Mitologia czy teologia, czyli wiele hałasu o „Good Omens”

Znalezione obrazy dla zapytania amazon prime good omens

Na premierę serialu „Good Omens”, Kochani Czytelnicy, czekałam z naprawdę dużą dozą niecierpliwości. Śledząc coraz to bardziej interesujące informacje o jego realizacji, nabrałam przekonania, że w mojej części popkulturowego świata, jest to najbardziej oczekiwane wydarzenie w tym roku. Na dobry początek przyciągała doń rewelacyjna obsada, na czele z moim aktorskim ulubieńcem, Davidem Tennantem, oraz równie nietuzinkowy pierwowzór literacki autorstwa sir Terry’ego Pratchetta i Neila Gaimana, a do tego fakt, że to ostatni z nich osobiście czuwał nad całą produkcją jako scenarzysta i producent wykonawczy. Do tego, dla samego Neila Gaimana „Good Omens” to przecież dzieło naprawdę wyjątkowe, wręcz symboliczne, bo nie dość, że jest to jego pierwsza powieść, to jeszcze napisana wspólnie z utraconym niedawno przyjacielem, którego ostatnią prośbą była właśnie jej ekranizacja. Nic więc dziwnego, że darząc je ogromnym sentymentem, okazał się pan Gaiman wprost mistrzem w podsycaniu zainteresowania, przez co doprowadzał fanów do szaleństwa każdą kolejną fotografią prezentowaną w swoich mediach społecznościowych. Równie wyjątkowe okazało się zresztą to dzieło właśnie dla nich, dla fanów, którzy często to właśnie od „Good Omens” zaczynali swoją przygodę z nietuzinkową prozą Terry’ego Pratchetta lub Neila Geimana i z równą dozą strachu i nadziei przyjęli wiadomość o jego ekranizacji.

To zatem bardzo interesujące, Kochani Czytelnicy, że gdy nadeszła ostatecznie data premiery  serialowej wersji  „Good Omens”, po tych wszystkich miesiącach czekania, niezliczonych dyskusjach i dywagacjach, opartych o skąpe materiały z planu serialu, rozpętała się nad nią zupełnie niespodziewana burza. Sprawa niemiłej i bardzo nieakuratnej petycji pewnej amerykańskiej grupy katolickiej, oskarżającej twórców „Good Omens” wprost o bluźnierstwo, niektórych zezłościła, innych rozbawiła, jednak, co bardzo interesujące, nieco zagłuszyła niedawne gorące dyskusje na temat jakości samej ekranizacji. Przy czym możliwe, że na taki stan rzeczy ma wpływ nie tylko groteskowa komedia pomyłek organizacji, która już nie pierwszy raz protestuje przeciw jakiemuś wytworowi popkultury, ale także fakt, że wszystkie odcinki zostały wypuszczone naraz, przez co ewentualne dyskusje wokół walorów czy wad samej produkcji ucichły jednak dość szybko.

intro

Koniecznie zatem muszę wspomnieć, że wedle mojego skromnego osądu, ten brytyjski miniserial jest ze wszech miar wart każdej poświęconej mu minuty.  Uważam, że naprawdę udało się tu jak najlepiej oddać pełną absurdu atmosferę książkowego pierwowzoru i królujący w niej specyficzny humor. Nie mała w tym zasługa doskonałego aktorstwa, w którym prym wiodą David Tennant jako demon Crowley oraz Michael Sheen, jako anioł Azirafal, co jest opinią znacznie mniej stronniczą, niż mogłoby się wydawać, znając moje uwielbienie dla pierwszego z nich 🙂 W tę absurdalność świata, w którym wszystko jest niejako na odwrót, moim zdaniem, świetnie wpisują się także efekty specjalne, które wielu nazwało tandetnymi, ja zaś wolę zwać niepoważnymi…  Mogłabym Wam teraz, Kochani Czytelnicy, jeszcze długo i kwieciście opisywać swoje zachwyty nad tą produkcją, jednak postanowiłam spojrzeć na ten serialowy świat od nieco innej strony. Jeśli więc pragniecie poczytać o „Good Omens” jeszcze kilka ciepłych słów, okraszonych rozsądną szczyptą krytyki, od ludzi, dla których ta produkcja jest równie ważna, jak dla mnie, polecam Wam tekst Joanny Hoły z bloga Dyrdymały oraz tekst Zwierza Popkulturalnego.

Jednocześnie chciałabym zaznaczyć, że wszystko, co poniżej przeczytacie odnosi się zdecydowanie do serialu, mimo, że wspominam kilkukrotnie jego książkowy pierwowzór. Przyznam bowiem szczerze, że jakkolwiek  „Good Omens” w wersji literackiej sprawiło mi wiele przyjemności, nie zostałam tak wielką jego fanką, aby odważyć się wyłuszczyć szczegóły i analizować różnice w stosunku do wersji serialowej, którą postrzegam zupełnie „na świeżo”.

Wiele hałasu o „Good Omens”

Według przesłania „Good Omens”, Kochani Czytelnicy, wszystkie tryumfy i katastrofy tego świata, zawdzięczamy nie ludziom z gruntu dobrym, ani też tym z gruntu złym, ale ludziom, którzy są po prostu ludźmi… To niezwykle trafne spostrzeżenie, o ironio, świetnie podsumowuje działania US Foundation for a Christian Civilization, wzywającej do anulowania serialu opartego na tej powieści. Ostatecznie okazuje się, że nic tak nie łączy ludzi jak nienawiść albo radość z niepowodzeń, by nie rzec głupoty, bliźniego, okraszone przekonaniem o własnej nieomylności… Nie powinien wobec tego dziwić fakt, że zupełnie nieakuratną petycję, nie dość, że skierowaną do złego dystrybutora, to jeszcze fatalnie spóźnioną, chociażby dlatego, że materiał źródłowy liczy sobie już  prawie trzydzieści lat, podpisały tysiące osób. Tysiące tych, którzy podeszli do niej zupełnie bezrefleksyjnie, zjednoczonych w tej automatycznej opcji słusznego oburzenia. Nie powinien też dziwić fakt, że jej twórcy, w swojej argumentacji podają dość kuriozalne powody swej dezaprobaty, świadczące nie tylko o tym, że bardzo niedokładnie, jeśli w  ogóle, zapoznali się z dziełem, które tak żarliwie krytykują, ale także o tym, że ich wiara nie wydaje się nazbyt mocna i zdaje się, nie wyszła poza li tylko symbole i rytuały…

obraz z planu serialu "Good omens", ujęcie 666
Gdyby się tak głębiej zastanowić, zarówno serial, jak i jego książkowy pierwowzór, nigdy nie miały zamiaru być poważnymi, choć ostatecznie podejmują bardzo poważne tematy. Źródło zdjęcia: tutaj.

Tymczasem w wierze, nie tylko zresztą katolickiej, choć symbolika potrafi naprawdę być ważna, to jednak najmniej chodzi o to, jaki kolor mają paciorki twojego różańca. Pobożność bowiem to zdecydowanie nie to samo, co wiara. Tej trzeba jednak poszukiwać głęboko w sobie, ma ona być potrzebą serca, a tymczasem towarzyszącym jej rytuałom, które są bardziej wytworem umysłu, próbą ujęcia w ramy tego co nieujmowalne, często przypisuje się nadmierne znaczenie. Niestety, nazbyt wiele krzywd dokonało się w ten sposób w imię wiary…

Wielu ludzi szuka w symbolach wiary, w tak dobrze znanych słowach i modlitwach, bezpiecznej przystani. Nie ma w tym nic złego, jeśli kryje się za nimi refleksja i prawdziwa potrzeba obcowania z Bogiem. Gorzej jeśli człowiek zapomina jakie jest  przeznaczenie tych narzędzi i używa ich zupełnie bezmyślnie. Wówczas bluźnierczy zdaje się być nawet umowny  świat u schyłku dni, z którego nieco nerwowo żartuje serial „Good Omens”. Cokolwiek by bowiem o tej produkcji nie powiedzieć, zgadzam się absolutnie z opinią, iż nie zbliża się  ona do istoty chrześcijaństwa na tyle, żeby móc ją nazwać heretycką czy bluźnierczą. Chcecie zobaczyć dlaczego tak myślę?

Pomiędzy piekielnym odorem a sterylnymi korytarzami nieba

W jednym z artykułów przeczytałam ostatnio bardzo trafne porównanie, wedle którego „Good Omens” opisuje religię chrześcijańską tak samo trafnie, jak „Thor”  religię nordycką. Trudno nie przyznać temu twierdzeniu racji, bo o czymkolwiek opowiadają ten miniserial i jego pierwowzór książkowy, na pewno nie jest to opowieść o Bogu czy też końcu świata w biblijnym tych słów znaczeniu, o czym jestem przekonana zarówno jako odbiorca tej historii na poziomie popkulturowym, jak i praktykujący katolik.

Wśród licznych symboli i nawiązań religijnych, na pierwszy plan wysuwają się oczywiście byty zawzięcie walczące o dusze ludzkie od zarania dziejów, czyli aniołowie i demony, zamieszkujące miejsca przypisane im tradycyjnie przez chrześcijańskie wierzenia. Wszystko tutaj zdaje się być zgodne z ludzkim wyobrażeniem niebos „u góry” i piekieł „na dole” –  estetycznie idealny raj, jaśniejący i bezkreśnie spokojny, oraz pełne brudu, plugastwa i dziwnych hałasów piekło. Gdyby jednak spojrzeć dokładniej…

Niebo wydaje się nazbyt aż sterylne, wręcz zimne. Nie tylko nie ma tu nawet krzty koloru, ale, co bardziej bolesne, panuje tu totalna emocjonalna pustka. Podobnie w piekle, które poza tym, że psuje się tam ciągle światło, a postaci są zmuszone wciąż spacerować gęsiego, niewiele ma do zaoferowania z tych legendarnych, wiecznych mąk. Wszystko tu spowija atmosfera absolutnej beznadziei, a sprzeciwianie się dogmatom wiary jest tu prędzej rodzajem nudnego obowiązku niż faktyczną potrzebą.

Motywacyjne plakaty z planu serialu "Good omens", zamieszczone w piekle.
W tym piekle, trochę niczym w szkolnej toalecie, o istnieniu ewentualnych okrucieństw najbardziej świadczą ledwo widoczne w tle napisy na ścianach…
Źródło zdjęcia: tutaj

Równie ciekawe zdaje się być przedstawienie obu tych miejsc, jako sprawnie działających i odpowiednio hierarchizowanych korporacji, z ich szefami, sprawozdaniami kwartalnymi i poborami, które w ostatnich czasach, zwłaszcza w dziełach popkulturowych, wydają się być dość popularnym motywem porządkowania zaświatów. Pokazuje to perfekcyjnie tę ludzką potrzebę opisania przestrzeni, której nikt nie widział i nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić. Zmiana struktury społecznej sprawiła, że nieco przestarzały obraz Boga – Króla i anielskich „paziów” nie jest już wystarczającą pożywką dla naszej wyobraźni, ale potrzebujemy dokonać porównań wedle znanych nam wzorów i schematów społecznych. Ostatecznie jednak idzie „Good Omens” jeszcze o krok dalej, gdyż finalnie żadne z tych miejsc nie może być całkowicie utożsamiane z dobrem czy złem. W zamian zaś otrzymujemy  niejako dwa równie groźne korpo – oblicza zaświatów, w których piekło atakuje swoich „pracowników” fizycznie, podczas gdy niebo sięga po przemoc raczej emocjonalną.

niebieskie zastępy
Jakkolwiek wyobrażałam sobie „niebieskie zastępy” ten widok jednak mnie zaskoczył, choć zdecydowanie jest on zgodny z duchem dzieła 😉 

Tak przedstawione zaświaty zamieszkują zatem dobrze nam znane byty, które od wieków toczą bitwę o ludzkie dusze… No właśnie, od tego zaczynając, czy to na pewno jest w ogóle wojna o dusze? Anioły i demony, nieźle się muszą napracować w tym świecie, ryzykując nawet stratą przydzielonego im ciała i tonami roboty papierkowej, a ostatecznie nic nie wskazuje na to, że efekt tej harówki ma jakiekolwiek znaczenie. Nie tylko zamieszkujących ziemię ludzi traktują oni jak irytujące owady, które w ściśle wyznaczonym momencie należy potraktować odpowiednim preparatem, ale i zaświaty są zupełnie pozbawione ludzkiej obecności. Nikt słowem nie wspomina o obecności dusz ludzkich; nikt w niebie nie przygotowuje się na ich rychłe przyjęcie ani też w piekle nie zaciera rąk na wieść o mękach jakie się im zgotuje… Ci po jasnej i po, hmmm…. brudnej, stronie mocy mają zupełnie inne priorytety.

Nie-tak-znowu-święte anioły i zbyt-mało-nikczemne diabły

Gdyby poprosić kogoś o opis anioła otrzymalibyśmy pewnie obraz świetlistej, uskrzydlonej istoty ubranej w biel, często przepasanej błękitnym pasem, bosej lub obleczonej w lekkie sandały. Demona, z kolei, opisano by nam zapewne jako najbrzydszą z istot, o czerwonej wykrzywionej twarzy, z rogami, czasem kopytami i ogonem. Tymczasem, rzecz oczywista, skrzydła, szaty, rogi i ogony, to takie same atrybuty, jak lira u Apolla czy sowa u Ateny. Ostatecznie przecież, według wiary chrześcijańskiej, czerpiącej ze skąpych w tym temacie opisów biblijnych, aniołowie to byty niematerialne, służące Bogu, a pośrednio, w swoim podporządkowaniu jego woli, służące również ludziom. Demony zaś, to aniołowie zbuntowani, którzy w odległych czasach wystąpili przeciw Wszechmogącemu, w wyniku czego zostali „strąceni z niebios”. Teologowie od wieków rozmyślają na temat przyczyn tego buntu, a jedna z teorii głosi, iż zachłanny Szatan, nie mógł się pogodzić z miłością, którą Bóg obdarzył człowieka, a tym bardziej z jego wywyższeniem poprzez wcielenie Syna Bożego. Miałoby to zarazem wyjaśnić wieczną nienawiść tych bytów, jaką żywią one do rasy ludzkiej.

Już tych kilka informacji, którym przyznaję,  bliżej do notki z Wikipedii niż teologicznego wykładu, pokazuje, że świat aniołów i demonów w „Good Omens” bardzo różni się od  ich pojmowania w sensie religijnym. Nie chodzi tu tylko o samą cielesność tych postaci, w tym rozdawanie im ciał niczym mundurów, ani o to czy i kiedy owe byty używają skrzydeł, ani też nawet o nieco chełpliwe chwalenie się cudami czy kuszeniami. Kiedy się uważnie przyjrzymy zauważymy, że głęboko w swym jestestwie, wszystkie te istoty, zatracone we własnych ambicjach, zupełnie utraciły swój pierwotny charakter. Anioły są zdecydowanie nie tak święte, jakbyśmy tego mogli oczekiwać. Co zaś najsmutniejsze, ich  co najmniej dwuznaczne etycznie, by nie rzecz okrutne, zachowania, wynikają głównie z ich niesamowitej pustki emocjonalnej. Są one równie zimne i sterylne, jak ich niebieskie mieszkanie, tak dalekie od boskiej miłości, jak to tylko możliwe.

Jon Hamm w roli Archanioła Gabriela
Każdy z nas zna miejskie legendy o szefach pokroju Archanioła Gabriela… Cóż lepiej, aby w tychże legendach pozostali, jednak aż nazbyt dobrze wszyscy wiemy, że rezydują oni pośród nas, faktycznie chyba mocno nieludzcy…

Z kolei demony wydają się zdecydowanie zbyt mało nikczemne. Ponownie, pozornie wszystko jest w porządku, nadal skutecznie kuszą ludzi i pobudzają ich najgorsze instynkty. Jednocześnie, ukazuje się ich nie jako istoty złe do szpiku kości, upajające się okrucieństwem czy cierpieniem (chyba, że mowa tu o torturowaniu siebie nawzajem :P), lecz jako byty absolutnie zmęczone stanem beznadziei, w którym trwają od tysięcy lat, śmiertelnie znudzone, bardziej niezrozumiane i pokrzywdzone, niźli sprawiedliwie ukarane. Miałam wręcz momentami wrażenie, że należy współczuć tym istotom, dla których kuszenie do złego stało się rodzajem „roboty”, jakże koniecznej, ale jakże piekielnie nużącej.

Anna Maxwell Martin jako Belzebub
Trudno się bać postaci, która całą swoją cielesnością, głosem, mimiką i gestami, wyraża tak bezbrzeżna nudę. Hmmm…. Z drugiej strony człowiek naprawdę nie ma ochoty trafić do miejsca, które ją  ukształtowało. Zatem czyżby tak właśnie miało wyglądać piekło według człowieka współczesnego?

Co ciekawe, zaplątane w sieć wzajemnych żali i animozji, zarówno anioły, jak i demony, zorientowane na ostateczne zwycięstwo nad frakcją przeciwną, nie pamiętają już właściwie o co toczy się ta walka. Świadczy o tym fakt instrumentalnego traktowania zarówno ludzi, jak i samego Boga. Cóż, wszyscy chcą teraz tylko zobaczyć „czyja banda wygra”, jak błyskotliwie zauważył to Adam.

W całej tej gromadzie, paradoksalnie najlepiej diabelskość i demoniczność zdaje się wyrażać właśnie centralny duet tej historii, Azirafal, czyli anioł zupełnie niedoskonały i Crowley, czyli demon, który nie chciał upaść. Pierwszy z nich to istota dość niepozorna, ze wszech miar staromodna i uroczo nieporadna, daleka od przypisywanej aniołom perfekcji. Jednocześnie cechuje go ogromna wrażliwość, perfekcyjna uprzejmość i prawdziwa troska zarówno o przyjaciół, jak i rodzaj ludzki. W kwestii moralnej, mimo popełnionych tu i ówdzie drobnych grzeszków, zdaje się być prawdziwym okazem cnót. Jego nieustanne rozdarcie pomiędzy miłością do rodzaju ludzkiego, a wiernością Bogu, jego przeplatane z pokorą wątpliwości, to jednak bardziej domena ludzka niż anielska. To wszak ludzką rzeczą jest wierzyć, bo anioły przecież wiedzą, widziały Boga… Mimo wszystko, ten niejako ludzki pierwiastek zdaje się sprawiać, że nasz nieustannie zakłopotany anioł sięga ideału bliżej niż sterylnie czyste zastępy niebieskie, na czele z Archaniołem Gabrielem o psychopatycznym błysku w oku…

the end
To ciekawe, że anielskość i demoniczność tej dwójki przyjaciół tak pięknie widać dopiero wśród ludzi, w ziemskiej atmosferze. Mimo nie do końca altruistycznych pobudek, ostatecznie to oni dopiero zdają się pojmować, że istnienie każdej z nadprzyrodzonych frakcji traci znaczenie, by nie rzec sens, bez ludzi, których każda z nich zdaje się z kolei traktować z najwyższą pogardą.

Tymczasem o ile bezmierna dobroć Azirafala może być doskonałym wyznacznikiem anielskości, o tyle diabelska natura Crowley’a jest nieco trudniejsza do uchwycenia.  Nie ma w nim przecież brzydoty ani okrucieństwa, wręcz przeciwnie…  Gdy przyglądam się jego tanecznemu krokowi, modowym eksperymentom i drogim gustom, w mojej głowie natychmiast pojawia się skojarzenie z inną sceną, z zupełnie innego kultowego dzieła. W jednej ze scen z „Władcy pierścieni”  Frodo zapytany dlaczego zaufał Aragornowi przy pierwszym spotkaniu,  odpowiada, że wysłannik złego wyglądałby znacznie piękniej i groźniej zarazem.  No właśnie… Naprawdę dalibyśmy się uwieść postaci pokroju Hastura czy jednak łatwiej byłoby uwierzyć uśmiechowi, który Crowley’owi podarował David Tennant? Postać ta wydaje się być dodatkowo zaprzeczeniem demoniczności w tych swoich  etycznych rozważaniach czy nawet w tym swoim błaganiu o ocalenie ludzkości. Gdyby jednak spojrzeć poza pewną fasadę zauważymy na przykład, że od początku jest nasz demon w pewien charakterystyczny sposób rozpustny. Wystarczy zwrócić uwagę na to, jakimi otacza się przedmiotami. O ile Azirafal otoczył się wszystkim, co sprawia mu radość, nawet jeśli jest to stare i mocno zniszczone, o tyle Crowley wybrał wszystko, co da mu prestiż. Do legend wszak przeszły jego starania o to, aby rośliny w jego mieszkaniu przynosiły mu chlubę w największym  możliwym stopniu. Jest on także, mimo wszystko, niezwykle samolubny. Jego cudna przyjaźń z aniołem nieco łagodzi tę cechę, jednak jeśli spojrzy się uważnie, wyraźnie widać, że poza anielskim przyjacielem  dla tego demona nie liczy się właściwie nikt. Chociażby potrącona nieumyślnie kobieta jest dla niego jedynie złośliwą przeszkodą w osiągnięciu celu. Ostatecznie ludzie pociągają go prawdopodobnie jedynie dlatego, że posiadają to, czego on sam pragnąłby ponad wszystko…. wybór. Jako demon, który podobno właściwie nie chciał upaść, zazdrości on ludziom możliwości odkupienia. Prawdopodobnie to właśnie najbardziej nęci go w tym świecie, który próbuje ratować za wszelką cenę. Również fakt, że jako jedyny w całej tej opowieści, zadaje właściwe pytania i głośno rozważa kwestie moralne, to bardziej potwierdzenie jego zbuntowanej diabelskiej natury niż faktycznej troski o losy ludzkości. Jego oportunistyczna natura ostatecznie pozwala mu jednak zwracać się wprost do Boga lub krytykować jego zamiary w świecie, gdzie niemal nikt nawet nie wymawia Jego imienia….

„Bóg jest nieobecny w tej komedii”*

(*Nawiązanie do „Boskiej komedii” Dantego za Nathanael Blake )

No właśnie… Szczerze mówiąc to, co właściwie najbardziej powinno uderzyć odbiorcę w całym tym religijnym galimatiasie, to fakt niezaprzeczalnej nieobecności Boga…

No tak, westchną teraz niektórzy, następna z tych, co to niedokładnie dzieło obejrzała i opowiada teraz banialuki. Przecież Bóg non stop przewija się przez tę opowieść, sam ją nam właściwie objaśnia (i tu następuje przewracanie oczami :p ). Zgadza się, Bóg – narrator, żartobliwa komentatorka zdarzeń, w istocie jest bardzo ważną częścią tej historii, tyle, że nie ma jej w świecie, który właśnie ma się w naszej opowieści skończyć. Nie ma przy tym znaczenia Jej płeć, która wzbudziła wiele kontrowersji i całe spektrum reakcji, od radości, przez podziw za odwagę, po autentyczną wściekłość. Tradycja, która karze postrzegać Boga jako brodatego mężczyznę, to znów precież próba ogarnięcia nieogarnionego,  dlatego sądzę, że rozważania nad tym, kto Bogu użyczył głosu to sprawa, moim zdaniem, naprawdę ważna kulturowo, jednak nie mająca nic wspólnego z samym rdzeniem wiary jako takiej.

Michael Sheen jako anioł Azirafał
Nieco bardziej interesujące w naszych rozważaniach wydaje się za to pytanie cóż to za Bóg, przed którym anioł na tysiące lat ukrył los świetlistego miecza…?

Jeszcze trudniejsza do zaakceptowania jest tutaj nieobecność owego Boga we wszystkich wymiarach powieściowego świata poza wspomnianym elementem narracji. Niektórzy, co prawda uważają, że sam fakt snucia przez Boga opowieści o tych wydarzeniach, jest potwierdzeniem tego, iż On/Ona wszak istnieje. Brak ingerencji w samowolne działania agentów niebios i piekieł, zmierzające do ostatecznego zniszczenia świata, tłumaczą oni tym, iż niewypowiedziany boski plan jest znany tylko Bogu, zatem niezależnie co się tam aniołom i demonom przyśniło, jeszcze nie nadszedł Dzień Sądu Ostatecznego… Pozornie zgoda, punkt dla Was. A teraz, przypatrzcie się głębiej…

Po pierwsze, znamienne jest to, że jakkolwiek wszyscy wiele mówią o nieuniknionym boskim planie, nikt nie zaprząta sobie głowy jego twórcą. To ciekawe, że nikt, poza Crowley’em i Azirafalem, w żaden sposób nie konsultuje się z Bogiem. Nawet  Szatan zadaje sobie trud, aby ukazać się buntownikom, nawet Szatan, ale nie Bóg…. Tymczasem, jak wiemy, według wersji biblijnej, dzień zagłady ma być jednocześnie Dniem Sądu Ostatecznego. Jeśli tak jest w istocie, to jakoś nie bardzo tu widać przygotowania zarówno do samego przybycia Wszechmogącego, jak i tych tabunów zbawionych, tudzież potępionych. Ostatecznie, w świecie, w którym najważniejszy jest Bóg, niepodobna, aby apokalipsa dokonała się tylko po to, aby któraś z niematerialnych frakcji wygrała wojnę. A jednak, zarówno aniołowie, jak i demony, wyraźnie działają na własną rękę, zaślepieni własnymi dążeniami, bez najmniejszej nawet ingerencji Najwyższego…

Ostatecznym jednak argumentem na dotkliwy brak Bożej obecności są… ludzie. Czy nie  wydało się Wam interesujące, że w obliczu nadchodzącej apokalipsy, gdy telewizja donosi o coraz to dziwniejszych wydarzeniach, nikt nie zwraca się do Boga? Do żadnego Boga! Nikt tu nie pada na kolana, nikt się nie modli, nikt nie czyni nawet znaku krzyża czy też westchnienia „O Jezu”… W świecie „Good Omens” nie tylko praktycznie nie istnieje kościół i jego kapłani, ale też sakramenty czy modlitwy. Niestety, ludzie nie zwracają się do Boga, ponieważ Jego tu nie ma. Nie wiadomo jak dawno temu, podobnie jak pałętające się wśród nich anioły i demony, nabrali przekonania, że nie zostaną wysłuchani i nie będzie im odpuszczone, nie wznoszą więc oczu ku niebu, lecz kurczowo trzymają się ziemi… Jeśli ktoś tu ostatecznie wierzy w jakikolwiek boski plan, to jego twórcę postrzega raczej jako złośliwego demiurga, niźli tego, z którym pragnęłoby się spędzić wieczność…. Tymczasem, dla osoby wierzącej, Bóg to jednak trochę więcej niż głos, więcej niż organizator wieczności, dużo, dużo więcej… Takiego Boga tutaj jednak nie spotkacie, bo i celem twórców „Good Omens” nie jest znieważenie Boga, ani też jego wydrwienie. Ich oczy po prostu są skierowane w zupełnie w inną stronę, w stronę człowieka…

Ludzkie znaczy najlepsze

„Good Omens” nie opowiada ostatecznie, moim zdaniem, o aniołach, demonach, wiedźmach czy dniach ostatecznych… Wszystko, co nadprzyrodzone jest tu wyraźnie ujęte w wielki, nieustannie unoszący się nad całą produkcją, cudzysłów. Za lekką opowiastką, sprawnie żaglująca chrześcijańskimi symbolami, kryje się jednak bardzo ważna opowieść o wszystkim, co ludzkie na wskroś. Zawieszeni pomiędzy sterylnym niebem i lepkim od brudu piekłem, dowiadujemy się ostatecznie, że najlepsze jest nigdzie indziej tylko w nas samych, tak zresztą, jak i najgorsze…. Crowley nieustannie powtarza przecież, że na najgorsze pomysły ludzkość wpadła sama, bez żadnej podpowiedzi, a jednak to przecież ten ludzki pierwiastek, ta ziemska zwyczajność, pozwala Adamowi odroczyć apokalipsę.

Świat, w którym Bóg jest obojętnym narratorem, który chichocze nad niesubordynacją swoich zastępów i naiwnymi mieszkańcami ziemi, oszukanymi przez kości dinozaurów; świat, w którym Jezus skończył na krzyżu ponieważ propagował „bycie miłym”; świat, wreszcie, pozbawiony potrzeby kontaktu z Bogiem, niekoniecznie od razu w kościele, nie jest światem zbudowanym wokół prawdziwej wiary chrześcijańskiej. To prawda, że mocno zasadza się na jej symbolice, jednak odwołuje się do niej w sensie raczej mitologicznym niż teologicznym. Zdecydowanie w tej sferze przypomina on raczej Biblię dla dzieci z obrazkami niż poważny traktat teologiczny, który przekazuje jakiekolwiek prawdy tudzież nie-prawdy wiary. Świat symboli  i biblijnych opowiastek, tak dobrze znanych, zakorzenionych w naszej kulturze od wieków, ustawionych tu przed krzywym zwierciadłem, to pretekst do rozważań nad naturą człowieka, nie Boga.

Angel, Demon and Antichrist
To anioł lub demon ma władzę by zatrzymać czas, jednak mimo tak wielkiej mocy, muszą nasze byty nadprzyrodzone poprzestać tu na próbie przeciągnięcia właśnie człowieka na swoją stronę, bo ostatecznie tylko on ma prawdziwą władzę, aby realnie zmienić świat. 

Podejmuje zatem „Good Omens” próbę odpowiedzi na odwieczne pytanie czy losem człowieka kieruje przeznaczenie, czy też jego wolne wybory, czy wreszcie można być na wskroś złym lub dobrym, czy też każdy istota nosi w sobie obydwa te nieustannie ścierające się ze sobą pierwiastki. Tak, to człowiek stoi tu w centrum, to on ma wolną wolę i władzę nad własnym losem, to właśnie on może zniszczyć świat lub go uratować. Szczególnie dobitnie widać to w postaciach czterech Jeźdźców Apokalipsy, które reprezentują dokładnie to, co najgorszego człowiek zrobił światu oraz w ich symbolicznym odrzuceniu.

Jest też wreszcie „Good Omens” opowieścią o tym, że nikt z nas nie jest tak naprawdę zupełnie sam na świecie, a najpiękniejsze w nas jest właśnie to, co ofiarowaliśmy drugiemu człowiekowi. Drobne gesty, zrozumienie, akceptacja, wszystko, co nazywamy przyjaźnią i miłością, jest na wskroś ludzkie, na wskroś nasze. I gdyby tak się pochylić nad tą refleksją, w całej tej paradzie symboli, to właśnie byłaby ta najprawdziwsza chrześcijańska wartość, do której nawiązuje nasza opowieść. Widzicie, w świecie, w którym kościół katolicki ma zdecydowanie więcej  powodów do wstydu niż dumy, umyka nam to, na czym wiara naprawdę powinna budować swoje fundamenty. Bo choć wierzę z całego serca, że surowość Boga ze Starego Testamentu bywa ludzkości potrzebna, to mnie zawsze najbliżej było do Boga z Nowego Testamentu, tego który gotów był się poświęcić w imię bezwarunkowej miłości, dla którego to ona zawsze była najważniejsza, Tego który pouczał „nie sądźcie” i obiecywał miłosierdzie każdemu, kto się doń zwróci…

Reklamy

Jedna myśl w temacie “Mitologia czy teologia, czyli wiele hałasu o „Good Omens”

  1. Hołka 11 października 2019 / 15:38

    Jak zawsze – świetnie napisany i ciekawy tekst! Gratuluję przede wszystkim pomysłu – tego, że postanowiłaś spojrzeć na serial przez pryzmat wiary. Co jest o tyle przewrotne, że jak sama stwierdziłaś – „Dobry omen” ma z religią chrześcijańską tyle wspólnego, co „Thor” z mitologią nordycką. 😀
    Ciężko jest też w obecnej chwili pisać o religii w szerszym kontekście, bez politykowania – tobie jednak udało się to bardzo dobrze, za co znów – należą ci się brawa.

    Całkowicie zgadzam się z tym, że wiarę powinno oddzielić się od symboliki, bo ta jest przecież próbą przedstawienia w zrozumiały dla człowieka sposób czegoś, co jest niepojmowalne. Bardzo podoba mi się twoje spostrzeżenie dotyczące tego, że istniejący w naszej kulturze sposób, w jaki prezentuje się Boga i całą resztę – w dużej mierze wynika z tego, jak w dawnych czasach funkcjonowało społeczeństwo w Europie. I że ten „jedyny i prawdziwy” wygląd niebiańskich i piekielnych bytów właściwie nie uległ zmianom od czasów średniowiecza. Co ciekawe – kultura wbiła do naszych głów tą wizję tak bardzo, że np. większość ludzi myśląc „Jezus” oczami wyobraźni widzi białego mężczyznę, nawet, jeśli wie, że Jezus był Żydem i mieszkał na Bliskim Wschodzie, więc miał ciemny kolor skóry.

    Aż zaczęłam się teraz zastanawiać, jak ludzie będą sobie wyobrażać niebo i piekło w przyszłości. I jak inna byłaby wiara chrześcijańska, gdyby np. w średniowieczu – społeczeństwo nie było patrialchalne. Z resztą – wracając do symboli – nie wiem, czy widziałaś kiedyś obrazek pokazujący, jak wyglądałby świat, gdyby Jezus, zamiast na krzyżu – został stracony na szubienicy.
    https://imgur.com/gallery/H2dEQen

    Jak trafnie spostrzegłaś, serialowi aniołowie są istotami pozbawionymi emocji. Tu muszę się z tobą podzielić pewną filozoficzną zagwozdką, jaką mam od dłuższego czasu. Otóż moim zdaniem prawdziwy altruizm nie istnieje. Bo altruizm oznacza, że pomagamy komuś innemu (i tym samym czynimy dobro), bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Tymczasem w rzeczywistości, kiedy komuś pomagamy, to zawsze robimy to albo żeby otrzymać emocjonalną nagrodę, czyli porzuć satysfakcję z wykonania dobrego uczynku (no i zastrzyk hormonów szczęścia), albo żeby uniknąć emocjonalnej kary – czyli wyrzutów sumienia, że nie udzieliliśmy komuś pomocy. A to z kolei powoduje, że do altruizmu w czystej formie powinni być zdolni tylko psychopaci, którzy nie odczuwają emocji. „Powinni”, bo badania pokazują, że psychopaci zawsze zachowują się w sposób, który jest dla nich korzystny – do tego stopnia, że udają emocje i troszczą się o innych tylko po to by… ukryć to, że są psychopatami.
    I tu wracamy do serialowych aniołów, które – jak sama trafnie stwierdziłaś – czyniły dobro tylko dlatego, bo to przynosiło to zysk ich frakcji.

    Wiem, że nie odwołujesz się tu do książkowego „Dobrego omenu”, ale tam było zaznaczone, że anioły i demony nie posiadają wolnej woli, więc czynią dobro lub zło nie dlatego, bo chcą, tylko ponieważ nie potrafią inaczej (innym pytaniem filozoficznym jest to, jak można się zbuntować, jeśli nie ma się wolnej woli). Wydaje mi się, że w serialu kwestia ta została pokazana w tej korporacyjności nieba i piekła, gdzie ewidentnie panowała zasada „twój szef ma zawsze rację”.
    To z kolei sprawiało, że ja podczas oglądania „Dobrego omenu” cały czas zastanawiałam się na ile dobrą istotą jest tak naprawdę Azirafal. To znaczy na ile jego dobre uczynki wynikały z tego, że był poczciwy, a na ile z tego, że został tak „zaprogramowany”. Mną np. bardzo wstrząsnęła scena z czasów Rewolucji Francuskiej, kiedy to Azirafal bez mrugnięcia okiem dokonał cudownej zamiany ubrań i tym samym przyczynił się do śmierci innego człowieka. Zupełnie, jakby w umyśle anioła nie zadziałał wtedy algorytm: „człowiek potrzebuje pomocy > człowiekowi trzeba pomóc”, bo człowiek nie potrzebował pomocy. Choć jak sama trafnie ujęłaś – ze wszystkich aniołów to właśnie Azirafal był najbardziej dobry, ale to dlatego, że był też najbardziej… ludzki.

    I wracając do moich rozważań na temat altruizmu. Jak sama trafnie stwierdziłaś – Crowley, choć zdarzało mu się postępować dobrze – zazwyczaj robił to z pobudek czysto egoistycznych. Wszak nie próbował on uratować świata dla ludzi, tylko dlatego, bo nie chciało mu się przez resztę wieczności nudzić w piekle. Pytanie więc, kto tak naprawdę jest dobry? Ktoś, kto czyni dobro bezrefleksyjnie, bo tak trzeba, czy osoba, która robi to dla własnego no… dobra.

    Zmieniając temat – twoim kolejnym, ciekawym spostrzeżeniem jest to, że w Bóg w „Dobrym omenie” jest nieobecny. Sama zupełnie nie zwróciłam na to uwagi, ale wynikało to z tego, że brytyjskie oraz amerykańskie produkcje zazwyczaj są bardzo świeckie (i często robi się tam wiele hałasu o to, że ktoś jest wierzący). Dopiero po przeczytaniu twojego tekstu spojrzałam na „Dobry omen” w nieco inny sposób, także – dzięki! 🙂

    Długo myślałam nad puentą tego mojego, jak zawsze długiego, komentarza. Ale nie potrafię wymyślić niczego, co byłoby trafniejsze od sposobu, w jaki ty zakończyłaś swój wpis. Bo rzeczywiście, każdy z nas ma w sobie dobro oraz zło i siły te nieustannie toczą ze sobą walkę. Ale to od nas zależy, którą „stronę mocy” wybierzemy. 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s