiejsza młodzież…”. Wszak,  jak zauważył autor artykułu na blogu „Nostalgia”, już w papirusie datowanym na 2500 r. p. n. e. skryba zanotował, że świat zdecydowanie idzie ku gorszemu skoro młodzi już starszych nie szanują. Zastanawiam się tylko  kiedy ja właściwie wyskoczyłam z tej grupy, której się owe pełne dezaprobaty westchnienia dedykuje … (czytaj: kiedy ja właściwie przestałam mieć osiemnaście lat? :P)

młodzież
Gdy myślimy o „dzisiejszej młodzieży” rzadko mamy przed oczyma taki obrazek, jak powyżej; rzadko wyobrażamy sobie też grupę fajnych ludzi, może nieco zbyt pewnych siebie, zapewne nieco zbyt krzykliwych w wielu aspektach, ale za to pełnych optymizmu i nadziei na przyszłość. Częściej  kojarzą się one nawet już naszemu pokoleniu, trzydziesto-, czterdziestolatków z hasłami typu  „gimby nie znajo”, wyposażonymi w dość nieszczere poczucie litości dla „zmarnowanego” pokolenia „bez wyobraźni”, ogólnie niegrzecznego i rozpuszczonego z powodu niedostępnego dla naszego pokolenia  dobrobytu…
Źródło zdjęcia: tutaj.

Nawet jeśli powyższa wypowiedź wydaje się nieco ironiczna, bo przyznam, że taki był ogólny zamysł, to na ogół z rozrzewnieniem raczej, niż ze złością, spoglądam na te wspomnienia, wyskakujące zwłaszcza z niepokornych memów, śmiejąc się do tych własnych dziurawych rajstop i posiniaczonych kolan. Jedyne czego nie rozumiem, to właśnie owo dziwnie mocno bijące z nich poczucie wyższości wobec tych, którzy, zamiast opony i kija, dzisiaj ciągną za sobą mieniącą się kolorami tęczy hulajnogę, a na obiad jadają częściej spaghetti niż tradycyjną kaszę z gulaszem.

Skoro zatem mowa o tym, że „kiedyś było jakoś fajniej”, to…  posłuchajcie pewnej bajki, Kochani Czytelnicy… Było sobie dziecko, nieco zbuntowana dziewczynka, która zawsze wolała kopać piłkę niż ubierać lalki 🙂 Urodziła się na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku, w bardzo zwyczajnej, robotniczej rodzinie. Była dzieckiem kochanym i wyczekiwanym, tak samo jak jej brat. Dzieciństwo spędziła wśród szarych podwórek, kamienic i blokowisk na wiecznie zadymionym Śląsku. Jak wszystkie niemal dzieci, chodziła do szkoły w fartuszku, w szkole pijała mleko z kożuchem z gara, a w domu tran z łyżeczki, i pisała chińskim piórem z atramentem, ale za to miała spódniczkę „lambadę”, plastiki na nogach i Barbie z Pewexu, na którą mama odkładała od wakacji, rezygnując z nowej sukienki, a której nogi w przeciągu następnego oku zeżarł pies 🙂 Każdego niemal dnia wybiegała na dwór, aby lepić babki z błota, robić niezdarne fikołki  na trzepaku i grać w chowanego, wkurzając sąsiadów ukrywaniem się w klatkach schodowych. „Ach te dzisiejsze dzieci” – mawiał staruszek z wielkim nosem zamieszkujący na trzecim piętrze – „za mało mają roboty; niechby ukopały ziemniaków na kolację, jak ja w ich wieku, to by im głupoty z głowy wywietrzały”.

20190405_172414
Poznajcie naszą bohaterkę, która przejęta idzie właśnie do szkoły. W tradycyjnej „tycie” ma najprawdziwsze słodycze, a na nogach autentyczne plastiki. Spójrzcie jak spogląda w przyszłość, z powagą, ale i takim chyba trochę łobuzerskim wyzwaniem w oczach 🙂

W nieco starszym wieku hodowała ta sama dziewczyna potwora z tamagotchi i biegała po podwórku krzycząc do kolegów, że „pokona ich siłą księżyca”, bo od niedawna miała już kolorowy telewizor i mogła w telegazecie przeczytać kiedy będzie w nim można zobaczyć ukochaną „Czarodziejkę z księżyca”. Ponieważ dość często chorowała, zdarzało się, że stała smętnie za oknem obserwując dzieciaki biegające po kałużach w kaloszach. Wtedy jej mama pokazała jej „Alicję w krainie czarów” i odtąd książki dołączyły do grona jej najlepszych przyjaciół.

Jako nastolatka obiecała sobie, że kiedyś zobaczy wieżę Eiffl’a i przeczyta Tolkiena w oryginale, bo tłumaczenia są ponoć do bani.  Żarliwie wierzyła, że Bob Dylan zasługuje na Nagrodę Nobla, a David Duchovny na Oskara. Do bladego świtu dyskutowała o pokoju na świecie, spiskach rządowych i wreszcie „starszych”, którzy są tak skostniali, że już niczego nie zmienią, bo to przecież do nich- młodych należy życie . W ostatniej klasie liceum, na przekór wszystkim przesądom, ścięła włosy, ale za to nie zrobiła sobie tatuażu, bo uwielbiała swoją cerę. Była ciut za duża i miała zbyt wielką stopę, ale ładne jasne oczy i uśmiech, który może wręcz nazbyt często wypełzał na jej twarz, zwłaszcza gdy czuła się zażenowana. Tuż przed maturą wraz z kolegami czyniła przygotowania do walki z pluskwą milenijną i wciąż jeszcze pamięta jak mocno ściskała dłoń przyjaciółki, gdy w wiadomościach pokazywali upadające wieże World Trade Center. Na studiach za to dostała wreszcie swój pierwszy komputer i telefon, ale przez miesiąc bała się go włączyć, bo nie umiała wyłączać dźwięku i obawiała się  z nim wejść na zajęcia….

Gdzie jest dzisiaj ta dziewczyna, zapytacie? Pewnie już domyśliliście się, że właśnie pisze do Was te słowa, na klawiaturze cieniutkiego, płaskiego laptopa i nawet nie używa myszki 🙂

A dzisiaj jest gorzej inaczej…

Piękne mam wspomnienia, prawda? Dlaczego więc napisałam, że opowiem Wam bajkę? Przecież to wszystko przydarzyło się właśnie mnie… Widzicie istnieją jednak rzeczy, o których ta dziewczynka, dziewczyna, kobieta, nie do końca chce pamiętać, o których nie opowie już Wam tak chętnie… Wszystko, co przeczytaliście to dopiero ziarno prawdy, które można znaleźć w każdej bajce, dokładnie te fakty, które pragnie się przedstawić, te które rzucają światło na odpowiedni fragment życia… Dlatego ta sama dziewczyna, kobieta już przecież, postara się ściągnąć dla Was różowe okulary nostalgii i przypomnieć sobie na przykład, że jako dziecko mogła bawić się tylko na niewielkim placyku, który nie miał nawet piaskownicy, choć dwie przecznice dalej można było jeździć już na karuzeli, ponieważ nawet trzydzieści lat do tyłu jej mama musiała  mieć ją zawsze w zasięgu wzroku. Ten cudowny trzepak, na zdjęciach obsadzony bandą dzieciaków, to na początku było wszystko co mogło jej służyć do zabawy, a i tak trzeba było to swoje miejsce udostępnić sąsiadowi z dołu, który groźnie wymachiwał trzepaczką, gdy zawzięcie trzepał dywan, poganiany przez żonę, dwa razy w miesiącu myjącą wszystkie okna w ich trzypokojowym mieszkaniu. Niektórzy podwórkowi szczęściarze dostawali wówczas z domu starą łyżkę albo podkradali z domu cynowe kubki do zabawy, zaś piłka to dość długo było jednak dobro luksusowe, jedna jedyna na cały blok. Dzieci z jej pokolenia nie miały dostępu do wymyślnych placów zabaw, które w rzeczywistości przypominają raczej szczelnie ogrodzone „spacerniaki”. Ich radosna wolność za to polegała na tym, że dano im przestrzeń dla wyobraźni, nie zajętą przez supermarkety i parkingi, przez spółdzielcze trawniki i podjazdy,  a rzucając piłką nie musiały się martwić czy nie trafią w okna samochodu sąsiada. Nic dziwnego, że łaknąc tej wolności rzadko bywały w domu, gdzie nawet na kilkulatki czekały śmieci do wyniesienia i miotły do zamiatania. Starsza Pani z parteru pilnowała wtedy  je wszystkie, podawała przez okno drożdżowe ciasto i kubek mleka, a gdy nasza bohaterka wrzuciła piłkę na balkon obok, nie odwracała wzroku z myślą, że to nie jej sprawa, dzięki czemu  pierwszy raz usłyszała jakiż to z niej rozwydrzony bachor.

Bez tytułu
Nasza kobieta, dziewczynka wtedy, nosiła wprawdzie na starcie swej szkolnej kariery granatowy fartuszek, jednak nie z powodów ideologicznych, ale dlatego, że miała wówczas tylko trzy porządne koszulki do szkoły, kupione cudem na pchlim targu, których zabrudzenie byłoby zbrodnią.
Źródło zdjęcia: Kultura PRL-u

Nie zapraszała ona wcale dzieci do domu, bo dzieliła z bratem niewielki pokoik i niekoniczne miałaby ich gdzie usadzić… Lepiej było wynieść koc na czysty trawnik, zawsze tak pięknie zagrabiony przez tego staruszka z dużym nosem, który nigdy nie zastanawiał się do kogo ten trawnik należy i kto powinien go uprzątać. Niestety nigdy nie doczekała się też, aby rodzice pomalowali ściany jej pokoju na różowo, gdyż był to kolor wysoce niepraktyczny. „Dziecko, a gdzie ja ci do tego całego różu dostanę zasłony….” – mawiała mama.Widzicie mogłabym tak wiele jeszcze napisać, ale pewnie już wiecie, w która stronę zmierzam…

Dzisiejsze dzieci i młodzież mają na pewno zupełnie inne (większe?) możliwości niż nam były dane. Częściej chociażby są wożeni samochodem i niektórzy nawet nie do końca kojarzą jak odczytać rozkład jazdy albo gdzie właściwie kasuje się bilet. Faktycznie po dwóch kliknięciach myszką już wiedzą kiedy się urodził Kopernik (no a Wy za to pewnie wiecie ile ważyła Encyklopedia 😉 ), a po dwóch następnych już wiedzą co słychać u Pawła, który mieszka na drugim końcu miasta, tego, którego wczoraj spotkali na zajęciach z judo. Gdy nie ma ich w szkole przesyłają sobie zdjęcia tablic i zeszytów przez któreś z mediów społecznościowych, a wodę piją z modnych butelek filtrujących „kranówkę”. Jeśli jednak spojrzymy na ich życie inaczej zobaczymy także, że są w znacznie większym stopniu niż my kiedyś oceniani i kontrolowani. Zobaczymy, że rodzice wkładają im brokuły do babeczek (hehe, już wolę mleko z kożuchem ;P), a gitara towarzyszy im prędzej na modnych zajęciach pozalekcyjnych niż na ognichu z kumplami, wszak jest najlepsza i pewnie kosztowała majątek, więc kto by ją tam na podzierkę taszczył… Zobaczycie, że w dobie chaosu informacyjnego mogą szybko pić ze źródła informacji, maja tak łatwo, tak prosto, wszystko na wyciągniecie ręki, a jednak bez mądrego przewodnika nie wiedzą przecież w ogóle, że nazbyt często to źródło jest zatrute. Sama nie pamiętam, abym cokolwiek w szkole musiała weryfikować, wszak jeśli o tym napisali w Encyklopedii lub podręczniku, nie poddawało się tego w wątpliwość 🙂 Zobaczycie też, że choć zapewne widzieli milion zdjęć krów i koni, a także potrafią je nazwać w trzech lub czterech językach, w ogromnej większości nigdy nie mieli okazji widzieć ich „w realu”. Nasz świat był taki wielki, chociaż rozciągał się między osiedlowym boiskiem, może lasem na peryferiach miasta i sklepem z lodami; ich jest tak mały i chyba jednak groźny, choć dzięki internetowi nie ma właściwie granic…

Fotoram.io
Współczesne dzieci bawią się zarówno tak, jak to po lewej, jak i tak, jak te po prawej. W sumie wciąż najbardziej zależy to od tego, co im pokażemy, do czego zachęcimy my sami. Tymczasem, niezwykle szybko i dość niepostrzeżenie nachodzi ten moment, w którym my, dorośli, przestajemy mieć wiele do powiedzenia, choćby i w kwestii wyborów naszych dzieci. Można kłócić się z ich wartością, jednak niezaprzeczalny fakt jest taki, że za owymi wyborami kryją się określone przyczyny i motywacje. Pokolenie, któremu „nie wolno szybko biegać, aby się nie rozchorować”; pokolenie, w którym dziury na kolanach spodni i brudne dłonie to nie oznaka świetnej zabawy, ale poważnych dysfunkcji w rodzinie; to także pokolenie, które przeżywa wirtualnie przygody, bo niewiele pozwala się im przeżywać „na żywo”. Pamiętajmy, że jakby nie spojrzeć i jakby się słusznie nie oburzać na współczesne młodzieży zepsucie, co najmniej połowa stylu życia współczesnych dzieci, które nagle ni stąd ni zowąd, zmieniają się w młodzież, to jednak nasza robota.
Zdjęcie po lewej pochodzi z archiwum domowego. Autorzy zdjęć po prawej: Brett Sayles oraz Kelly Sikkema.

Gdy tak sobie o tym wszystkim myślę, wspominam to swoje bardzo szczęśliwe dzieciństwo i tę młodość „chmurną i durną”, dziękując istotom wyższym, że niektórych z moich starych zdjęć nie ma w czeluściach internetu, to jestem pewna, że zupełnie niepotrzebna jest nam ta wyższość. To prawda, że świat gna na łeb i szyję, a zmiany następują tak szybko, że trudno je choćby w porę zarejestrować, nie mówiąc o ich pełnym przyswojeniu. Ten właśnie świat generuje nowe pokolenia, tak kosmicznie inne od naszego,  że trudno nam pojąć, iż to zaledwie nasze dzieci i za chwilkę już wnuki… Doprawdy, czasem ma się wrażenie jakby przybyli z innej planety… Dlatego ci, którzy dopuszczają się generalizacji grzmiąc o zepsuciu i lenistwie współczesnej młodzieży nie do końca chyba mają rację. To przecież nieprawda, że młodzi nie rozmawiają, choć na pewno robią to inaczej niż my. Nie prawda, że się nie bawią, choć cieszy ich zgoła coś innego niż nas. Gra w Fortnight albo Minecraft wcale nie jest gorsza od tej w klasy czy zbijaka, jeśli myślimy o niej w kategorii jakiś pokoleniowych przeżyć, a powszechny brak klocków lego nie nobilituje nas do lepszych budowniczych tylko dlatego, że wieże z drewnianych klocków padały łatwiej… To nieprawda, że dzieci w ogóle nie uprawiają sportu, tyle tylko, że zatroskani nadmiernym ruchem ulicznym i wszechobecnym strachem przed „obcymi” rodzice, wolą wozić ich na zajęcia na różnej maści sale i hale, niż puścić „samopas” na betonowe boiska.  To nieprawda, że mama woła młodych po numerze telefonu, choć siedząc do późnych godzin w pracy, wykręca pewnie nazbyt często numer do Frania z zapytaniem czy odnalazł kotlecika pod talerzykiem w kuchni i czy pamięta, żeby przekręcić zamek dwa razy, bo przy trzecim się blokuje …. To nieprawda, że wszyscy młodzi są źli niewychowani i gnuśni. Są inni niż my, inaczej wychowani i do innych warunków musza się przystosować, a jednak tak jak my kiedyś wciąż najbardziej liczą się ze zdaniem popularnej przyjaciółki i piszą do niej sekretny list… smsem. Jak my sięgną kiedyś cichaczem po piwko i dowiedzą się,  że jest gorzkie, ale zrobią dobrą minę do złej gry. Jak my kiedyś pocałują kogoś w piątkowa noc, a potem wyślą mu/jej milion serduszek przez snapchata i będą wierzyć, że to już  na zawsze, że mogą wszystko, że zmienią ten idiotyczny świat… Będą wierzyć, że nigdy nie będą tak ograniczeni jak my, że na pewno będą żyć inaczej, a potem obudzą się dziesięć lat później, nastawiając budzik do pracy, żeby uprawiać ten swój ogródek 🙂

I wiecie co… Młodość jest piękna, dzieciństwo cudne, jednak nie zamieniłabym się z nimi za żadne skarby. Wcale nie dlatego, że wolałam grę w klasy od filmików o śmiesznych kotach, ale dlatego, że pod całym tym urokiem, pod tą krainą baśni, jędrnymi wciąż udami i dłońmi nie stwardniałymi od pracy, kryje się drugie dno. Nawet mając do dyspozycji nowoczesną technikę nie da się wymazać tej niepewności towarzyszącej młodemu wiekowi, tego jednak strachu o jutro, szczelnie zasłoniętego butnym uśmiechem, tej jeszcze niewiedzy kim się właściwe chce być i jakim się do końca jest, której nie chcemy pamiętać, naśmiewając się ze wszystkich młodych ludzi,  spacerujących dzisiaj w identycznych rurkach po wszystkich polskich ulicach…

Bardzo lubię moje różowe okulary nostalgii, Kochani Czytelnicy. Nakładam je na nos, gdy jest mi smutno i gdy wydaje mi się, że moje życie nie jest do końca takie, jak sobie wymarzyłam. Równie często, niczym nasz Hilary, nagle odkrywam, że mam je na swoim nosie od kilku dobrych chwil, ubawiona memem, którego żart złapał tylko ktoś co najmniej w moim wieku, albo gdy w radio znów usłyszę ten utwór, podczas którego tańczyłam „wolny taniec” z przystojnym kolegą z VIIIa 🙂 Myślę, jednak, że gdy je ściągam oglądam nie tylko to, jak dobrych dokonałam wyborów, ale także to, że to wszystko prawda… Dawniej było jakoś fajniej, bo „dawniej” to bezpieczna przystań w moim pełnym odpowiedzialności świecie. Dzisiaj za to wciąż należy do mnie i bardziej jeszcze do rzeszy młodych, którzy zmienią ten świat. Zobaczycie oni Nam jeszcze pokażą… Tak, ci dziwnie uczesani, z nosami w komórkach i ci w koszulce z Elsą, z kolorowej zjeżdżalni, ci którzy nie wiedzą już narysować grzybka do gry  w klasy, za to wiedzą czym jest „sub” i „apka” (haha, na tym kończy się moja znajomość słownictwa młodzieżowego :P) … Pokażą Wam jaki fajny jest ten świat, nasz świat, pod warunkiem, że wyjrzymy troszkę poza swoje różowe okulary, zobaczymy jak są interesujący i jednak mądrzy, jak wiele mają do powiedzenia, jak wiele mają jeszcze marzeń, choć nam się zdają, ze mają przecież wszystko… Nie karzmy im więc się cofać o krok, nie straszmy ich naszym dawniej, raczej uczmy tych starych, zapomnianych zabaw i przyjemności, jednocześnie robiąc krok na przód, w ślad za nimi, a może się to okazać najlepsza przygodą naszego życia 😀

A nasze różowe okulary nostalgii… ? Nośmy zawsze przy sobie, bezpiecznie ułożone w futerale miłości i wyciągajmy zawsze podczas smutnych wieczorów i nudnych zebrań w pracy, przypominając sobie świat, którego już nie ma, lecz którego wciąż jesteśmy częścią 😀

Ps. Dla jasności, świetnie wiem, że młodzież ma wiele problemów i niektóre „pretensje” kierowane do młodego pokolenia są zdecydowanie słuszne. Tyle tylko, że my także mieliśmy swoje problemy i kierowane ku nam „pretensje” także bywały zasadne, tylko bardzo łatwo o tym zapomnieć, gdy „tę dzisiejszą młodzież’ ogląda się z zewnątrz, niczym jakiś okaz kolorowego motyla 😉

 

 

2 myśli w temacie “Dawniej było jakoś fajniej, czyli wszyscy chadzamy w różowych okularach nostalgii

  1. Hołka 12 kwietnia 2019 / 19:36

    Bardzo ciekawy i mądry wpis!
    Choć jednocześnie przypomniałaś mi o mojej traumie z dzieciństwa, jaką było mleko z kożuchem. Brrry, do tej pory ciarki mnie przechodzą, jak o tym myślę! 😛

    A bardziej na serio: do wymienionych przez ciebie czynników wywołujących myślenie „dawniej było lepiej”, dodałabym jeszcze to, że rodzice raczej nie opowiadają dzieciom o problemach z jakimi zmagają się oni sami oraz generalnie – świat. Chodzi mi o to, że wielu z nas wspomina dzieciństwo np. na zasadzie „nie byliśmy bogaci, ale mimo to byliśmy szczęśliwi”, bo rodzice nie opowiadali nam o tym, jak dramatycznie wygląda sytuacja budżetu domowego. Wracając do kożucha na mleku – inną żywieniową traumą mojego dzieciństwa były zupy mleczne, które jadałam niemal codziennie. I dopiero po latach zdałam sobie sprawę z tego, że ta głupia zupa mleczna była prawdopodobnie jedyną rzeczą, na jaką było stać moich rodziców (którzy przecież jedli tą zupę razem ze mną). A przecież takich „zup mlecznych” na pewno było w moim dzieciństwie więcej i z większości z nich do tej pory nawet nie zdaję sobie sprawy.

    Z resztą, istnieją ludzie „nienostalgiczni”, czyli tacy, którzy wspominają swoje dzieciństwo w mniej kolorowy sposób. I choć owszem – oni często przesadzają w drugą stronę, to jednak warto się ich marudzeniom na przeszłość przysłuchać, bo może to pomóc nam nieco bardziej krytycznie spojrzeć na nasze wspomnienia.

    Natomiast co do tej „niedobrej, współczesnej młodzieży” to wydaje mi się, że to myślenie wynika w dużej mierze z tego, że dorośli często wyśmiewają lub krytykują to, czego sami nie znają, bo po prostu od innych dorosłych usłyszeli, że coś jest głupie lub złe (ej, czy tak samo nie zachowywali się dorośli, kiedy my byłyśmy młode?). Tymczasem, jeśli spróbuje się poznać choć wyrywek tego, co teraz kręci dzieciaki, to nie tylko można odkryć, że to są całkiem ciekawe i sensowne rzeczy, ale też znaleźć wspólny język z tymi młodymi ludźmi.

    Tu (jak pewnie wiesz… albo i nie) lubię podawać za przykład Minecrafta. Jakiś czas temu postanowiłam w tą grę zagrać, żeby sprawdzić, czemu małolaty ją lubią, a dorośli się z niej nabijają. I oczywiście po pierwsze odkryłam, że nie ma się z czego śmiać. A po drugie do teraz (choć w Minecrafta grałam bardzo krótko i ładne parę lat temu) mogę na temat tej gry porozmawiać z niemal każdym dzieciakiem, jakiego spotkam. Co więcej, podczas takich pogadanek często z jednoczesnym rozbawieniem i smutkiem obserwuję miny rodziców tychże dzieci, którzy ewidentnie nie rozumieją czego w ogóle dotyczy taka rozmowa. O czym więc oni rozmawiają ze swoimi pociechami, skoro nie znają i nie starają się zrozumieć ich pasji? 😦

    I na koniec – napisałaś o nostalgii w codziennym życiu. A co myślisz o nostalgii w popkulturze? Czy cieszą cię produkcje takie jak „Stranger Things” albo „Kapitan Marvel”, czy wręcz przeciwnie? 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 13 kwietnia 2019 / 20:55

      Hihi, no mleko z kożuchem to też nie jest moje ulubione wspomnienie z dzieciństwa 🙂 Pamiętam, że moja koleżanka przynosiła do szkoły niemieckie, rozpuszczalne kakao i gotowa byłam na wiele, żeby dostać odrobinkę, zapewne dlatego, jest to jedyny produkt
      którego mam w domu zawsze zapas 😀 W każdym razie to właśnie jest cały motor napędowy tego tekstu, tzn. fakt, że gdy mowa o dzieciństwie sporo rzeczy koloryzujemy w naszych wspomnieniach, a sporo po prostu nie rozumieliśmy wtedy. Przyznam, że podobne uwagi mnie trochę smucą i denerwują, np. gdy ludzie jodłują o młodych, którzy nie spędzają czasu na dworze, ale nie pomyślą, ze na takim osiedlu jak moje nie ma ani jednej ławki (serio 🙂 ), a niemal wszystkie place zabaw i trawniki przy blokach są w tak bliskiej odległości do parkingów i supermarketów, ze strach cokolwiek na nich robić, albo, ze kultowe przewijanie kasety na ołówku nie było wcale przyjemne… Bardzo w punkt trafiłaś też z tym, że rodzice, czy w ogóle starsi, mało starają się zrozumieć młodych. Ich pasje, rozrywki, marzenia, są dla nich zazwyczaj z gruntu niedojrzałe i głupie, bo oni „życia nie znają” i „tylko im bzdury w głowie”. Samej zdarza mi się skarżyć, ze trudno młodzież dziś czymś zainteresować, tyle że łapię się wciąż na tym, że w takich razach patrzę ze swojego punktu widzenia, jakby nie rozumiejąc, ze oni patrzą z zupełnie innej strony. Tymczasem, jak zobaczyłaś na przykładzie Minecrafta dzieci i młodzież bardzo chcą się tymi swoimi pasjami dzielić i może się nagle okazać, ze mają tak wiele do opowiedzenia 🙂
      I na koniec co do Twojego pytania… Szczerze mówiąc lubię nostalgię w popkulturze. Bez niej produkcje takie jak „Stranger things” nie miałyby już tego samego uroku, którym obdarzyła go bezwarunkowa miłość do „tamtych lat”. Uwielbiam się uśmiechać do bohaterów, z którymi dzielę pewne pokoleniowe przeżycia, którzy mi przypominają moje bardzo szczęśliwe dzieciństwo i młodzieńcze lata, albo moje marzenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy przedkładamy tę przeszłość nad teraźniejszość, gdy bezrefleksyjnie ją wywyższamy. Problem jest też wtedy, gdy traktuje się je bez przymrużenia oka, za to niemal jak kronikę historyczną i zżymamy się na jakieś nieprawdy i przekłamania, które są niczym innym jak efektem właśnie patrzenia na przeszłość przez pryzmat nostalgicznych uczuć i takiej tęsknoty. Dlatego większy problem zdarza mi się mieć z odbiorem tego typu produkcji licznymi nad nimi dyskusjami, niż samymi produkcjami, które na ogół przyjmuję z uśmiechem i takim miłym łaskotaniem wewnątrz i jednak dumą, że ja też to i owo pamiętam i o tak, mówicie moim językiem 😀

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s