Uważaj czego sobie życzysz, czyli bardzo osobiście o czasie izolacji

 

3881
Źródło zdjecia: tutaj

Czy wiecie, Kochani Czytelnicy, że dokładnie ta część roku jest moją ulubioną? Końcówka maja, pachnące kwiatami ulice, ciepłe wieczory i jasne poranki… Place zabaw wypełniają się śmiechem, na osiedlowych ławkach siadają znów staruszki, witające uśmiechem i zapraszającym do rozmowy spojrzeniem. Na nogach lekkie buty, a w domu otwarte na oścież okna. Wdycham pełną piersią tę świeżość, powietrze tak rześkie, choć przecież mieszkam w samym sercu przepełnionego przemysłem Śląska. Jeszcze tylko kilka tygodni, intensywnych, szybkich, i nadejdą wakacje. To chyba dlatego tak lubię ten czas. Czuję jakbym budziła się z jakiegoś ciężkiego snu… Zrzucam ciężką puchową kołdrę, pakuje do worków grube zimowe kurty, wełniane czapki i botki. Przede mną tyle wolności, której symbolem jest moja ulubiona kwiecista bluzka, przewiewna, delikatna. Gdy zakładam ja pierwszy raz tego roku, czuję, że za rogiem czeka lato… Dzisiaj czuję to wszystko jeszcze mocniej, intensywniej niż przez wszystkie poprzednie lata. Czy Wy także?

W ostatnich tygodniach chyba każdy twórca odniósł się w jakiś sposób do sytuacji, która spadła na nas tak nagle i zastała tak boleśnie nieświadomych i nieprzygotowanych. Pojawiły się niezliczone komentarze otaczającej nas rzeczywistości, worki złotych rad na temat możliwości jakie daje nam nagłe przystopowanie szalonego pędu ku sukcesom, radość przeplatana ze złością i chęć dzielenia się swoimi doświadczeniami.  Ja jednak przez długi czas potrafiłam wydusić z siebie tylko: „Uważaj! Tak bardzo uważaj czego pragniesz, czego życzysz sobie…” Nadszedł jednak też moment, w którym pomyślałam, że jeśli całe to moje pisanie jest po coś, to ja wcale nie chcę milczeć w czasie, gdy tak wyraźnie widzę, jak na moich oczach pisze się historia. Chcę opowiadać, potrzebuję opowiadać, o czasie mojej izolacji, choć jak rzadko kiedy, tak trudno szuka mi się właściwych słów. To delikatna materia, wszyscy coś straciliśmy, niektórzy z nas coś zyskali, patrzymy na świat naprawdę inaczej i nie jest to tylko retoryczna figura, durna górnolotna metafora… Czy chcę być kronikarzem, pracowicie zapisującym bilans zysków i strat? Nie, to zupełnie nie dla mnie. Pragnę jednak zostawić ślad, zawsze chyba pragnęłam, skoro wyszłam z szafy i zwierzam się publicznie od jakiegoś czasu. Najbardziej jednak pragnę umieścić gdzieś słowa, które panoszą się we mnie tym śmielej, im trudniejsza jest moja rzeczywistość. Gdy już wreszcie zaczęły się układać w zdania, wiem, że jestem gotowa…

Widzicie, Kochani Czytelnicy, wieść o powszechnej izolacji dopadła mnie naprawdę zupełnie znienacka. Pamiętam, że była to środa.Właśnie starałam się wszelkimi dostępnymi mi środkami perswazji wyjaśnić młodym umysłom jak niezbędna jest znajomość angielskich czasowników nieregularnych, gdy powiedziano nam, że jutro nie spotkamy się w klasie.  „To niemądre” – pomyślałam – „dowiedzieć się czegoś tak ważnego z internetu”. Nigdy nie czułam się tak nieprzygotowana na przekazanie wiadomości, nigdy nie miałam takiej pustki w głowie, jak w tej chwili, gdy musiałam zanieść tę wiadomość pełnym pytań w młodych oczach dzieciom. Nigdy, nawet na egzaminie ze staro – cerkiewno – słowianskiego…  Już za chwilę, czułam się jak w jakiejś kiepskiej teen dramie, gdy idąc korytarzem obserwowałam młodzież, która z egzaltacją padała sobie w ramiona ze łzami w oczach, jakby jutro nie miało już nadejść. Uśmiechałam się do nich, radziłam obejrzeć zaległy serial i przeczytać w końcu tę książkę, którą trzeba było wrzucić pod łóżko, żeby mieć czas na „Krzyżaków”. „Za kilka tygodni” – mówiłam – „opowiecie mi o tym wszystkim i zrobimy sobie wielki maraton wspomnień z koronaferii”. Za kilka tygodni….

To wcale nie była zła perspektywa. Widzicie, Kochani Czytelnicy, tak się składa, że uważam siebie za oryginalny okaz domatora. To wcale nie jest tak, że jestem jakąś zamkniętą w sobie, żyjącą cudzym życiem, kurą domową, w najgorszym tego słowa znaczeniu. Nie tak w ogóle rozumiem istotę „domatorstwa”. W gruncie rzeczy jestem osobą ogromnie towarzyską, lubię swoją pracę i codzienne wypełnione zajęciami dni, lubię weekendowe spotkania z przyjaciółmi i rodziną. Od zawsze jednak dom, gdziekolwiek bym aktualnie nie mieszkała, jest moją bazą i przystanią. Wychodząc na najmilsze ze spotkań, myślę już o chwili gdy tutaj wrócę. Nie przeszkadza mi mała, zagracona przestrzeń, tutaj jestem szczęśliwa. Wieczorem, wykończona pracą, zabawą, czy czym tam kolwiek innym, rozciągam się wygodnie na mojej skrzypiącej kanapie, z książką lub tabletem w ręku, u stóp szuka miejsca moja wierna psina, a z mojej piersi wydobywa się westchnienie ulgi. To najprzyjemniejszy moment dnia, na niego czekam na nudnym zebraniu i w hałaśliwej klasie, do niego spieszę słuchając głośno muzyki w samochodzie… Perspektywa pozostania tu na dłużej była taka nęcąca. Miałam tyle planów, tyle do nadrobienia, tyle odkładanych na później przyjemności, o których marzyłam w te wszystkie dni, w które pracowałam zawsze zbyt dużo, gnałam zawsze zbyt szybko. Spełniło się zatem jedno z moich najważniejszych życzeń, żeby nareszcie zwolnić, zrobić coś tylko dla siebie, zostać w domu, nic nie musieć, za niczym nie gonić, po prostu być… Uważaj czego sobie życzysz, prawda?

To już nawet nie chodzi o to, że ten nagły przypływ powiedzmy, że wolności, to nagłe wytracenie prędkości, ma swoje źródło w ludzkiej tragedii. Czy wypada mi się cieszyć czasem dla siebie, ciepłem rodzinnym wolnym od momentami uciążliwych gości, przebywających zawsze nie w porę, gdy inni opłakują bliskich lub z przerażeniem zaglądają w swoją przyszłość po utracie pracy? Pewnie nie wypada, ale i tak to zrobię, bo mam tylko swoje tu i teraz, tak boleśnie odczuwalne w obliczu padającego na kolana świata.  Moje tu i teraz….

Po pierwszych dwóch tygodniach wprowadzam w domu zakaz oglądania wiadomości. Przytłoczona nadmiarem informacji, z których połowa zaczyna się od „prawdopodobnie” i idiotycznymi pytaniami w stylu „nie można wychodzić niepotrzebnie, wiadomo, ale w mojej sytuacji …?”. Nagle przestały istnieć wszystkie piękne i paskudne odcienie ludzkiego życia. Zniknęły wypadki, mordercy, rozgrywki polityczne i starszy pan z rekordowej wielkości karpiem. Był tylko on, coronavirus…. Rodzi się więc wreszcie bunt, w nich, we mnie, w nas. Przecież nie ma żadnego wirusa, przecież nie można tak, jawnie wszystkim na złość… Tyle się dzieje, życie jakoś nie chce zaciągnąć ręcznego, jak długo jeszcze można je ignorować… Moja przystań zamienia się w więzienie. Tak, wiem jak melodramatycznie to brzmi. Gdybym napisała to wtedy, płakałabym rzewnie nad każdym słowem… Teraz rozumiem już lepiej…

Bunt… naturalna część żałoby. Czy ja noszę żałobę? Nie, nikt z moich bliskich nie choruje,  nikt nie odszedł na zawsze, moje przyszywane szkolne dzieci są bezpieczne… Tak, noszę żałobę po wszystkim, czym myślałam, że jest moje życie. Tak bardzo brak mi drobnych elementów dnia, tych najdrobniejszych rytuałów. Nie, jeszcze nie tęsknie do gwarnej klasy i czasu odmierzanego dźwiękiem dzwonka, do miliona spraw wypełniających szczelnie moje dni. Nie, wciąż jeszcze nie przeszkadza mi przydługa grzywka i brak makijażu. Najbardziej brakuje mi półgodzinnej drogi do pracy, gdy samochód beztrosko wypełnia moja ulubiona muzyka, bo tylko tam mogę jej słuchać nie terroryzując moich współmieszkańców. Brakuje mi kawy, którą co tydzień popijałam z papierowego kubka kibicując córce na treningu tenisa ziemnego. Brakuje mi niedzielnego spaceru do kościoła i wiadomo było, że po drodze będą lody, a zimą – gorąca czekolada (choć zasadniczy cel spaceru był inny :P). O, i jeszcze sałatek mojej mamy, które zawsze przygotowywała mi do pracy, żebym się „jakoś normalnie odżywiała”… Tak mi brak… już wiem czego  mi brak… wyboru… wolności. To głupie, przecież jestem wolna. Nie, nie jestem i co gorsza, nie mogę za ten stan rzeczy na nikogo zrzucić winy. Sama sobie nakładam ograniczenia, bardzo się pilnuję, wiem, że to dla większego dobra, lepszych dni. Mimo wszystko jestem pewna, że nadejdą i będą smakować jak pierwsze truskawki i pachnieć jak świeżo skoszona trawa. Jednak dzisiaj… łańcuchy, to łańcuchy, choćby wykonane z jedwabiu…

Powoli krok po kroku, znajduję metodę w tym szaleństwie. Śmiejemy się z córką, że do końca życia będzie wspominała najdłuższe w swoim życiu, półroczne wakacje. Pozwalam jej wstawać i kłaść się późno, ale nie zezwalam na spędzanie dnia w piżamie. Mamy szczęście, jest zdolna i pracowita, i tak dobrze się czujemy w swoim towarzystwie. Mamy też nieco więcej możliwości niż niektórzy jej rówieśnicy, bo choć raz jej mama, nauczycielka, przyda się do czegoś więcej niż tylko wystawiania czubka głowy znad papierzysk. No tak, mój dom to przecież prawdziwy składzik pomocy dydaktycznych …. No i mamy hopla na punkcie technologii, w naszym domu każde z nas ma swój komputer.  Nie, jednak  nie ma potrzeby się martwić. Jej Wychowawczyni to fantastyczny człowiek, mała dziewczynka radzi sobie zupełnie sama. Z rzadka tylko rzuca znad książki „mamo, czy żuk piszemy przez „rz”?”. „Sprawdź w słowniku, Skarbie, masz  jeden zapisany w zakładkach” – moja odpowiedź jest zawsze ta sama. Ostatecznie, jestem odpowiedzialna tylko za zrobienie zdjęcia i przesłanie go Pani, mały człowiek jeszcze nie obsługuje maila dość sprawnie. To dla mnie niesamowita ulga, bo zawsze jest pora na moje domowe biuro…

Mam wiele szczęścia – mawiają – że mogę pracować w domu. To prawda, nie zazdroszczę sytuacji pracownicom sklepów i szpitali, policjantom, kursującym z natrętnym przesłaniem o pozostaniu w domach, dudniącym z megafonu nawet w niedzielę. Nie zazdroszczę tym, którzy każdego dnia wsiadają do komunikacji miejskiej, aby dojechać do pracy, zabezpieczyć swoje ziemskie potrzeby. Ani tym, którzy już nie mają gdzie dojeżdżać…  Życie jednak nie jest czarno-białe, a nieszczęście innych, nie jest moim szczęściem i zupełnie na odwrót. Nie mogę wypowiadać się za pracowników innych sektorów, jednak w szkolnictwie, praca zdalna właściwie nie kończy się nigdy. Po wielu próbach, kilku nieudanych pomysłach i szamotaninie na najwyższym poziomie, ustalam stały rytm pracy. Przesyłam dzieciom dwa razy w tygodniu własnoręcznie wykonane screencasty. Dołączam screencast z odpowiedziami do zadań dla rodziców. Wrzucam wszystko na popularny serwis streamingowy, bo Jaś ma tylko tablet, a Ani tato nie obsługuje programu i film mu się nie otwiera. Za pierwszym razem zajmuje mi to całą noc. Oddycham z ulgą, liczba prac spadła z 200 tygodniowo do jakiś kilkudziesięciu. Już nie ma potrzeby przesyłania mi każdej strony do sprawdzenia. Staram się być wyrozumiała, słowo deadline nie istnieje już w słowniku mojej komunikacji z uczniem, w życiu nie postawiłam tylu piątek, a do surowych na pewno nie należę, zachęcam i nieskończenie dopinguję. W efekcie przez kilka dni skrzynka jest pusta, wszystkie prace spływają w niedzielę rano. Spływają też zdjęcia włochatych pupili, pozdrowienia i  wyrazy tęsknoty. Skrzynka zapycha się trzeci raz w tym tygodniu. Daję sobie spokój z absurdalnymi zasadami, wpajanymi na setkach szkoleń i warsztatów, zakładam osobny adres email, odzyskuję równowagę. Odpisuję na każdą wiadomość, przygotowuję się na kolejny dzień. Żonglując czasem, przypalam kotleta. Trudno, zjemy spaghetti. Piesek patrzy błagalnie, no tak, córka jest niepełnoletnia, nie może go sama wyprowadzić. Zresztą i tak chciałam uciec… Wychodzę, biorę głęboki wdech, zakrywam usta maseczką. „Cause I’m still breathing” nucę pod nosem…

Dni mijają podobne jeden do drugiego. Po prawdzie wcale nie tęsknię za pośpiechem. Rano melduję się w pracy o umówionej godzinie, ale nikt nie monitoruje każdej minuty mojego dnia. Nareszcie jest czas żeby pobyć… Opłakałam, złościłam się, już chyba umiem to ogarnąć, wiecie? Wiem, że nie będzie już powrotu do tego co było tak w stu procentach. To dobrze? Dobrze. Znajduję czas na czułostki z córcią, „pokilanki przed śniadaniem”. Mała dziewczynka buduje dla mnie szkołę w Minecraft, Creeper będzie nauczycielem. Nikt nie robi takiej kawy jak mój mąż, zostawia ją dla mnie na stole, zanim mnie zbudzi. Codziennie odwożę go do pracy, sprawdzam czy nałożył maseczkę i rękawiczki. Popołudniu idziemy na spacer na pola za naszym osiedlem. Nasza psina radośnie merda ogonkiem. Nigdy jej nie zapomnimy czasu, gdy była naszym alibi na te kilkanaście minut spacerku dookoła osiedla, kilkanaście minut skradzionej wolności, ucieczki od więzienia w naszej bezpiecznej przystani.

Od niedawna wieczorem znów znajduję czas na drobne przyjemności… Przez cały ten czas nie obejrzałam ani jednego zaległego serialu, nie przeczytałam książki, która nie byłaby związana z moją pracą. To w sumie nie do końca chodzi o brak czasu, choć i ten ostatnio mocno doskwiera. Było we mnie tyle nieokreślonej pustki,  że nie mogłam czerpać radości z tego, co stanowiło ją przed okresem kwarantanny. Ukojenie przynosiły mi stare, po wielokroć oglądane już odcinki seriali na BBC i muzyka, całe morze muzyki. Gdy nadchodził czas odpoczynku, włączałam playlistę, zamykałam oczy i  znów byłam wolna… To zabawne, że do tej pory najwięcej było tu utworów nostalgicznych, romantycznych, a teraz potrzeba mi wszystkiego co energiczne i szalone.

Tak sobie myślę, Kochani Czytelnicy, że ta moja opowieść nie bardzo jest optymistyczna. Nie miała zresztą taka być. Wiem, że w większości oczekujecie teraz czegoś, co pokrzepi Wasze serca, nie spotęguje strachu i niemocy. Jednak mój tekst miał być przede wszystkim szczery. Ludzie, którzy mnie znają wiedzą, że moją główna bronią jest uśmiech. Śmieję się głośno gdy jestem szczęśliwa, niektórzy twierdzą, że jestem taką osobą, której z radości śmieją się oczy i ramiona. Jednak uśmiechem zakrywam też smutek, zakłopotanie, zdenerwowanie. To mój sposób na radzenie sobie z emocjami. Ten uśmiech towarzyszył mi przez cały ten najtrudniejszy czas. W tych momentach, gdy najbardziej na świecie pragnęłam po prostu wyjść z domu, opuścić choć na chwilę to moje ukochane miejsce. Jednak wiele dni musiało minąć, aby zaśmiały się moje oczy. To nie jest tak, że spadłam na jakieś dno, jednak nie miałam pojęcia jak bardzo sama ułożyłam wszystko w swoim życiu i jak bardzo wiele kosztowało mnie ułożenie tych puzzli na nowo w ciągu tych kilku dziwnych tygodni. To nic, że puzzle okazały się dwustronne i wyszedł zupełnie inny obrazek, ważne, ze wszystkie puzzle znalazły miejsce, nic nie zostało na boku.

Powiedzą, ciesz się, nie straciłaś nikogo. Ciesz się, masz pracę. Ciesz się, Twoje dziecko radzi sobie w tym cały systemie zdalnego nauczania. Ciesz się, masz samochód, możesz do minimum ograniczać ryzyko. Ciesz się, masz psa, możesz legalnie iść na spacer. Ciesz się…. Cieszę się, nie macie pojęcia jak bardzo. Wiem, że wszystkie zakazane przyjemności będą po stokroć przyjemniejsze, a długie oczekiwanie na uściski i spotkania, przywróci im utraconą wartość. To prawda, że jak chyba wszyscy nauczyłam się doceniać to, co do niedawna uważałam w swoim życiu za oczywistą oczywistość. Jednak daję sobie też prawo do smutku i przerażenia. Mówię sobie… Masz prawo nie dać rady, masz prawo się złościć, masz prawo tęsknić, bać się, masz prawo… Wszyscy mamy prawo. Nie dajmy wmówić sobie jedynej słusznej prawdy. Nasze drobne straty, niewielkie nieszczęścia, rysy na idealnym, są częścią nas. Mamy prawo je opłakiwać, nie martwiąc się, nie obwiniając o to, że ktoś stracił więcej. Najważniejsze przecież żeby zawsze wrócić do przystani, do domu…

Skoro napisałam te słowa, znaczy znalazłam równowagę, umiem się uśmiechnąć oczami do minionych dni. Wczoraj byłyśmy pierwszy raz na kortach, moja mała nie zapomniała jak się ułożyć do bekhendu. Założyłam tę kwiecistą bluzkę, świeciło słońce, wiał wiatr… Wiosna jak każda inna… Nie, takiej wiosny już nie będzie. Oddycham pełną piersią, mogę oddychać… Czuję zapach bzu, tego, który rośnie obok mojego śmietnika. Myślę, że choć to wszystko nie skończy się jeszcze jakiś czas, dla mnie najgorsze minęło. Czuję spokój, w kącikach ust rośnie uśmiech, ten prawdziwy… Chodź, psinko, pójdziemy na spacer….

 

 

3 myśli w temacie “Uważaj czego sobie życzysz, czyli bardzo osobiście o czasie izolacji

  1. Hołka 27 Maj 2020 / 16:23

    Zacznę od tego, że mocno zaskoczyłaś mnie tematem tego wpisu. Z racji tego, że na fanpage wspomniałaś o nim przy okazji piosenki Michaela Patricka Kelly’ego, myślałam, że napiszesz coś na temat tego utworu. A tu taka niespodzianka! Super!!! 🙂

    Napisałaś, że wszyscy „patrzymy na świat […] inaczej i nie jest to tylko […] górnolotna metafora”. Jednak dzięki temu, że zbudowałaś swój tekst z takich właśnie metafor, udało mi się w nim świetnie odnaleźć. Bo choć przeżywałam kwarantannę nieco inaczej, niż ty, to też towarzyszy mi to dziwne poczucie jednoczesnej radości, smutku, niepokoju i poczucia zamknięcia. No właśnie – trudno jest ubrać w słowa, na czym dokładnie polega ten stan i moim zdaniem tobie świetnie udało się to zrobić.

    Wiem, jak ciężko nagrywa się screencasty, dlatego podziwiam cię za to, że zdecydowałaś się tworzyć takie materiały dydaktyczne. I tu z ciekawości muszę zapytać: czy mogłabyś podesłać mi link do swoich nagrań, bo chętnie bym je obejrzała (przy czym, jeśli z jakiegoś powodu nie chcesz tego robić, to spoko, nie naciskam 😉

    Zabawne i jednocześnie zaskakujące jest to, że jesteś kolejną osobą, która jest świetnym przykładem na to, że za sprawą koronawirusa czasoprzestrzeń uległa jakiejś dziwnej deformacji. To znaczy – niby dzięki kwarantannie wszyscy mają więcej luzu i czasu dla siebie, ale jednocześnie prawie nikomu nie udało się nadrobić zaległości, bo siedzenie w domu, w zamknięciu, z jakiegoś dziwnego powodu zabiera strasznie dużo no… czasu. Czy ty też zauważyłaś ten dziwny, czasowy paradoks? 🙂

    Na końcu wspomniałaś natomiast, że twój tekst nie jest optymistyczny. Tu akurat zupełnie się z tobą nie zgadzam (choć oczywiście ty wiesz lepiej, „co autor miał na myśli” 😉 bo przecież finał twojej historii jest dość optymistyczny – udało ci się jakoś odnaleźć w tym szaleństwie. 🙂

    I jeszcze odnośnie dziwnych stanów ducha, jakie wywołała kwarantanna, mam do ciebie pytanie. Czy ty też odczuwasz w obecnej chwili taką absurdalną i zupełnie nieuzasadnioną mieszankę złości, żalu i frustracji, bo myślisz „gdybym wiedziała, że ta kwarantanna będzie trwała aż tak długo, to w marcu…” np. ścięłabym krócej włosy u fryzjera, nie wykupywałabym tego rocznego karnetu na siłownię, wypożyczyłabym więcej książek z biblioteki, adoptowałabym kota ze schroniska. Wiesz, chodzi mi o takie wyrzuty sumienia, które zupełnie nie mają sensu, bo przecież w marcu nie mogłaś wiedzieć, że kwarantanna potrwa aż tak długo. Ale jednocześnie teraz, z racji tego, że wiesz, iż kwarantanna jednak trwała aż tak długo – jesteś zła, że wtedy, w marcu, nie „zaryzykowałaś” i tych rzeczy nie zrobiłaś.
    Pytam, bo mnie czasem dopadają takie właśnie myśli. I choć tak, jak napisałam – wiem, że głupio się takimi rzeczami przejmować, to czuję wspomnianą złość oraz frustrację. I zastanawiam się, czy inni też tak mają. 😉

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 30 Maj 2020 / 22:12

      Hihi, no tak. mówiąc szczerze tekst, do którego sprowokował mnie nowy utwór Michaela właśnie się tworzy, ale gdy zasiadłam do pisania i tak, jakby się odblokowałam, czułam potrzebę najpierw złapać te ulotne wrażenia z czasu izolacji i postanowiłam, że nimi podzielę się najpierw 🙂

      Wiesz, myślę o tym tekście jak o mało optymistycznym, bo chociaż dla mnie akurat wszystko skończyło się dobrze i jakoś to sobie poukładałam, to nie dążyłam w nim do uogólniania w stylu „nie przesadzajmy, jesteśmy zdrowi i mamy pracę, wiec dziubek w kubek i idźcie robić wszystkie rzeczy, których nie można było zrobić wcześniej”. Rzecz w tym, że to tak nie działa. W czasie izolacji, mimo spokojniejszego trybu życia doświadczyłam ogromnego poziomu stresu, przemęczenia i takiej jakiejś niemocy. Nie nazwałabym tego stanem depresyjnym, ale był moment, w którym nic mnie nie cieszyło i na złość światu, chciałam wszystkich rzeczy, na które na ogół wcale nie mam ochoty (np. nie lubiłam kiedyś spacerować, a ostatnio to moja ulubiona czynność). Widzisz ja przeszłam coś podobnego w zeszłym roku, gdy przystąpiłam do strajku nauczycieli. Spędzałam wtedy czas na bezproduktywnym siedzeniu w szkole, wraz z nie mniej zestresowanymi koleżankami i kolegami, w odizolowanym, zaplombowanym pomieszczeniu, i słuchaniu informacji w domu. Zestresowana i jednak trochę przestraszona. Oczywiście, sama wybrałam to wtedy i nie ma tu porównania z dzisiejszą sytuacją, która dopadła wszystkich nagle i wyboru nie zostawiła żadnego. Chodzi raczej o takie ulotne poczucie przytłoczenia, bezsensu i zagrożenia wszystkie co dla nas ważne, wokół czego się zbudowało swoją codzienność, które towarzyszyło mi wtedy i teraz. Wtedy unikałam mówienia o tym, ponieważ bałam się niezrozumienia, wręcz linczu. Tym razem jest mi o wiele łatwiej, gdyż dzielę to doświadczeniem po trosze z każdym, bo skutki społecznej izolacji dotknęły każdego z nas, choćby w niewielkim stopniu. Mimo to wciąż w jakichś tam rozmowach, także w internecie, spotkam się z podejściem, że takie np. moje problemy są małe i bez sensu w obliczu tego co spotkało innych. Wiesz podejście w stylu, jak może ci nie smakować kalafior, (mityczne) dzieci z Afryki głodują i zjadłyby go na surowo, a twój dziadek na wojnie się cieszył jak znalazł starego ziemniaka na drodze. Właśnie dlatego pomyślałam, ze takie otwarte mówienie o swoich przeżyciach, które dla mnie, indywidualnej jednostki, były w pewnym momencie naprawdę trudne, może być postrzegane, jako mało wspierające. Na szczęście, taka już jestem, ze każdą złą informację staram się zrównoważyć czymś dobrym. Ciesze się jednak, ze odebrałaś ten tekst zupełnie inaczej, bo tak, jak napisałam, on miał być przede wszystkim szczery 🙂

      Z tego samego powodu sądzę, że wcale nie głupio przejmować się pewnymi rzeczami nawet drobnymi i żałować, ze czegoś nie zrobiło się wcześniej. Nie mamy bezpośredniego wpływu na ilość respiratorów w szpitalach, ale już na rezygnację z tak potrzebnego nam fryzjera – tak. Nasze poświęcenie też jest ważne i nie uważam, żeby było śmieszne tylko dlatego, ze jest zdecydowanie mniejsze niż poświęcenie pielęgniarki czy strażaka. Ja osobiście najbardziej żałuję, że nie wybrałam się zobaczyć nowego mieszkania brata i nie pojechałam z córką do parku trampolin zaraz na początku marca, bo myślałam, że mam tak dużo czasu i że nie wypożyczyłam nic ciekawego z biblioteki też i jeszcze, ze nie uszyłam sukienki na eleganckie okazje, którą miałam założyć na święta, których przecież i tak nie obchodziliśmy tak hucznie, jak zazwyczaj. Wiesz, gdy czytam w internecie z jaką satysfakcją ludzie sobie dokuczają jestem przerażona. No bo to takie śmieszne, ze „głupie laski” nie pójdą do fryzjera albo, ze ktoś zamówił buty w których nigdzie nie wyjdzie tego roku. Nie nam oceniać co dla kogo ważne i co komu przynosi radość. Wiesz nie mówię tu o żartach czy memach, bo niektóre rzeczy są łatwiejsze, gdy się je ogranie z humorem, tylko o poziomie dyskusji. Dlatego w tej sytuacji nie ma dla mnie głupich pragnień, bo ona są taką wyraźną manifestacją naszego smutku. Tak jak napisałam wszyscy coś straciliśmy… Z drugiej strony, to, ze ktoś radzi sobie lepiej i nawet jest szczęśliwy w czasie izolacji nie oznacza, że jest jakiś nienormalny…

      I na koniec, tak masz rację. Też dostrzegłam ten nagły paradoks czasowy. Dni mijają czas się rozmywa jakoś, jest rano i ojej, już jest wieczór ;P Powinnam mieć mnóstwo czasu, a mam wrażenie że mam go jeszcze mniej niż wcześniej :p No i stres nie pomaga.

      I jeszcze, bardzo chętnie prześlę ci próbkę mojego screencastu. Tylko przez wiadomość, bo widzisz one są ustawione jako niepubliczne, z tego względu, że korzystam z materiałów wydawnictwa, które mogę wykorzystać tylko w pracy z uczniem i nie chcę ryzykować problemów z prawami autorskimi. Musisz też wiedzieć, że są one przygotowane specyficznie pod warunki tej pracy, którą teraz wykonuję. Normalni np. mówię o wiele więcej po angielsku na lekcjach, jednak tutaj, ze względu na to, ze dzieci pracują z rodzicami, priorytetem jest to, żeby rodzic też rozumiał co mówię i co uczeń ma wykonać.

      Polubienie

    • Hołka 8 czerwca 2020 / 12:34

      Kurcze, nigdy bym nie pomyślała, że emocje związane ze strajkowaniem mogą być tak zbliżone do tych, które towarzyszyły nam w trakcie kwarantanny.

      Swoją drogą myślę, że nie powinnaś bać się tu, na blogu, dzielić swoimi przemyśleniami i doświadczeniami związanymi z pracą nauczyciela. Nieraz krótko pisałaś na ten temat na swoim fanpage i za każdym razem były to dla mnie niezwykle ciekawe i pouczające posty. Dlatego wydaje mi się, że bez obaw możesz poruszać ten temat także tutaj. 🙂

      A co do dyskusji toczących się w internecie, to licytowanie, że „mój ból jest większy, niż twój” jest bardzo niedojrzałe i myślę, że nie ma co się przejmować i autocenzurować z powodu ludzi, którzy myślą w ten sposób. Poza tym jesteś osobą z tak dużym wyczuciem i wrażliwością, że nie powinnaś obawiać się tego, iż napiszesz tekst, który – jak sama stwierdziłaś – doprowadzi do „niezrozumienia, wręcz linczu”. A gdyby jednak kiedyś udało ci się przekroczyć granicę dobrego smaku (co w twoim przypadku jest raczej niemożliwe), to obiecuję, że dam ci o tym znać. 😉

      Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s