Bez znieczulenia, czyli naprawdę warto obejrzeć „Line of duty”

Główni bohaterowie Line of duty - oficerowie antykorupcyjnego wydziału AC - 12
Źródło zdjęcia: Express

Brytyjskie seriale, Kochani Czytelnicy, są dla mnie, dziecka telewizji, od najmłodszych lat karmionego „amerykańskim snem”, które odkryło je jednak dość późno, jak powiew świeżego powietrza i gwarancja najwyższej jakości w jednym. To prawda, że nie wszystkie one są równie doskonałe, jednak jeśli serial zostaje wypuszczony przez BBC,  jest to zwykle dla mnie wystarczająca rekomendacja, aby choć dać mu szansę i uczciwie mówiąc, rzadko spotyka mnie tu zawód.

W 2018 roku o tej jakości brytyjskich seriali przypomniał nam Jed Mecurio, twórca szeroko komentowanego, doskonałego serialu „Bodyguard”. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że był to wówczas jeden z najpopularniejszych brytyjskich seriali od dawna, a widzów, którzy dzięki platformie Netflix mogli z łatwością sięgnąć po tę produkcję również poza Wielką Brytanią, ogarnęło na jej punkcie wprost szaleństwo. Internet zalały zatem poświęcone mu dyskusyjne maratony i niesamowita wprost ilość pochlebnych recenzji, w których podkreślano, że dawno już nie było serialu takiego, jak ten, który by do tego stopnia zaskakiwał widzów, tak trzymał w napięciu właściwie do ostatniej minuty, a jednocześnie tak szanował inteligencję widza…

Myślę wtedy: „ależ był, tylko nie odbił się aż tak szerokim echem w światowych mediach”, gdyż jego początki przypadają właściwie na erę sprzed panowania streamingowych gigantów, a i jego tematyka jest nieco mniej uniwersalna.  Na kilka bowiem lat przed powstaniem „Bodyguard” tenże sam Jed Mercurio tworzy pierwszy sezon pewnego, powiedzmy, że policyjnego procedurala, który niespodziewanie staje się jednym z wielkich hitów brytyjskiej telewizji, a który ja z pełną odpowiedzialnością wrzucam do popkulturowej szufladki pt. „świetne seriale, których na pewno nie widzieliście”.

Nawet bowiem w moim małym internetowym zakątku,  „Line of duty”, bo to o nim mowa, jest często zaledwie tytułem podrzucanym tu i ówdzie, mającym być ostatecznym potwierdzeniem kunsztu i geniuszu jego twórcy. Nieco zabawnym jednak wydało mi się regularnie przywoływanie tego kontekstu w polskich realiach, we wszystkich niemal recenzjach „Bodygurad”, gdyż o ile recenzenci zapewne się z „Line of duty” zapoznali, o tyle dla wielu ich czytelników był to jedynie tytuł, podobno rewelacyjny, a jednak właściwie nieznany szerszej publiczności.  Nie ma jednak tego złego, Kochani Czytelnicy…  Zachęcona kolejnymi peanami pochwalnymi, zwłaszcza w związku z powstającym właśnie szóstym sezonem, pod koniec ubiegłego roku, sięgnęłam i ja po ten serial, od tak dawna mi polecany, niczym echo rezydujący na obrzeżach mojego popkulturalnego świata. Potem zaś zostało tylko zapytać siebie „dlaczego tak późno?” ….

Ted Hastingd, Kate Flaming oraz Steve Arnott pozują na tel logo jednostki antykorupcyjnej AC-12
„Line of duty” to wręcz koncertowo zagrany serial. Aktorzy grają fenomenalnie, autentycznie i niejednokrotnie zupełnie zaskakują wachlarzem prezentowanych emocji. O tym jednak możecie z łatwością poczytać w wielu innych recenzjach 😉 
Źródło zdjęcia: BBC

Jako, że seriale kryminalne oglądam od lat bardzo wielu, Kochani Czytelnicy, trudno jest mnie w tej materii nie tylko zaskoczyć czy zaintrygować, ale przede wszystkim  zwyczajnie zainteresować. Często sama jestem zaskoczona swoimi odczuciami wobec tego gatunku, któremu mimo wszystko pozostaję bardzo wierna. Przecież niezależnie od tego czy mamy tu do czynienia z tasiemcowatym proceduralem czy też kameralną, kilkuodcinkową zaledwie historią, zrąb historii stanowią czyny bardzo okrutne, akty pełne przerażającej przemocy. Tymczasem umysł widza prześlizguje się po nich niczym po jakimś cyrkowym dziwadle, bo przecież stanowią dlań tylko zaczątek zagadki, a im są dziwniejsze tym większą frajdę ma usadowiony przed ekranem pożeracz przekąsek. Bywa, że człowiek nie wynosi z takich seansu nic poza ćwiczeniem dla umysłu , radością z rozwiązania zagadki tudzież podziwu dla geniuszu detektywa lub/i cudów technologii. Co gorsza bywa, że w ostatecznym rozrachunku los ofiary nie obchodzi go ani troszeczkę, co jest chyba największą porażką twórców, którzy karzą swoim bohaterom poświęcać wszystko w nieustannym pościgu za zbrodniarzami.

Gdzie zatem w tym wszystkim drzemie magnetyzm „Line of duty”, który zdarzyło mi się poczuć na własnej skórze, gdy grubo po północy, dosłownie na krawędzi kanapy, śledziłam finał jednego z sezonów? Cóż, moim zdaniem, wcale nie chodzi tu o żadne nowatorstwo czy sztucznie napompowaną sensację, lecz dokładnie odwrotnie, o doprowadzenie do realizacyjnej perfekcji  zgranej niemal do cna formy procedurala. Widzicie, gdy tak sobie prowadzę swoją swobodną analizę, zdaje mi się, że Jed Mercurio postanowił raz na zawsze rozprawić się z głównymi bolączkami telewizyjnych procedurali i udowodnić światu, że ten gatunek nie został jeszcze ostatecznie pogrzebany przez staromodne rozwiązania i fatalne dialogi, choć, rzecz jasna przyda się mu mały lifting.

Bez znieczulenia

Zazwyczaj, gdy mowa o ekranowych śledztwach, Kochani Czytelnicy, staje nam przed oczyma ze wszech miar genialny detektyw. Nie ważne czy jest to mężczyzna, rzadziej kobieta, idealny, jak spod igły, z nienagannymi manierami i empatią na najwyższym poziomie, czy też, zupełnie odwrotnie, skonfliktowany i zamroczony tragiczną przeszłością, nieco niechlujny i mało sympatyczny.  Ważne, że i tak będziemy mu kibicować, a on/ona dostarczy nam prawdy, na której podobno wszystkim zależy najbardziej. Czasami do gry wejdzie pląsający między miejscem zbrodni i przesłuchaniem świadków patolog, którego światły umysł przeskoczy wszystkie siły policyjne w mieście lub też kosmicznie wyposażone laboratorium, w którym powstają dosłownie cuda kryminologii. Cóż, miłośnicy procedurali nie przychodzą przecież dowiedzieć się jak wygląda praca w policji, nawet jeżeli tak im się wydaje, ale po zagadkę logiczną i to taką,  po której nie będą mogli domknąć ust jeszcze długo po zakończeniu odcinka 😉

Osobiste dramaty naszego geniusza, jego wewnętrzna walka lub też zupełnie odwrotnie, siła jego spokoju i pewność autorytetu, mają w tego typu produkcjach niebagatelne znaczenie. Odciągają one uwagę od tego, co pozwoliłam sobie wyłuszczyć kilka akapitów wcześniej,  czyli samego okrutnego czynu, cierpienia rodziny, konsekwencji potwornych wydarzeń, stanowiących zrąb kryminalnej zagadki. Nikt z nas nie chce się utożsamiać z ofiarą tudzież cierpiącymi członkami rodziny. Dużo łatwiej utożsamiać się, kibicować, przyklaskiwać, genialnemu detektywowi, nawet jeśli jego metody bywają co najmniej kontrowersyjne i ostatecznie, poza dostarczeniem tak zwanej prawdy, przynoszą więcej szkody niż pożytku. Wybaczamy mu łatwo, usprawiedliwiamy bezwiednie, z rzadka dopuszczając refleksję, że być może mógłby działać nieco łagodniej, z większą dozą empatii i rozwagi.

Tymczasem siła pomysłu twórcy „Line of duty”, Jeda Mercurio, tkwi w zupełnym odrzuceniu tego schematu, na rzecz próby jak najbardziej rzetelnego przedstawienia mało atrakcyjnej prawdy o pracy policjantów. Przy czym, trzeba zaznaczyć, że jego dzieło doskonale wpisuje się jednocześnie właśnie w konwencję procedurala, odświeżając nieznośnie zgraną koncepcję, nie przypominając za to niczego, co z dokumentalnym zacięciem opisywałoby pracę jakiegokolwiek istniejącego „w realu” wydziału policyjnego. Oczywiście, nie istnieją metody sprawdzenia jak wiele prawdy o pracy brytyjskich policjantów przedstawia ostatecznie twórca serialu, tym bardziej, że sami zainteresowani, czyli policja, ze względu na temat wielce drażliwy, odmówiła oficjalnej konsultacji w czasie jego powstawania. Mimo to, już zaledwie pierwsza godzina serialu, sposób w jaki postaci zwracają się do siebie, w jaki wykonują swoje obowiązki, czy wreszcie skupienie się niemal wyłącznie na ich pracy i ledwo zarysowane życie prywatne, sprawiają, że uderza nas silne wrażenie wierności realiom.

Policjantka, blondynka, w mundurze, spisuje zeznania świadka
Prawdę mówiąc istnieją całkiem pokaźne artykuły, które dogłębnie analizują najmniejsze szczegóły serialu, choćby takie, jak częstotliwość pojawiania się oficjalnych policyjnych mundurów na ekranie,  tylko po to, aby dowieść, że serialowi zdarza się mijać z prawdą. Z tym, że nie jest tajemnicą, iż serial nie ma zamiaru odtworzyć warunków pracy policjantów 1:1, ale raczej zbudować na tyle realne środowisko, które będzie rezonować z widzem i pozwoli mu samodzielnie wyciągać ważne wnioski.

Tworząc  odidealizowany, pozbawiony złudzeń obraz, nie boi się zatem scenarzysta pokazać nam chociażby sceny, w której nisko opłacana i wyraźnie zmęczona swoją niewdzięczną pracą, policjantka niższego stopnia, wzdycha i zasłania się formularzami, na widok upierdliwego staruszka, który zgłasza kradzież trzeci raz w tym tygodniu. Cóż, w tym tygodniu priorytetem są napady z bronią i nie ma środków, także ludzkich, żeby się zajmować kradzieżami… Nie boi się on pokazać, ile papierów musi wypełnić oficer policji przed i po użyciu broni, przed i po akcji pościgowej, przed i po przesłuchaniu, itd. itp. Nie boi się wreszcie pokazać wypalonej zawodowo policjantki, która patrząc na wyskakującego przez okno podejrzanego martwi się, ile będzie musiała po tym zdarzeniu wypełnić dokumentów i jak wytłumaczy szefowi słabą ocenę ryzyka, bo stan podejrzanego to jej najmniejszy problem w tym momencie. Tak, policja jako organizacja, jest tu przedstawiona w sposób zdecydowanie krytyczny, wręcz negatywny i nie zawsze da się tutaj winy zrzucić na mitycznych „ich”, którzy zza pleców porządnych gliniarzy pociągają za sznureczki.

Paradoksalnie jednak, to właśnie ten brutalny realizm wprawia nas, widzów, nie tylko w największe przerażenie, ale i pozwala odetchnąć głęboko, odpocząć od wygładzonego świata telewizji, który nas fascynuje, ale w którym z całą pewnością nie ma dla nas miejsca. Widzicie, mnie osobiście najmocniej uderzyły w tym serialu wcale nie wielkie afery korupcyjne, tudzież inne, ale wyrażana w tych wszystkich drobnych, brutalnie realnych obrazach świadomość, że trybiki policyjnej machiny są w stanie zmielić właściwie każdego.

Grupa detektywów w garniturach, trzech mężczyzn i jedna kobieta, pochyla się na ekranem monitora w biurze
Detektywi w akcji, właśnie dokonują przełomu w sprawie… Przyznajcie, że niekoniecznie taki obrazek jest dla nas synonimem „policyjnej akcji”.

Problem jednocześnie tkwi w tym, że oto staje przed nami dokładnie ten świat, przed którym staramy się uciec, sięgając po pilot tudzież myszkę… Dokładnie tak, jak zapowiedziałam w tytule tego akapitu, znieczulenia dla widzów nie przewidziano. Nie cofają się bowiem jego twórcy przed przedstawieniem brzydkich szczegółów, także w kwestii czynów okrutnych i brutalnych. To, co ma być niebezpieczne, takie właśnie jest, nikt zatem nie pudruje ran fizycznych czy emocjonalnych, krew jest krwiście czerwona, a tragedia smutna i przytłaczająca. Z drugiej strony, nie funduje się nadmiaru emocji tam, gdzie ich być nie powinno, a rozpisane w sposób mistrzowski dialogi, zwłaszcza przesłuchania, budują napięcie, jakiego nie powstydziłby się najlepszy thriller. Nic nie jest tu czarne ani białe, w policji pracują ludzie, aż ludzie, tylko ludzie… Poznamy więc tchórzy i bohaterów, taktyków i straceńców, ludzi lojalnych do ostatniej chwili i tych, dla których człowiek to tylko biznes. Jak to w życiu… Często przekonamy się, że moralna ocena działań zależy od punktu widzenia, a do jej dokonania potrzebna jest szersza perspektywa niż nasza własna. Zaś nawet zachowując najwyższe standardy moralne, każdy z nas ma coś do ukrycia i coś do stracenia, a każdy uczynek ma swój powód i konsekwencje.

W swojej dbałości o szczegół, w swoim brutalnym realizmie, nie jest jednak Jed Mercurio naiwny. W jego koncepcji nie ma miejsca zarówno dla aspołecznych geniuszy, jak i gliniarzy ponad prawem. Nie ma tu też miejsca na paradokumentalne bzdury, według których dzielni funkcjonariusze działają zawsze zgodnie z procedurą. Mimo to, wierzcie mi, że nawet bez szaleńczych wyścigów, wybuchów i dramatycznych akcji negocjatorów, udaje się „Line of duty” wywołać u widza napięcie i emocje na najwyższym poziomie. Ostatecznie, w wywiadach, jego twórca jawnie przyznaje, że mimo istnienia binge-watching’u, zwyczaje widzów nie zmieniły się tak bardzo. Wciąż chodzi o to, aby utrzymać ich przed ekranem, aby chcieli włączyć kolejny odcinek, zainwestować czas w następny sezon. Tym bardziej, że teraz, bardziej niż kiedykolwiek, od ich decyzji często zależy czy serial ostatecznie będzie kontynuowany. Dlatego też, „Line of duty” nie jest pozbawione elementów typowo sensacyjnych, a wszelkie plot-twisty  zawsze będą nieco nieprawdopodobne, gdyż inaczej nie byłoby mowy o wywołaniu zaskoczenia u widza. Podobnie potrzebne jest udramatyzowanie części akcji. Najważniejsza jest w tym wszystkim jednak ta właśnie równowaga między szokiem a wiarygodnością, której moim zdaniem, bardzo brakuje w standardowym proceduralach. W pewnym momencie nie są już one w stanie przeskoczyć rekina i serwują widzom coraz bardziej absurdalne pomysły, aby utrzymać ich uwagę, co paradoksalnie, prowadzi do jej ostatecznej utraty.

Na pierwszym planie Kate Fleming, poważna, idąca do biura, dalej Steve Arnott, zmartwiony oraz jedna z szeregowych policjantek w tle, niewyraźna
Wydaje się, że przez większość czasu bohaterowie „Line of duty” tylko chodzą z poważnymi minami i zaciśniętymi wargami oraz  nieustannie rozmawiają, oszczędnie i do bólu profesjonalnie. Trochę tak faktycznie jest. Tylko… jakże oni pięknie chodzą i rozmawiają, a ile w tym emocji, nie uwierzycie, jeśli nie rzucicie okiem 😉
Źródło zdjęcia: IMDb

Wszystkie odcienie szarości

To bardzo ciekawe, Kochani Czytelnicy, że streszczenia „Line of duty” wypada bardzo często dość blado, choć pomysł stanowiący trzon serialu jest dość unikatowy. W jednym z wywiadów, Jed Mercurio, zwierzył się, że jako fan seriali kryminalnych, od zawsze chciał postawić na przeciw siebie właśnie te siły, które są gwarancją porządku w społeczeństwie, skonfrontować policjantów przeciw sobie, ze wszystkimi reperkusjami tego kim jest złoczyńca i jego przeciwnik, co oboje wiedzą, co potrafią, jak są postrzegani przez społeczeństwo… Ostatecznie jego pomysł ewoluuje i otrzymujemy „Line of duty”, czyli  dość niepozorną początkowo, opowieść o pracy jednego z wydziałów do walki z korupcją w policji, AC-12, którego trzon stanowi trójka głównych bohaterów, tworzących świetnie wykreowany zespół, łączący wszystkie sezony serialu:  Steve Arnott (Martin Compston), Kate Fleming (Vicky McClure) oraz ich szef, Superintendent Ted Hastings (Adrian Dunbar). Każdy kolejny sezon to jedno śledztwo, skupiające się na konkretnej postaci policjanta podejrzanego o korupcję, mozolne i pozornie mało efektowne, ostatecznie niesamowicie skomplikowane, bo w końcu podejrzani jak nikt inni znają policyjne procedury i sposób prowadzenia śledztwa. Jednocześnie każde z nich wpisuje się w większą całość, sprawę, która niczym rak toczy od środka struktury brytyjskiej policji.

Rozmowa pomiędzy Stevem Arnottem i Kate Flaming, zbliżenie na ich twarze. Są oni ustawieni bokiem i rozmawiając nie patrzą w sobie w twarz. To tajne spotkanie.
Do tego wszystkiego obserwujemy kilka zgodnych z prawem, lecz wciąż kontrowersyjnych praktyk, dzięki którym faktycznie pracownicy wydziałów wewnętrznych policji zyskali sobie ponurą sławę i powszechną niechęć. Z obowiązkowymi spotkaniami w ciemnych zaułkach i na dachach budynków na czele 😛

Trudno kłócić się tutaj z faktem, wedle którego największą siłę serialu, obok niesamowitego wrażenia realizmu, stanowią jego bohaterowie. Również w tej kwestii staje  „Line of duty” w opozycji do tego, czym karmiły nas dziesiątki innych podobnych produkcji. Ogromnie podoba mi się, że są tu oni potraktowani z szacunkiem. Ci, z którymi spędzimy większość czasu otrzymują podparcie charakterologiczne, nie są pionkami i marionetkami, nie przychodzą aby zginąć, albo pławić się w luksusie bycia nienagannym moralnie bohaterem dla tłuszczy. Są pełnokrwiści, często wewnętrznie skonfliktowani, bywa, że niezrozumiani. Bardzo często ukazani są dokładnie tak, jak świat widzi każdego z nas, oceniani na podstawie wycinka. „Zrobiłeś dobrze”, „Zrobiłeś źle”… Obraz jednak rozszerza się, a z każdym krokiem pojawia się nić zrozumienia. Dzięki temu nawet złoczyńcy rzadko bywają tu potworami, a mimo to nadal są złoczyńcami. Wyrządzonej krzywdy nie naprawi ani skrucha, ani też wiedza, że był ku temu powód.

Koniec końców dociera do nas to czym „Line of duty” szokuje najbardziej… Tak bardzo łatwiej jest nam karmić się obrazem, wedle którego gdzieś tam, na ulicach miast, na wiejskich drogach i bezludnych obszarach, patrolują bezimienni obrońcy. Doskonali, nieskazitelni, zawsze sprawiedliwi. Nikt im nie umknie, bo ich geniusz ze źdźbła trawy wyczyta prawdę i zabezpieczy społeczeństwo przed potworami, nocami polującymi na bezbronne ofiary. Ostatecznie jeśli detektyw zdzielił kogoś kolbą broni, bo gadał głupoty, albo zebrał wszystkich w kręgu i publicznie powywlekał najwstydliwsze tajemnice podejrzanych na światło dzienne, to przecież dla naszego dobra, dobra ogółu. Przecież najważniejsze, że ten pasożyt, pławiący się w ludzkim bólu osiądzie za kratami. Ciekawe, że mamy taką pewność za każdym razem, choć w czasie rozprawy wiele się potrafi zmienić… Szeroko zatem otwieramy oczy, widząc nagle detektywów „gubiących” kluczowe dowody, policjantów goniących za statystykami, i oficerów zawieszających ludzi za przekroczenie uprawnień, a do tego całe może korupcji. To już nie jest łatwe ani przyjemne, trochę nas jednak nas niepokoi, i choć ostatecznie, ten obraz lepiej sprzyja zrozumieniu i poczuciu naszego bezpieczeństwa, musimy trochę popracować nad naszą definicją bohaterstwa i potrzebą idealizowania.

Oczywiście, że ostatecznie my widzowie, gdy już zdecydujemy komu kibicujemy, ustawimy się po tej jedynej słusznej stronie, chcielibyśmy znów widzieć naszych wybrańców jako jednostki wybitne, doskonałe, a ich błędy przypisać wyższemu dobru, ewentualnie trudnej przeszłości. Tymczasem, choć bohaterowie tego serialu poświęcają naprawdę wiele w tej nierównej walce, do ostatniej kropli krwi walczą o wszystko w co wierzą, to jednocześnie są wyraźnie nieperfekcyjni, angażują się emocjonalnie, zdradzają, naciągają, bywają nie do końca przekonani, po czyjej stronie stanąć. Wreszcie na każdym kroku potykają się o pokusę czerpania profitów  ze swojej wysokiej pozycji społecznej, która, nawet przy nienagannym kompasie moralnym, bywa bardzo trudna do odparcia. Tak trudna, że przestępstwem jest dla wyższych szczeblem oficerów brytyjskiej policji nie zgłoszenie kłopotów finansowych, które czynią ich podatnymi na korupcję…

Pozwolę więc sobie powtórzyć, że przedstawiciele prawa są w „Line of duty” tylko, aż, ludźmi. Spotykamy ich i żegnamy zwyczajnie, przy pracy, dokładnie w środku czegoś, co dla nich ważne. Dość odkrywcze było obserwowanie tych wszystkich odcieni szarości, z jakich ostatecznie wyłaniają się pojedyncze jednostki. Ich uczynków nie usprawiedliwia się przeżytą traumą, choć to ona prowadzi ich często w miejsca absolutnie nieprzewidywalne. Ich geniusz nie stawia ich ponad resztą społeczeństwa,  Ich zwycięstwo wreszcie, jeśli takie osiągną, zawsze niesie za sobą konsekwencje, niejednokrotnie wyraźnie podkreślane i zataczające niespodziewanie szerokie kręgi.

Z lewej Kate Fleming, w stroju zbrojnej policji, z kamizelką kuoodporną i bronia, z prawej Lindsay Denton w formalnym stroju, biała koszula i marynarka. Obydwie mają zacięte miny
Z pewnością wart zauważenia jest też sposób budowania postaci kobiecych w „Line of duty”. Ze względu na konwencję serialu są kształtowane jako osoby silne, wręcz zacięte, które jednak muszą się w jakiś sposób wykazać w tym męskim świecie. Zdecydowanie jednak mają wyraźne rysy charakterologiczne. Nie zostają sprowadzone do roli ozdób, nie są budowane stereotypowo. Mają własne motywacje, problemy, ambicje. Jest to tym bardziej ciekawe, że nikt obrazu nie idealizuje i jasno się tu portretuje seksizm i nieustanną konieczność udowadniania przez żeńskie policjantki, że nie one są gorsze od mężczyzn. Źródło zdjęcia: RadioTimes

„By the letter of the law”*

*”za literą prawa” – mowa o takim sposobie działania, który zgodny jest prawem i przyjętymi procedurami nawet, jeśli nie jest to tak efektywne, jak działania na granicy prawa. 

Mimo, że nikt z nas nie mieszka przecież w Wielkiej Brytanii, i oglądając kolejne odcinki doskonale wiemy, że nasze instytucje pracują inaczej, nie sposób przejść obojętnie obok społecznej wymowy tego dzieła, które podsuwa nam wnioski aktualne wszędzie tam, gdzie ono dotrze. Tak, jak napisałam kilka akapitów powyżej, przed emisją serialu, a nawet w czasie nadawania jego pierwszych sezonów, było wiele wątpliwości związanych z jego odbiorem. Jed Mercurio dowiódł już, że potrafi ukazać sprawy boleśnie realnie, bez koloryzowania i rozpętać przy tym naprawdę poważną dyskusję. Jego kontrowersyjny społecznie, medyczny serial z lat dziewięćdziesiątych, „Cardiac arrest”, został uznany przez społeczność lekarzy za najbardziej realistyczny serial medyczny dostępny w telewizji, ukazujący bolesną prawdę o pracy lekarzy i liczne problemy brytyjskiej służby zdrowia. Wywołał tak wielką dyskusję, że oparła się ona nawet o kręgi polityczne.

Nic dziwnego, że obawiano się tego, co ma do powiedzenia o pracy policji, która to organizacja bywa często krytykowana nie tylko za opieszałość podejmowanych działań, ale i wysoki poziom korupcji i nierówność płciową, a to dopiero wierzchołek góry lodowej. Tym bardziej, że biorąc na widelec pracę wydziału antykorupcyjnego, wprost ukazuje się tu wiele nieprawidłowości, niszczących tę organizację od środka, podejmuje się tematy bardzo drażliwe i delikatne. Obawiano się gwałtownej krytyki oraz utraty, i tak już nadszarpniętego, zaufania do organizacji, która jest wszak gwarantem społecznego porządku.

Ostatecznie obawy te okazały się nie do końca uzasadnione. Faktem jest, że brutalna prawda, zwłaszcza ta jej część, która ukazuje rozmiary korupcji w środowisku stróżów prawa, jest po prostu szokująca. Tylko, że skala ta jest przecież zaburzona. Obserwujemy jeden wydział wewnętrzny, kilku oficerów z określonego regionu. Co zatem znaczy „wiele” w tym kontekście? Dodatkowo te najbardziej drażliwe tematy ubrane są w dość sensacyjną otoczkę, która nieco zaburza to nasze silne poczucie realizmu. Twórca wyraźnie chce nakłonić widza do myślenia, ale, w moim odczuciu, pozwala mu martwić się głównie tym, na co może mieć wpływ.  Odarcie tego środowiska z dekoracji, z których i tak od dawna przecież śmieją się nawet wielbiciele procedurali, spowodowało głębszą refleksję nad przedstawionym problemem. W rezultacie czujemy się jednocześnie zniesmaczeni i pokrzepieni obserwowanym obrazem. Uświadomienie sobie wszystkich przerażających niedoskonałości tej organizacji, na której wciąż opieramy nasze bezpieczeństwo, idzie w parze z odkryciem, że to ona właśnie, jako jedna z nielicznych, podejmuje w ogóle próbę, poświęca środki, a nawet naraża oddelegowanych do wydziałów wewnętrznych funkcjonariuszy na ostracyzm, w celu wyrugowania korupcji i oszustwa ze swoich szeregów.

Scena w pokoju przesłuchań. Steve Arnott i Kate Fleming (po lewej ) przesłuchują Teda Hastingsa (po prawej) w obecności świadków
W „line of duty” nikt nie jest poza prawem. Bywa, że przesłuchać trzeba szefa albo kogoś, kogo się ewidentnie podziwia, kogoś komu się ufa… Nie istnieją wyjątki, nikt, z żadnego powodu nie może przekroczyć prawa, a działanie według najwyższych standardów to wymóg, nie przywilej ani, tym bardziej, górnolotny slogan.

Koniec końcem odchodzimy z takim poczuciem, że nie wszystko stracone. Trochę przeraża nas fakt, że praca wydziałów podobnych do AC – 12 nie kończą się chyba nigdy, bo tam, gdzie usuną chwasty, szybko wyrastają nowe. Cieszymy się jednak, że podobne wydziały istnieją. Jesteśmy pewni, że nas ochronią. Mercurio dobrze wie, że zanurzeni w szarej rzeczywistości, nawet w tak brutalnym obrazie musimy otrzymać pokrzepienie, gdyż inaczej ciężar prawdy nas przygniecie. Konstruuje więc jednak pewną uniwersalną opowieść, w której, ta akurat trójka głównych bohaterów, mimo wyraźnie ukazanych wad i kontrowersyjnych uczynków, jawi się nam niczym ostatni szeryfowie na dzikim zachodzie, ostatni sprawiedliwi. Szczególnie wyraźnie widać to w momencie, gdy do akcji wkracza inny wydział antykorupcyjny, którego pracownicy są agresywni, a nie zdjęci słusznym gniewem, podstępni, a nie profesjonalni, walczący z przestępcami ich własną bronią…

No właśnie… Zbudowawszy tak solidny fundament, jakim jest konstrukcja i losy głównych bohaterów, ludzi, którym wierzymy, choć przedziwnie nigdy do końca i na wieki, bo fabuła wciąż naszą wiarę podkopuje, pozwala sobie „Line of duty” nareszcie wytoczyć najważniejszy z argumentów, który pozostawi nas jednak przepełnionych nadzieją. Najważniejszy argument Ted Hastingsa, jego motto życiowe, według którego prowadzi wydział AC – 12, mówi, że ci, którzy rozliczają innych, musza najpierw sami reprezentować najwyższe standardy tak proceduralne, jak i moralne. Prawa bowiem nigdy nie można egzekwować bezprawiem, a najwyższe dobro, którym zwykli się tłumaczyć policjanci poruszający się na jego granicy, to zachowanie dokładnie tych standardów, którzy  policję odróżniają od przestępców. Co ciekawe nie oznacza to, że nasi bohaterowie są pozbawieni wad i uprzedzeń, tudzież nie zachowują się czasem nieprofesjonalnie, nie mówiąc już o bardzo kontrowersyjnych metodach inwigilacji. Ważne jednak, że za swoje zadania ponoszą takie same konsekwencje, społeczne i służbowe, jak i Ci, których ścigają. W AC – 12 nie ma miejsca na szemrane bohaterstwo i dążenie do celu po trupach, tak charakterystyczne przecież dla wszystkiego co o policjantach i detektywach wiemy z małego ekranu. Tymczasem to właśnie ta wieczna pogoń za stawianymi innym wymaganiami, nie pozbawiona porażek i upadków, prowokuje do refleksji nad kondycją społeczeństwa i instytucji, które utrzymują jego ramy. Świetnie się bawiąc na poziomie emocjonalnym, orientujemy się nagle, że to wcale nie jest zabawa…

W stronę nadziei

Na sam koniec, Kochani Czytelnicy, po moim długim wywodzie o realizmie, którym absolutnie urzekł mnie ten serial, pora na kilka słów o samej historii, bo to ona wreszcie wysuwa się na pierwszy plan w mającym nadejść, ostatnim sezonie serialu. Wciąż chodzi nam o sprawiedliwość i postępowanie według litery prawa, wciąż obserwujemy brutalną rzeczywistość brytyjskiej policji, jednak oto wreszcie mam poznać wroga ostatecznego…

Różne postaci, które mogłyby ewentualnie być tajemniczym "H"
Fanów „Line of duty” zajmuje więc obecnie tylko jedno pytanie… Kim jest „H”? Źródło zdjęcia: Digitalspy

Zanim poznaliśmy pewien tajemniczy inicjał i przeraził nas ogrom zgnilizny w samym sercu policyjnych szeregów, wydarzyło się bardzo wiele. Od pierwszego sezonu, w którym dość jednak szablonowo stanęliśmy na przeciw idealnego bohatera, autorytetu, skrzętnie skrywającego czarną stronę swojej duszy, upłynęło wiele wody. Już wiemy, że nie ma czerni, jest szarość, wiemy, że im głębiej kopiemy, tym więcej brudu znajdziemy…  Wiemy także, że każdą z wyraziście zarysowanych historii, z tragiczną postacią policjanta w tle, łączy przemyślany story arc. Za każdym razem już prawie ją mamy, ale nie, wciąż nie wiemy, gdzie leży prawda.

Na początku po prostu się przyglądamy, wszystkiemu. Pracy policji, pracy wewnętrznych, procedurom, społeczeństwu. Ile można podać do wiadomości publicznej żeby nie wywołać paniki? Ile z tego ukryto dla wygody osób zaangażowanych? Ile z tego jeszcze jest prawdą? Czy korupcja to wynik słabości, chciwości, a może faktu, że w tak głęboko zhierarchizowanej instytucji nie zawsze można powiedzieć „nie”? Pierwszy sezon, skądinąd bardzo dobry, nie oddaje nawet zarysu tych wszystkich smaczków. Stanowi zawiązanie akcji, bez niego nie zrozumiemy naszych bohaterów, gniewu Steve’a, smutku Teda, przerażającego talentu Kate. Wciąż będzie nam brakowało kawałka układanki do pełnego obrazu. Bez Tony’ego Gatesa nie zrozumiemy, że tu naprawdę nie idzie o pieniądze, bez Linsday Denton nie zrozumiemy jak to jest wierzyć w coś bezwarunkowo i bezkompromisowo, do końca…

Plakat do sezonu 2 "Line of duty" - trzech mężczyzn i kobieta, zespół zbrojenj policji w strojach szturmowych
Źródł zdjęcia: IMDb

Mogłabym wymienić jeszcze kilka postaci, ale nie w tym rzecz. Musicie spróbować sami. Zachęcam Was głęboko, tym bardziej jeśli nie lubicie procedurali, bo ten ma bardzo niewiele odcinków na sezon i sprawnie majstruje przy zdartej formule. Nawet jeśli nie lubicie kryminałów, bo to nie jest po prostu kryminał. To raczej dyskurs społeczny, ukierunkowany na pracę policji, z dobrą akcją i świetnymi plot – twistami. Zwłaszcza jeśli nie lubisz dużo nadrabiać i wolisz, żeby serial miał krótkie sezony. Przysięgam na władców internetu, że pierwszy raz żałowałam, że procedural ma tak mało odcinków. Zwłaszcza jeśli lubicie nieoczywiste rozwiązania. Nie raz Wam tu opadnie szczęka. Zwłaszcza jeśli lubicie świetne dialogi. Każde z przesłuchań, zwłaszcza w finałach to czyste złoto, i potrafi dosłownie przygwoździć człowieka do ekranu. Zwłaszcza jeśli jesteście gotowi na refleksję o społeczeństwie, które wyklucza najsłabszych i dla ułatwienia przyjmuje, co mu dadzą. Wreszcie, zwłaszcza jeśli stawiacie na rewelacyjne aktorstwo. Przekonacie się, ze aktorzy ze stajni BBC, słynący z kunsztu swojego warsztatu, nie zyskali swojej sławy za „piękne oczy”.

Ostatecznie, sami zobaczycie, nie ma tutaj happy endu, żadnego „happily ever after”, żadnego spektakularnego show z geniuszem w tle. Jest litera prawa, są ludzie, których pewnie polubisz i tacy, których znienawidzisz, ci których bałbyś się spotkać i ci, z których zaśmiejesz się z wyższością. Jest sporo przekleństw i wzywania świętych, trochę piorunujących spojrzeń i, nie będę kłamać, nieco krwi i innych nieprzyjemności. Nade wszystko jednak jest nadzieja… i ochota na więcej.

 

 

11 myśli w temacie “Bez znieczulenia, czyli naprawdę warto obejrzeć „Line of duty”

  1. Hołka 18 sierpnia 2020 / 20:06

    Kusisz mnie i kusisz tym serialem tak bardzo, że aż znalazł się na górze mojej listy rzeczy do obejrzenia. Dlatego jak tylko go nadrobię, to na pewno napiszę tu coś więcej. A jak na razie dziękuję za to, że przybliżyłaś mi kulisy powstania tej produkcji, bo dzięki temu na pewno spojrzę na nią odrobinę inaczej (niestety jestem ignorantką i zwykle nie zwracam uwagi na to, kto i w jakich okolicznościach tworzy się jakiś serial lubi film).

    Natomiast na obecną chwilę mam do ciebie dwa pytania, nie do końca związane z samym „Line of duty”. 😉

    Po pierwsze, skoro tak lubisz kryminały, to czy oglądałaś serial „Castle”? Pytam, bo kiedy pisałaś o tych wszystkich proceduralnych schematach, to przyszła mi na myśl ta właśnie, amerykańska produkcja, która z jednej strony była tak schematyczna, że aż strach, ale jednocześnie – miała na siebie naprawdę fajny pomysł (choć niestety z czasem bardzo mocno się popsuła).

    I pytanie numer dwa: czy myślisz, że gdyby śledczy z AC-12 wzięli pod lupę działania pary naszych ulubionych policjantów z „Broadchurch”, to ci drudzy mieliby jakieś problemy (oczywiście nie licząc tego „incydentu”, kiedy Miller pobiła swojego męża)?

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 19 sierpnia 2020 / 21:08

      Hihi, no pewnie, że kuszę, mam tylko nadzieję, że nie okaże się dla Ciebie rozczarowaniem. 😉 W sumie to mnie właśnie ogromnie ciekawi to co się dzieje za kulisami. Tak się składa, że dla „Line of duty” jest taki sam super wywiad z „Anatomy of hit”, jak był dla „Broadchurch”, gdzie twórca może się swobodnie wypowiedzieć i ogromnie ciekawych rzeczy się można dowiedzieć 🙂
      Bardzo podobają mi się Twoje pytania, zwłaszcza drugie, nad którym trochę musiałam pomyśleć 😛
      Jeśli idzie o „Castle” to muszę przyznać, ze nie do końca trafił w mój gust. Trochę nie wiem czemu, bo masz rację, że to taki pełnokrwisty procedural. Widziałam kilka odcinków, ale nie udało mu się utrzymać mnie przy sobie 😛 Oglądam za to bardzo wiele różnorodnych kryminalnych serii, do niektórych uparcie wracając, choć zdecydowanie nie mają już nic do powiedzenia. Ostatnio skończyłam właśnie „Prodigial son”, o którym Ci wspominałam, i, o matko, zaprzepaścił trochę szansę na jakąś wyjątkowość ten serial, a im bliżej końca tym większe nagromadzenie dziwów. Tak, jak napisałam, w pewnym momencie nie ma szans żeby serial przeskoczył rekina, bo dalej to już absurd goni absurd. Takie „Kości” zirytowały mnie np. gdy denata znaleźli w ogromnej tabliczce czekolady 😉 Nawet moje ukochane „Archiwum X” w pewnym momencie skręciło w taką stronę, że ja Was proszę…

      Jeśli idzie o drugie pytanie to hmmm…. Mnie się wydaje, że Alec Hardy jest już po śledztwie wydziału wewnętrznego i zesłano go do tego mikro miasteczka nie z jego wyboru, tzn. może miasteczko wybrał, ale degradację niekoniecznie. Albo też ktoś go tu przysłał po jakimś ciężkim śledztwie, żeby mu oszczędzić ostracyzmu. To i tak cud, że go fizycznie nie zdegradowano tudzież nie skierowano do tzw. „desk duties”, czyli pracy przy papierach, gdzie lądują policjanci podejrzewani np. o mataczenie przy dowodach albo korupcję, dopóki nie udowodni się im winy. Z tego, co się orientuje, brytyjskie posterunki (przynajmniej te serialowe) w tak małych miejscowościach jak Broadchurch mają niewielką obsadę, a detektywi nie są tu doświadczeniu w tak ciężkich przestępstwach, więc zazwyczaj dostają kogoś z zewnątrz, kogo zadaniem jest dodatkowo rozbić zwartą grupę miejscowych mieszkańców. Także moim zdaniem Alecowi już się oberwało za Sandbrook i to pewnie od wewnętrznych. Myślę też, że AC – 12 przede wszystkim odsunęłoby Ellie od sprawy, z którą jest zbyt mocno powiązana. Pobiciem męża raczej zainteresować się powinien szef Ellie, bo ona musi podlegać jakiemuś superintendentowi. AC-12 natomiast interesują ewidentne nadużycia uprawnień i raczej interesowałoby ich dlaczego Alec właściwie ją tam wpuścił do tego męża, tu mogliby się dopatrywać jakiegoś podwójnego dna. Na pewno tez interesowałaby ich sprawa przecieków do prasy, zawłaszcza tego przecieku, który się zakończył samobójstwem lokalnego mieszkańca. Prawdziwe kłopoty mógłby mieć za to Alec, gdyby się wydało, że ukrywał świadka z Sandbrook i nadal majstruje przy sprawie, którą mu odebrano. Takie zachowanie w serialach może uchodzić za bohaterskie i niezłomne, jednak dla AC – 12 byłoby to pewnie skrajnie nieodpowiedzialne i dwuznaczne moralnie, zwłaszcza patrząc na dziwny związek Aleca ze świadkiem. No i Ted Hastings, czyli szef AC – 12 wyraźnie by się wściekł za to, ze to właśnie działania niezgodne z procedurami położyły rozprawę w drugim sezonie. Za to mógłby zawiesić Aleca. Wbrew pozorom to się podobno tak nie odbywa, że szef mówi „dawaj broń i odznakę i idź do domu”, bo policjanci mają prawo się bronić i otrzymują obrońcę, którym jest przedstawiciel związku, jednak jeśli nadużycia są duże mogą skończyć nawet w więzieniu, ale jeśli okaże się, ze działali np. nieświadomie, jak Alec w Sandbrook, to kara jest mniejsza. Za to do śledztwa w sezonie trzecim AC – 12 nie przyczepiłoby się w ogóle 🙂

      Polubienie

    • Hołka 20 sierpnia 2020 / 09:00

      OK, to jak to w końcu jest z tym „Prodigial son”? Polecasz, czy nie? 😛

      Łoo, podoba mi się twoja odpowiedź na moje drugie pytanie. A skoro dzięki oglądaniu „Line of duty” można zdobyć taką wiedzę, to tym bardziej muszę zabrać się za oglądanie tego serialu. 🙂

      Nie rozumiem tylko dwóch rzeczy. Napisałaś że:
      „brytyjskie posterunki […] w tak małych miejscowościach jak Broadchurch mają niewielką obsadę […], więc zazwyczaj dostają kogoś z zewnątrz, kogo zadaniem jest dodatkowo rozbić zwartą grupę miejscowych mieszkańców.”
      O co ci chodziło z tym rozbijaniem grupy miejscowych mieszkańców? Czy o to, że taka osoba (trochę, jak Hardy), nie jest związana z lokalną społecznością i patrzy na problem bardziej obiektywnie?

      I drugie zdanie:
      „Myślę też, że AC – 12 przede wszystkim odsunęłoby Ellie od sprawy, z którą jest zbyt mocno powiązana.”
      Czy chodziło ci tu o pierwszy sezon i o to, że zamordowany był przyjacielem syna Ellie? Bo jeśli tak, to niby racja, ale jest tu jeden problem – w Broadchurch wszyscy znali wszystkich, więc chyba trudno byłoby tam znaleźć policjanta, który nie byłby powiązany z rodziną ofiary.

      I na koniec, tak jakby powrót do początku:
      „Takie „Kości” zirytowały mnie np. gdy denata znaleźli w ogromnej tabliczce czekolady”
      Powiem ci, że to brzmi, jak sprawa wyjęta z serialu „Castle”, bo tam często pojawiały się takie dziwne morderstwa (i właśnie dlatego tak bawiło mnie oglądanie tego serialu).

      Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 20 sierpnia 2020 / 18:12

      Z „Prodigal son” to ostatecznie sprawa wcale nie jest prosta 🙂 Wydaje mi się, że problem tkwi w tym, że z serialu, który miał fajny pomysł, ale jednak konstrukcję typowego procedurala, uparto się zrobić coś więcej. Gdzieś do połowy, nawet 2/3 serii świetnie się bawiłam. Seryjny morderca – tatuś to świetnie zrobiona postać, tak że serio czeka się aż on znów skądś wyskoczy. Świetny jest też pomysł na ten trochę toksyczny związek bohatera z jego ojcem, czuć między nimi więź. Serial trochę się bawi pytaniem na ile syn jest podobny do ojca. Do tego mam sporo konwencjonalnych wątków, ale fajnie zrobionych, czyli zespół policjantów, trochę odjechaną, bajecznie bogatą rodzinkę bohatera, początkowo interesujący story arc, itd. No i mamy naprawdę dziwaczne sprawy, bo skoro potrzebny jest profiler to nie ma tu mowy o bójkach spod monopolowego. No i jeszcze plus nieobliczalny, zwłaszcza na miejscu zbrodni główny bohater. Na nudę narzekać nie można. Niestety, pod koniec serial trochę chce być za mądry, porzuca lekką konwencję i usiłuje zamknąć swój story arc, tyle, że nie chcąc nam dać odpowiedzi, której oczekujemy, fanbuła robi woltę i, ło matko, moim zdaniem ładuje się w totalne bzdury i to jeszcze zakończone cliffangerem. Także podsumowując, bawiłam się nieźle przez wiele odcinków, ale mają rację wszyscy sarkający na końcówkę, bo nawet Michael Sheen jej nie ratuje.

      „O co ci chodziło z tym rozbijaniem grupy miejscowych mieszkańców?”
      Tak, dokładnie tak, jak mówisz. Chodzi o to, że osoba z zewnątrz jest bardziej obiektywna i nie wplątana w siatkę zależności, więc nie boi się wsadzić kija w mrowisko i zadać niewygodnych pytań. Jak się tak przyjrzeć to bardzo częsty zabieg w serialach o małych miasteczkach, wiesz, że ten co przybył widzi więcej i jest w stanie dotrzeć do ukrywanej prawdy, bo wszyscy są w zmowie…. Chodzi też o to, żeby ten nowy nie zgadzał się z miejscowymi policjantami i nieustannie stawiał w znak zapytania ich domysły i przypuszczenia.

      Jeśli idzie o Ellie, to z jednej strony masz rację, tam się znali wszyscy, ale nie wszyscy się aż tak przyjaźnili ze sobą. Syn Ellie był najlepszym przyjacielem chłopca, a matka denata jej wieloletnią przyjaciółką. Problem polega tu wcale nie tylko na tym, że mogłaby ona coś mataczyć przy dowodach albo mieć opory przed podejrzeniami kierowanymi ku rodzinie zmarłego. Chodzi o to, że będąc tak blisko z rodziną zmarłego, mogłaby ona wyjawić takie szczegóły śledztwa, które np. spłoszyły by sprawcę albo sprawiły że zniszczone zostałyby ważne dowody. AC – 12 pracuje w wielkim mieście, policjantów mają dość, więc by kogoś za nią podstawili, a ją skierowali by np. do badania samobójstwa topielca czy coś. Ale w tak małym miasteczku Alec mógłby tylko ewentualnie poprosić szefów o nowego DS, tez niestety z zewnątrz. Myślę jednak, że nos detektywa podpowiedział mu, że bardzo potrzeba mu także kogoś kto społeczność zna od środka i sprawi, że nie zostaną przed nim zamknięte wszystkie drzwi. Zresztą, jak mu się przyjrzeć, to on jest ostatnią osobą, która doniosłaby na kogokolwiek do wewnętrznych. A patrząc od tej strony, to właściwie gdzie oni mają jakiegoś szefa. On chory, mało nie umarł na służbie, ona znowu płacze nad każdym dowodem i emocjonalnie ledwo dźwiga śledztwo 😛 No ale ogląda się to przepysznie 😛

      Polubienie

    • Hołka 24 sierpnia 2020 / 23:22

      „gdzie oni mają jakiegoś szefa. On chory, mało nie umarł na służbie, ona znowu płacze nad każdym dowodem”
      LOL, nie mogłam przestać się śmiać, gdy przeczytałam, co napisałaś o Miller. 😀 A jeśli chodzi o szefowe policji w Broadchurch, to też się nad tym zastanawiałam. Doszłam jednak do wniosku, że skoro Ellie i Alec niemal każdego dnia, w godzinach pracy włóczyli się po mieście, to może ich szefowe robiły podobnie? 😉

      Wróćmy jednak do „Line of duty”. Bo tak się składa, że skończyłam oglądać pierwszy sezon i WOW – miałaś rację, to jest fantastyczna produkcja!
      Poza wszystkimi, wspomnianymi przez ciebie zaletami tego serialu, mnie póki co najbardziej uderzyło w nim to, jak duży dysonans poznawczy wywołuje. Bo kibicowałam jednocześnie głównym bohaterom, jak i Tony’emu Gatesowi. Ale zarazem każdej z tych osób nie byłam w stanie całkowicie polubić, bo widziałam, że nie zawsze są one po „jasnej stronie mocy”.

      Najbardziej mieszane uczucia wywołuje u mnie pod tym względem postać Kate, bo z jednej strony wiem, że jej działania pod przykrywką wymagają pewnych zachowań, ale jednocześnie – nie podobało mi się to, jak manipulowała ona innymi i jak wykorzystywała ich zaufanie. Nawet, jeśli robiła to w słusznej sprawie.

      Na podobnej zasadzie, dwuznaczne uczucia mam co do samego AC-12. Tzn. wiem, że działają oni w słusznej sprawie, ale jednocześnie to wyglądało trochę, jak w tym medycznym żarcie – „pokażcie lekarzowi pacjenta, a ten znajdzie mu jakąś chorobę”. I tu, analogicznie – podejrzewam, że każdy policjant ma na swoim sumieniu jakieś przewinienie. Pytanie więc, gdzie powinna leżeć granica pomiędzy tym, co jeszcze jest akceptowalne, a co już nie. I pytanie dodatkowe: na ile przewinienia wynikają z zepsucia samego policjanta, a na ile z tego, że takie zachowania wymusza na nim źle zaprojektowany system (wracając do Gatesa i do tego, że na początku AC-12 zarzuciło mu „laddering” – moim zdaniem to przewinienie nie wynikało z tego, że Gates kombinował dla własnych korzyści, tylko z tego, że szef na nim wymuszał, by miał dobre statystyki).

      Natomiast poza wspomnianym dysonansem poznawczym, bardzo podobała mi się zaprezentowana historia. I to, że coś, co zaczęło się, jak typowa dla procedurali sprawa, z czasem przerodziło się w bardziej skomplikowaną aferę. Bardzo podobała mi się też forma, w jakiej sezon został zakończony – tzn. to, że pokazano krótkie, kilku-zdaniowe notki mówiące o tym, co stało się z poszczególnymi bohaterami. Bo to przywodziło na myśl zakończenia produkcji, które bazują na prawdziwych historiach.

      OK, póki co nie mam nic więcej do napisania, ale jak obejrzę pozostałe odcinki, to na pewno jeszcze się tu odezwę! 🙂

      Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 28 sierpnia 2020 / 21:19

      Ogromnie się cieszę, ze Ci się spodobało i to zwłaszcza pierwszy sezon 🙂 Mówi się, że on jest najsłabszy, ale niekoniecznie tak jest. Mój ulubiony to sezon trzeci, zobaczymy jak będzie u Ciebie 😉 Masz absolutną rację z tym dysonansem poznawczym, to jest tu chyba najlepsze. W sumie nasze główne trio jest tak skonstruowane, że oni niby są po jasnej stronie mocy, ale czy ja wiem? Najbardziej lubię z nich Steve’a, lubię jego wściekłość i brak pokory i to wyczulenie na niesprawiedliwość, podziwiam, ze się postawił, a miał wszystko do stracenia. Masz rację, że Kate jest po prostu przerażającą mistrzynią manipulacji, ja tam się cały czas zastanawiam czy ona nie inwigiluje czasem samego AC – 12 😛 Jeśli idzie o Gatesa, to ja Ci powiem, że mam z tym człowiekiem ogromny problem.Przyznam, że ja go nie bardzo polubiłam, wkurzał mnie ten jego romans, mataczenie w sprawie kochanki, i takie trochę wywyższanie się jednak. To on w końcu jest autorem jednego z najlepszych cytatów z serialu: „Jeśli strzelasz do króla synu, upewnij się, ze go zabijesz” (powiedział to do Arnotta po przesłuchaniu). Z drugiej strony, jak się go widzi z tymi córkami i wie się na co wydał kasę od kochanki, to człowiekowi serce topnieje. Tylko wiesz, ja już jestem mocno zaprzyjaźniona z trójką głównych bohaterów i mój sąd też nie jest obiektywny. Jeśli zaś idzie o laddering, to prawda, że często to niby przestępstwo jest wymuszane przez sam system. Problem jednak w tym, że jeśli funkcjonariusz się wykazuje, to może liczyć na awanse i nagrody, co daje lepsze pieniądze. Zatem ostatecznie nie pcha go do tego typu działań szef, ale bardziej jednak jakaś chęć zysku i prestiżu. Stąd właśnie bije po oczach sprawa tego nieszczęsnego staruszka. Za złapanie złodzieja, który ukradł mało warty telewizor nie będzie nagrody, prawda? Z tym, że w przypadku Gates’a to mi się akurat od początku wydawało, że laddering jest tylko pretekstem, żeby mu się lepiej przyjrzeć.
      Jako ciekawostkę powiem Ci, że w ogóle fabuła jest do tego stopnia ambiwalentna, że nawet aktorzy mają z tym problem. Odtwórca roli Hastingsa, Adrien Dunbar, powiedział w jednym z wywiadów, że gdy dostają nowy scenariusz, to po pierwsze sprawdzają czy wciąż żyją, a po drugie czy tym razem to nie oni są po gorszej stronie barykady 😉
      No i na koniec, jak dla mnie szokujące są sceny związane z mieszkaniem tego upośledzonego mężczyzny, w którym drobne rzezimieszki robią sobie melinę. Ukryto tam w lodówce ciało kochanki Gates’a i ten biedny człowiek wezwał policję. Jak dla mnie po prostu szokujące jest to, że gdyby nie totalne wypalenie zawodowe policjantki, która od początku traktuje sprawę zdawkowo, jak wymysł upośledzonego faceta, powodowane przez wadliwy system, wiele spraw w pierwszej serii rozwiązałoby się natychmiast. Nawet entuzjazm „świeżynki” czyli młodego policjanta nic tu nie wskórał. Takie właśnie sceny miałam na myśli pisząc, że o wiele bardziej od wielkiej afery, szokuje mnie jak ten system nie broni ani funkcjonariuszy, ani ofiar, tylko dosłownie każdego jest w stanie przemielić.
      Ach, i jeszcze, tak, masz rację , zakończenie pokazujące w jaki sposób została zamknięta dana sprawa jest naprawdę świetnym pomysłem.

      Ps. Czekam na następne wrażenia 🙂

      Polubienie

    • Hołka 10 września 2020 / 11:14

      „jak dla mnie szokujące są sceny związane z mieszkaniem tego upośledzonego mężczyzny, w którym drobne rzezimieszki robią sobie melinę”
      Zgadzam się.
      W ogóle, jednym z najbardziej frustrujących (ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu) elementów „Line of duty” jest to, że my, widzowie wiemy więcej, niż serialowi stróże prawa. Ale inaczej, niż w pozostałych proceduralach – tutaj prawda często pozostaje nieodkryta i my jesteśmy jedynymi „świadkami” pewnych nieszczęść lub tragedii.

      Obejrzałam drugi i trzeci sezon i znów powiem ci, że WOW!

      Zacznę od tego, że bardzo podoba mi się to, że podobnie, jak w „Broadchurch”, każdy sezon „Line of duty” stanowi zamkniętą historię, bez cliffhangera, ale jednocześnie – pojawiają się w nim nawiązania do poprzednich serii.

      Lindsay Denton jest kolejną postacią, która wzbudzała we mnie skrajne, niemożliwe do pogodzenia emocje. Jej spryt i intelekt irytował mnie, a momentami nawet przerażał, ale jednocześnie – wzbudzał podziw. Ze względu na zdystansowanie, czy wręcz oziębłość – ciężko mi było Lindsay polubić, ale nieustannie jej współczułam i znów – podziwiałam za zdeterminowanie oraz za to, że do końca pozostała policjantką (choć jednocześnie – gdyby kobieta nie uparła się, że chce rozwiązać sprawę sama, bez pomocy Steve’a, to może nie skończyłaby tak marnie?).

      Równie duży dysonans wzbudzał we mnie Dot. Wkurzało mnie to, jak facet ukrywał dowody i mieszał w sprawach, ale jednocześnie – dawno nie widziałam tak zmyślnie napisanego „złoczyńcy” (piszę w cudzysłowie, bo Dot nie był przecież typowym, czarnym charakterem). I ponownie – niby wiem, że facet postępował źle, ale jednocześnie – przez to, że znałam (przynajmniej częściowo) jego motywację – nie potrafiłam mu nie współczuć.

      Napiszę jeszcze, że widziałam wcześniej (czyli wtedy, kiedy się pojawił) „Bodyguarda”. I choć tamten serial oglądało mi się dobrze, to jednocześnie pod koniec wydał mi się on za bardzo przekombinowany, a samo zakończenie – mało satysfakcjonujące. Tymczasem podczas oglądania „Line of duty”, ani przez moment nie odniosłam podobnego wrażenia. Wręcz przeciwnie, podoba mi się to, że sprawy, które w pierwszym odcinku wydają się dość proste – wraz z kolejnymi epizodami, coraz bardziej się komplikują.

      Jak na razie tylko jedna rzecz wydała mi się trochę przekombinowana. Przy czym zdaję sobie sprawę, że może to wynikać z pewnych różnic kulturowych. Chodzi o tą aferę z trzeciego sezonu, że Hastings przywitał się z innym policjantem w masoński sposób (swoją drogą – nie rozumiem, czym masoński uścisk dłoni różni się do zwykłego). I o to, że jak później Kate poszła do szefowej innego AC, prosić ją o pozwolenie na wszczęcie dochodzenia w sprawie AC-12, to szefowa tego drugiego AC od razu wywnioskowała, że Kate przyszła do niej, bo kobieta nie może być masonem. Tak, jak napisałam wyżej – wiem, że pewnie w grę wchodzi tu różnica kulturowa, bo może na zachodzie masoni naprawdę odgrywają jakąś istotną rolę, ale mi zawsze wydawało się, że to teoria spiskowa, która jest równie prawdopodobna jak to, że światem rządzą Reptilianie.

      I na koniec – finałowy odcinek trzeciej serii naprawdę wgniótł mnie w fotel i wywołał opad szczęki. WOW, WOW i jeszcze raz – WOW! To się przecież oglądało lepiej, niż niejeden film sensacyjny!!! 😀

      Aha, jeszcze jedno – o ile w pierwszym sezonie nie do końca lubiłam trójkę głównych bohaterów, tak po trzech sezonach – jestem już całym sercem z nimi. Ale jednocześnie – znów! – dostrzegam wady każdego z tych bohaterów i są momenty, w których wątpię w ich dobre intencje (najwięcej takich wątpliwości mam w kwestii Hastingsa). Podobnie jak ty lubię Steve’a, jednak bardziej kibicuję Kate. Ale to chyba przez to, że w popkulturze niewiele jest fajnie napisanych kobiecych postaci, więc jak już się jakaś trafi – to zawsze zdobywa ona moje serducho.

      PS. Nie widziałam jeszcze odcinków, w których pojawił się tajemniczy pan H. Wierzę jednak w istnienie „BBC+ Universe”, czyli tego, że wszystkie seriale tworzone przez BBC oraz inne, brytyjskie telewizje, są ze sobą w jakiś sposób połączone. I w związku z tym obstawiam, że H. to Mycroft Holmes z „Sherlocka”. 😉

      Polubione przez 1 osoba

    • Hołka 10 września 2020 / 21:00

      Pod koniec poprzedniego komentarza zapomniałam napisać o jeszcze jednej rzeczy. Czy ty też podczas oglądania „Line of duty” grasz w grę „Ilu aktorów z „Broadchurch” lub innego serialu z Tennantem uda ci się rozpoznać”? 😉

      Polubienie

    • Marlena 11 września 2020 / 21:35

      Bardzo się cieszę, że polubiłaś naszą trójkę 🙂 Masz rację, że postać Kate jest naprawdę rewelacyjnie napisana, ja się jej jednak trochę boję 😛 To w ogóle niesamowite ile ona ma umiejętności i kompetencji, gdy tak raz za razem jest wrzucana w te nowe wydziały i przerażająco wchodzi w te tryby, jak kameleon. Tylko Linsday nie dął się podejść pewnie trafił sój na swego 😛 A Wiesz co jeszcze mnie w nich urzeka? Tam nie ma żadnego romansu, żadnego seksualnego napięcia, pomiędzy tymi bohaterami. Ted jest trochę starej daty i ma trochę uprzedzeń względem kobiet, ale ostatecznie potrafi się zachować odpowiednio. Steve jest nieco kochliwy, albo nieco bardziej niż nieco 😛 Mimo to darzą się prawdziwą przyjaźnią, są sobie bliscy, ale nawet przez chwilę nie czuję sugestii, że może z nich być para. Drugą świetnie napisaną kobietą jest Linsday. Ja jej okropnie nie lubiłam niemal do końca. Nawet gdy poznałam jej intencje, nawet gdy się wydało co nie co w sądzie, nie znosiłam tego jak traktuje ludzi. Scena, w której zmusza naszych bohaterów do przeprosin, choć świetnie wie, że jest winna, mnie po prostu zmroziła. Jednak ta cała niechęć wyparowuje powoli już po jej wyjściu z więzienia. Scena, w której umiera to faktycznie jedna z najlepszych rzeczy jaką widziała w serialach i bardzo odwróciła moje spojrzenie na Linsday. Podobnie było z Dotem. Złościło mnie, że taki fajny gość jest jednocześnie takim oślizłym typkiem. Znowu scena, gdy umiera zupełnie wywraca do góry nogami moje spojrzenie na niego. Choć mówiąc szczerze on właśnie idealnie pokazuje, że niestety człowiek nie da rady się wyplątać z systemu, nawet gdyby chciał. Mnie się wydaje, ze Dot widział swoją szansę, polubił Kate, ale nie mógł się wyplątać z siatki, w której tkwił, dlatego dla mnie jest postacią przede wszystkim tragiczną jednak. Zresztą w tych dwóch sezonach jest wiele niesamowitych scen, choćby wspomniany przez Ciebie finał trzeciego sezonu, albo przesłuchanie Hiltona w drugim sezonie, po prostu ogląda się prawie na bezdechu.

      Co do sprawy masońskiej to masz rację. Być może to trochę takie mrugnięcie okiem do bardziej zorientowanych widzów, ale moim zdaniem sprawa jest sztucznie nadmuchana. Przez takie właśnie dziwne gesty, niektórzy uważają, że to Hastings jest tajemniczym panem H, ale mnie się wydaje, ze skoro nam się podrzuca tak wiele tropów w tym kierunku, o czym jeszcze się będziesz miała nie raz okazję przekonać, to trochę by to było za proste. Mimo wszytko on ma w sobie coś takiego, z emu się naprawdę wierzy, ale też jakby się czuje, ze coś ukrywa.
      No i na koniec, troszkę już wiesz o „H”, bo tą wiedzę sprzedał Kate umierający Dot. Trochę tych nazwisk i imion na „H” hula po serialu, ale Twoja teoria podoba mi się najbardziej. Powiedziałabym coś jeszcze, ale nie chcę Ci zepsuć niespodzianki, bo ostatni element niespodzianki dostajemy dopiero pod koniec ostatniego sezonu 😛

      A w ogóle to wiesz, ze „Line of duty” można oglądać w polskiej telewizji? Wczoraj wpadłam na odcinek z drugiego sezonu na Tele5 😉 Z tym, ze przewaga Netflixa polega na tym, ze możemy poznać historię od początku, co jak wiesz ma znaczenie. I jeszcze, aktorzy niedawno weszli na plan w celu nagrania scen do szóstego sezonu, hura 🙂

      No i na koniec, hihih świetna uwaga z tymi aktorami. Jak się ogląda trochę brytyjskich seriali to ma się wrażenie, ze BBC dysponuje dziesięcioma aktorami na krzyż, bo wciąż widać te same twarze, można prawie, ze grać w bingo 😛 Najgorzej jak się nie umiesz odczepić od wizji, którą aktor zbudował w innej produkcji i ciągle ci coś nie pasuje 😀

      Polubienie

    • Hołka 14 września 2020 / 13:49

      W czwartym sezonie „AC-12 uczy specjalistycznego języka angielskiego” zostało nam przedstawione słówko „balaclava”. 😀

      „To w ogóle niesamowite ile ona ma umiejętności i kompetencji, gdy tak raz za razem jest wrzucana w te nowe wydziały i przerażająco wchodzi w te tryby, jak kameleon.”
      Swoją drogą, wcześniej rozmawiałyśmy o tym, że AC-12 działa jednak w trochę większym mieście, niż Broadchurch. Ale świat jest mały i trochę dziwiło mnie, że Kate ani razu nie spotkała kogoś znajomego. Fajnie więc, że w 4 sezonie ta kwestia też została poruszona. 🙂

      „A Wiesz co jeszcze mnie w nich urzeka? Tam nie ma żadnego romansu, żadnego seksualnego napięcia, pomiędzy tymi bohaterami. […] Steve jest nieco kochliwy, albo nieco bardziej niż nieco 😛 Mimo to darzą się prawdziwą przyjaźnią, są sobie bliscy, ale nawet przez chwilę nie czuję sugestii, że może z nich być para.”
      Zgadzam się, mi też to się bardzo podoba! Napiszę nawet więcej, urzekło mnie to, że Kate i Steve nie tyle się przyjaźnią, co darzą taką siostrzano-braterską miłością.
      A skoro już poruszyłaś ten temat, to w trzecim sezonie zastanawiało mnie, na ile Kate naprawdę była zła na Steva, a na ile tylko udawała, żeby zakumplować się z Dotem. Wiem, że z nią to nigdy do końca nie wiadomo, ale ciekawi mnie, co ty o tym myślisz. 😉

      O Linsday i Docie myślę dokładnie to samo, co ty. Dot z resztą wydawał mi się bardzo podobny do jednego z bohaterów filmu „Infiltracja” – potrafię sobie wyobrazić, że on też miał jakiegoś dobrego wujka-gangstera, który najpierw pomógł mu zdobyć wykształcenie oraz pracę, a potem zaczął wymagać, by Dot spłacił swój dług.

      A wracając do 4 sezonu – mam co do niego trochę mieszane uczucia.

      Fajnie, że w serialu pojawiła się Thandie Newton. Odkryłam tą aktorkę w „Westworld” i ucieszyłam się, że mogę ją zobaczyć w innej roli.
      Podobało mi się też to, w jak niesztampowy sposób grana przez Newton postać podchodziła do pracy biegłych. Chodzi mi o to, że inne procedurale przyzwyczaiły mnie do tego, że biegli są najlepszymi przyjaciółmi policjantów, magikami, dzięki którym stróże prawa mogą podjąć trop, który pomaga im odnaleźć przestępcę. Kiedy więc w „Line od duty” Roz traktowała biegłego jak – za przeproszeniem – wrzód na tyłku, który znajduje dowody, które nie pasują do jej teorii na temat tego, kto jest złoczyńcą – było to zarazem bardzo nowatorskie i boleśnie prawdziwe.

      Jednak sama zagadka kryminalna z tego sezonu wydawała mi się nieco grubymi nićmi szyta. Po co Tim Ifield przebierał się za porywacza? Czy robił to po to, by dodatkowo udowodnić, że Michael Farmer jest niewinny? Czemu Lakewell w kominiarce zaatakował Steve’a (swoją drogą, ja na miejscu Steve’a po tym wszystkim, co on przeszedł, już dawno nabawiłabym się takiej traumy, że nigdzie nie chodziłabym sama, bez wsparcia choć jednego, uzbrojonego po zęby policjanta)? Przecież to w żaden sposób nie sprawiło, że Nick stał się mniej podejrzany. I czemu osoby, które zamordowały jedną z kobiet, potem zostawiły jej zwłoki owinięte w gazetę pokazującą, że pozbyli się ciała po tym, jak Farmer trafił do więzienia, a Ifield został zabity? W końcu, skoro ci ludzie są takimi geniuszami zbrodni, to raczej nie owinęli zwłok w gazetę przypadkiem – zwłaszcza, że wcześniej znalezione elementy ciała tej zamordowanej kobiety, nie były opakowane w gazetę.
      Przy czym, choć te luki fabularne mi się nie podobały, to jednocześnie liczę na to, że zostaną one w jakiś sensowny sposób wyjaśnione w następnych sezonach.

      No cóż, z listy podejrzanych osób na literkę H. możemy wyeliminować Hiltona (swoją drogą: ja nigdy go nie podejrzewałam, bo facet wydawał mi się za mało asertywny na to, by być szefem super złowieszczej organizacji). I odkładając na bok teorię, którą napisałam ci ostatnio, w obecnej chwili najbardziej podejrzewam Hargreavesa. Z dwóch powodów – po pierwsze facet wydaje się mega nieprzyjemny. A po drugie Lakewell podczas przesłuchania powiedział, że jeśli ktoś nie chce współpracować, to potem gdzieś znajduje się trup, z DNA tej osoby. A Hargreaves pracuje w wydziale zabójstw, więc może to on podkłada to DNA i wie, gdzie szukać tych trupów. 😀

      Jeszcze tak na marginesie, zauważyłam jedną, śmieszną zależność. W nieparzystych sezonach Kate ma krótkie włosy, a w parzystych – długie. Nie mam zielonego pojęcia, jaki to może mieć związek z fabułą i tajemniczym panem H., ale moim zdaniem stoi za tym jakiś wielki spisek! 😀

      Polubienie

    • Marlena 22 września 2020 / 21:55

      „A skoro już poruszyłaś ten temat, to w trzecim sezonie zastanawiało mnie, na ile Kate naprawdę była zła na Steva, a na ile tylko udawała, żeby zakumplować się z Dotem. Wiem, że z nią to nigdy do końca nie wiadomo, ale ciekawi mnie, co ty o tym myślisz.”
      Ja to widzę tak. Kate i Steve mają dość skomplikowaną relację. Steve, który jest dość prostolinijny i woli walnąć pięścią w stół niż się czaić, nie może znieść metod pracy Kate. Z kolei Kate zdaje sobie sprawę, że jako kobieta, mimo swych umiejętności, jest w oczach Teda zdecydowanie mniej wartościowa niż Steve. Mimo to nawiązują fantastyczną relację. Osobiście uważam, że w całej tej sprawie z Dotem, Kate początkowo jest na Steve’a wściekła, nie pierwszy raz wsadza ją na minę. Jednak jej niezawodna intuicja faktycznie karze jej podejrzewać Dota. Daje mu np. sprzeczne sygnały, pozwala mu dojść do punktu, w którym Dot myśli, ze będzie coś więcej, no i ostatecznie potajemnie prosi innego niż Ted oficera o zatwierdzenia inwigilacji. Naprawdę ja bym się bała koleżanki, która umie aż tak udawać 😛

      Jeśli idzie o Roz to uważam, że jej postać jest rzeczywiście świetnie zagrana. Niestety, nie polubiłam jej nawet przez moment. Sama jej wiecznie zrezygnowana mina nie nastraja mnie dobrze i fakt, ze miałam nieustanne wrażenie, że czuje się lepsza niż inni. Jednak jej postać pięknie pokazuje jak system policyjny mieli ludzi. Roz musi dać z siebie więcej niż jakikolwiek mężczyzna, a i tak na tapecie wciąż ma fakt, ze śmiała urodzić i wychowywać dzieci. W desperackiej próbie obrony swojej pozycji popełnia jeden błąd, obarcza winą Farmera. Ma wątpliwości, jednak sygnały jakie wysyła Hilton skłaniają ją do takiej postawy. Fascynujące jest jednak jak daleko jest się w stanie posunąć by ten błąd zatuszować. Tu nie tylko chodzi o mieszanie w dowodach, ona realnie pozbawia kogoś życia, sugeruje szefowi możliwość romansu, wrabia męża, o rany, czegóż to ona nie robi, nie mogąc się wycofać z okupowanej pozycji. To straszne jak bardzo system ją wypaczył albo jak wzmocnił pewien rodzaj buty i narcyzmu jaki w sobie miała. Nie na darmo się podkreśla, ze była najlepsza w akademii policyjnej. Bardzo ciekawa jest też jej relacja z biegłym, od początku daje mu odczuć, ze to ona tu rządzi, to ona jest najważniejsza, gdy w innych produkcjach buduje się obraz według którego nie opłaca się zadzierać z ekipą biegłych.

      W ogóle patrząc na to co się wyprawia z Farmerem to się włos jeży na głowie i to w imię tego, żeby zamknąć usta pismakom i żeby szef szefów mógł spać spokojnie, bo nikt go nie oskarży o niekompetencję.

      Jeśli idzie o Twoje wątpliwości. Myślę, że Tim Ifield ubrał się tak ponieważ zamierzał upozorować śmierć Roz na jedną z ofiar „balaclava men”. Chciał ją poćwiartować i wyrzucić, no i potrzeba mu żeby się gdzieś pan kominiarka pojawił. Jeśli idzie o Lakewell’a to nie do końca sama jestem w stanie udzielić odpowiedzi. Zdecydowanie ma on powiązania z mężczyznami w kominiarkach, ale ten związek nie jest dla mnie jasny. Jednak proponuje się mu immunitet, co pozwala podejrzewać, że jest właśnie w siatce działającej w systemie sprawiedliwości od środka. Atak na Arnott’a miał zapewne na celu odstraszenie AC-12 od grzebania w sprawie Roz, gdyż zarówno ona jak i jej mąż sami się podłożyli i byli idealnymi kozłami ofiarnymi. Jeśli idzie o ostatnie pytanie, to tak naprawdę nie mam zielonego pojęcia. Jedyne co mi przychodzi do głowy, to chęć zaszkodzenia Roz, która nieźle namotała w śledztwie i uniewinnienie Farmera mogłoby skazać nie tylko ją na degradację, ale i może zniweczyć całe śledztwo, co mogłoby pozwolić sprawcom działać dalej, ale to tylko takie moje dywagacje.

      Jeśli idzie o pana „H”. Hmmm… mnie się właśnie Hargraves wydaje za bardzo podejrzany żeby to mgło być takie proste ;P Obstawiam, że „H” jest w jakiś sposób zamieszany w pracy AC-12 i, albo będzie nam znany od początku, albo wyskoczy jak królik z kapelusza. Wiele wskazuje, że może nim być „Hastings, like the battle”, tym bardziej, ze z jego nazwisko uczyniono taki właśnie żarcik, ale bym się chyba zapłakała. Przychodzi mi jeszcze na myśl, że to może fałszywy trop i „H” wcale nie ma nazwiska na taką literę, ale może ksywkę albo imię, albo cała organizacja się tak nazywa. No bo jaki geniusz zbrodni serio podałby ludziom pierwszą literę nazwiska? Nie mówiąc o tym, że twórcy nas wyraźnie trolują i co chwila mamy kogoś z nazwiskiem na „H”. Istnieje jeszcze jedna teoria, ale ani pary z ust wróć po piątym sezonie to ją omówimy 😛

      Ps. Uwielbiam twoją uwagę o włosach Kate, masz świetne oko.

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s