Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia czyli dwa razy kocham talk show.

Przykładowe studio typowego talk show, trzy symboliczne postacie siedzące na przeciw biurka, za którym zasiada gospodarz programu

Czy wiecie, Kochani Czytelnicy, że od emisji pierwszego programu typu talk – show minęło już prawie siedemdziesiąt lat? Gdy się tak na tym zastanowić to jednak trochę zaskakujące, że tyle lat później, gdy kilkoma kliknięciami dość łatwo zdobyć najpikantniejsze informacje na temat gwiazd show biznesu, ten typ programu trzyma się naprawdę dobrze, nieodmiennie wabiąc widzów specyficzną formułą, zawieszoną na cienkiej granicy pomiędzy rzeczywistością a kreacją, tudzież swoim płynnym scenariuszem, w którym nic nigdy nie jest do końca pewne. Z jednej strony bowiem, twórcy tego typu programów dość mocno trzymają się wybranej formy, układając je według charakterystycznych punktów, z drugiej jednak tak naprawdę nigdy nie da się do końca przewidzieć, w którą stronę podryfuje rozmowa albo jak absurdalna okaże się niejedna sytuacja.  Co zaś dla mnie szczególnie ciekawe, w czasie mojej wieloletniej przygody z tego typu programami, spotkałam się ze zdecydowanie śladową ilością legendarnego blichtru i gwiazdorzenia ze strony zaproszonych gości, w zamian otrzymując „spotkania” z wieloma niezwykle sympatycznymi i interesującymi osobowościami, których opowieści pełne są nie tylko niezwykłych doświadczeń i zabawnych anegdot, ale także niesamowitego dystansu do własnej osoby.

Musicie bowiem wiedzieć, że od kiedy tylko pamiętam byłam nieco specyficznym odbiorcą kultury. Zazwyczaj  z chwilą przewrócenia ostatniej kartki czy też pojawienia się sunących  mozolnie w górę napisów końcowych, rzadko odczuwałam zadowolenie czy ulgę, najczęściej zaś … jakiś nieokreślony rodzaj pustki. Nieustannie więc, w czasie obcowania z tak kochanymi przeze mnie wytworami (pop)kultury, uderza we mnie sprzeczność, w myśl której bardzo pragnę poznać zakończenie historii i jednocześnie najbardziej na świecie nie chcę, aby się skończyła. Wydaje mi się, że to właśnie uczucie w dużej mierze popchnęło mnie czerpania ogromnej przyjemności z opowieści o tym, jak powstają wszystkie te mniej i bardziej czarujące dzieła, co z kolei otworzyło przede mną świat wypełniony barwnym ptakami show biznesu i nauczyło czerpać niezmierzone wprost pokłady optymizmu i czystej rozrywki z ich wypowiedzi.  Stąd zaś już tylko krok do zostania nałogowym słuchaczem wywiadów i widzem talk show… Mówię Wam, nie podążajcie moim śladem 🙂 A tak serio, jakiś czas temu odkryłam, że choć jest ich naprawdę wiele, potrafię wskazać swoje ulubione talk show, a  także, iż o ich unikalnej atmosferze może w dużej mierze świadczyć … sposób w jaki gospodarz usadzi swoich gości 🙂  Sami zresztą poczytajcie 😀

Wszystkie szaleństwa Grahama

Istnieje takie miejsce we wszechświecie, Kochani Czytelnicy, w którym gwiazdy zarówno światowego, jak i lokalnego formatu, rozmawiają o swoich przygodach kąpielowych, puszczają bańki ze śliny, udają płaczące dzieci czy prezentują skomplikowane figury z użyciem nunczako w wieczorowej sukni, a wszystko to niemal bez zażenowania i z ogromną dozą humoru. Jeśli kiedykolwiek natknęliście się na klip, w którym gwiazdy prezentowałyby podobne talenty, bezkarnie klepiąc się po kolanach i ramionach, bądź spontanicznie przytulając czy chwytając się za ręce w studio telewizyjnym, z dużym prawdopodobieństwem znaczyłoby to, że właśnie obejrzeliście fragment niemal legendarnego brytyjskiego talk show, czyli „The Graham Norton Show”.

Graham Norton w studio, na tle logo swojego talk show
Prowadzony przez Grahama program słusznie nosi tytuł „The Graham Norton Show”, gdyż mimo przewijającej się przez niego plejady gwiazd, nieraz naprawdę znanych czy wręcz legendarnych, ogląda się go w tej samej, jeśli  nie większej mierze, dla jego zawsze radosnego i niewymuszenie błyskotliwego prowadzącego.
I tak, zgadza się, to jest jego show 😀
Foto: BBC Źródło zdjęcia:  Digital Spy

Właściwie na pierwszy rzut oka, nawet we wspomnianych krótkich klipach, można zauważyć, że „na kanapie u Grahama” panuje zupełnie unikatowa atmosfera, która  zdaje się  przyciągać rzesze fanów niczym magnes. Pamiętam, że w czasie mojego pierwszego prawdziwego spotkania z tym nietuzinkowym talk show, na które kilka lat temu zupełnie przypadkiem wybrałam jeden z wczesnych jego odcinków z Gordonem Ramsayem i Juliette Binoch w rolach gości, przez cały czas, pomiędzy jednym a drugim atakiem śmiechu, zastanawiałam się jak to możliwe, że tak wiele uszło temu sympatycznemu prowadzącemu w publicznej telewizji. Owa mieszanka niedowierzania i absolutnie fantastycznej zabawy towarzyszy mi zresztą do dziś, gdy kolejne odcinki  „The Graham Norton Show” są już poniekąd stałą częścią mojego tygodnia, co wydaje mi się naprawdę dużym osiągnięciem w świecie, w którym nader często wydaje się człowiekowi, że już chyba nic nie jest go w stanie zszokować.

Dwa zdjęcia Grahama Nortona z jego nagrodami - BAFTA oraz złotą NTA
To zaskakujące, że w kraju stereotypowo kojarzonym z hiper dbałością o kulturę wypowiedzi, program, który posiada naprawdę  niewiele hamulców, jest tak wysoce ceniony. Jego twórca nie tylko gromadzi przed telewizorem miliony telewidzów, ale także jest laureatem wielu nagród, w tym National Television Award, Critics Choice Television Award, British Comedy Award czy też, aż sześciokrotnie – nagrody BAFTA.
Foto: PA oraz Źródło zdjęcia: Dailymail oraz IrishNews

Wydaje się, że unikatowa wartość „The Graham Norton Show” wiąże się ze świeżością, z jaką traktuje on zgraną do cna formułę talk show. Nie ma wątpliwości, że każdy z jego odcinków jest bardzo dokładnie przygotowany i nasz czarujący prowadzący z góry dokładnie wie jakie tematy będzie poruszał ze swoimi gośćmi oraz, mówiąc oględnie, do czego ich tym razem namówi. Z drugiej jednak strony, bardzo wiele elementów programu wygląda na spontanicznie zaimprowizowane, w czym sporą zasługę ma zdecydowanie właśnie techniczna organizacja samego wywiadu. W przeciwieństwie bowiem do tradycyjnych talk show, wszyscy goście Grahama są do studia zapraszani nie kolejno, jeden po drugim, ale na ogół jednocześnie. Następnie rozsiadają się oni wygodnie, ramię w ramię, kostka w kostkę na uroczej, czerwonej kanapie, tuż naprzeciw gospodarza, który niczym nieco nadpobudliwe dziecko macha rękoma, głośno się śmieje i nieustannie kręci się w swoim obrotowym fotelu. Dzięki temu prostemu zabiegowi, nie otrzymujemy tradycyjnego wywiadu, okraszonego różnej jakości żartami, w którym prowadzący dość często przerywa swojemu gościom nawet w pół zdania, aby sprowadzić ich do właściwego wątku, lecz dokładnie to, po co tu przyszliśmy, czyli… rozmowę.

Graham Norton, uzbrojony w „ściągę” z eleganckim logo programu na froncie, podtyka gwiazdom interesujące tematy, a następnie dyskretnie usuwa się, pozwalając im wymieniać się doświadczeniami i opiniami, niejako moderując ich dialog, który zyskuje dzięki temu mnóstwo świeżych i spontanicznych reakcji, nie mówiąc już o informacjach, o które nikt chyba nie odważyłby się spytać wprost. Mistrzostwo prowadzącego polega przy tym na bardzo uważnym i, przede wszystkim, równym traktowaniu wszystkich zaproszonych gości. Zdaje się on mieć zawsze cały zapas anegdot i pytań, które wciąż wyciąga niczym karty z rękawa, sprytnie lawirując między swoimi gośćmi tak, że niezależnie od czy są legendarnymi artystami od dziesięcioleci brylującym na salonach Hollywood, czy też wschodzącymi gwiazdami z jednym hitem kinowym na koncie, zawsze mogą zabłysnąć zabawną anegdotą, niecodziennym sukcesem albo niespodziewanym talentem. Dzięki niezwykłej osobowości Grahama nikt nigdy nie zostaje w tyle i nawet najbardziej znane osobistości, które udzieliły już setek wywiadów, odkrywają przed nami zupełnie nowe oblicze oraz pokłady poczucia humoru, o które większości z na pewno nikt z nas nie podejrzewa.

Graham Norton Show drinks
„The Graham Norton Show” jest jednym z niewielu  programów, w którym w czasie nagrania serwuje się gwiazdom zamówione drinki i to w eleganckich kieliszkach, nie w firmowych kubeczkach. Jest to nieco kontrowersyjny wybór, przez który niektóre gwiazdy zdążyły już sobie napytać biedy, jednak zdecydowanie odnosi on zamierzony przez twórcę programu skutek. Moim zdaniem  bowiem nie chodzi tu wcale o „podchmielenie” gwiazd, żeby się przestały pilnować. Bardziej idzie tu o wprowadzenie szczególnej atmosfery towarzyskiego spotkania, w czasie którego ”gada się” o wszystkim i niczym oraz wraca się w doskonałym humorze. Hehe, każdy z nas ma znajomego, który zawsze pije w takich razach za dużo, a potem chichocze bez sensu, albo takiego, który zawsze pije colę albo wodę, „bo prowadzi”… Nie inaczej jest na kanapie u Grahama 😀
Foto: PA Źródło zdjęcia: Daily Mail

To, za co ja jednak kocham „The Graham Norton Show” najbardziej, a czego często próżno szukam w wielu podobnych programach, to fakt, że „wielcy” są tu rzeczywiście w sposób niezwykle elegancki i subtelny, bez ukrytego pod podszewką zdań szyderstwa, ściągani z piedestałów i pomników. Jasne, że mówi się o ich osiągnięciach, o zdobytych laurach i miłości fanów, o hitach ekranu i milionach sprzedanych płyt. Wiadomo, nie pojawiają się oni przecież w telewizji ku uciesze gawiedzi, ale w celu promocji swoich najnowszych dzieł. Tyle tylko, że u Grahama owa promocja odbywa się jakby mimochodem, sprytnie wpleciona w rozmowy na całkiem zwyczajne, nieraz wręcz intymne tematy. Czy przyszłoby Wam do głowy, żeby zapytać gwiazdę w czasie wywiadu o obrzezanie albo sposób odciągania mleka dla noworodka? Hmmm… Grahamowi właściwie nic co ludzkie obce nie jest, zwłaszcza jeśli dotyczy owianej tajemnicą prywatności gwiazd, rzadko jednak pyta on o cokolwiek wprost, za to tak umiejętnie prowadzi rozmowę, że one same czynią sobie podobne wyznania, w tak zresztą czarujący zresztą zwykle sposób, że trudno tu mówić o jakimkolwiek zażenowaniu. Przy czym zdecydowanie godne zauważenia jest, że przy ogólnym braku powagi i nastawieniu na wyciągnięcie od gwiazd pikantnych szczegółów ich egzystencji, Graham świetnie rozumie subtelną różnicę pomiędzy ośmieszaniem swoich gości, a śmianiem się razem z nimi.

Cuba Gooding Jr, Imelda Staunton and Will.i.am na czerwonej kanapie, w czasie rozmowy w show Graham Nortona
To niezwykle odświeżające doświadczenie dowiedzieć się, że gwiazdy miewają przyziemne radości i troski. Oto ktoś w czasie długaśnej ceremonii rozdania Oskarów w mało skuteczny sposób walczy ze snem, ktoś inny ma problem nakarmić dziecko w dziwacznej sukni od znanego projektanta, a ktoś inny jeszcze  do limuzyny przed wielką imprezą zabiera kanapki; ktoś ma problem z automatyczną skrzynią biegów, a ktoś z zapamiętaniem nazwiska granej postaci 🙂  A to wszystko bez sztucznego wstydu i prób „złapania” na błędach.
Foto: Matt Crossick PA Źródło zdjęcia: Irish Examiner

Bardzo interesujący wydaje się też tutaj fakt, że gwiazdy, które z szokowania publiczności uczyniły rdzeń swojej popularności i które może i nieco pozują, a może po prostu konsekwentnie wybierają, mówiąc oględnie niecodzienny styl bycia i wyglądu, tracą sporo blasku na słynnej czerwonej kanapie Grahama, na rzecz gości zdecydowanie bardziej stonowanych, którzy siedząc z grzecznie skrzyżowanymi nogami, potrafią sprawić, że po kolejnym wyznaniu zaniemówi nawet taka gaduła jak ja.

Nigella Lawson i Marylin Manson w czasie nagrania "The Graham Norton Show"
Zdawałoby się, że osoby takie jak Marylin Manson czy choćby Lady Gaga to wymarzony materiał na gości Grahama Nortona, niewyczerpana kopalni szokujących informacji, kontrowersyjnych opinii i żartów. Tymczasem w czasie wystąpień w „The Graham Norton Show” wypadli oni dość blado na tle, powiedzmy, nieco bardziej zwyczajnych rozmówców. Wydaje mi się, że może tak być dlatego, iż ich wypracowany do milimetrów wizerunek niekoniecznie potrafi wytrzymać starcie z pewnym rodzajem szczerości, której jednak wymaga od swoich gości Graham.

Fenomenu „The Graham Norton Show” warto także poszukać z drugiej strony sceny, wśród równiutko ustawionych rzędów krzeseł, szczelnie zapełnianych w czasie każdego nagrania programu. W przeciwieństwie bowiem do wielu programów typu talk show, gdzie publiczność stanowi bezwiedną,  anonimową masę, której zadaniem jest w odpowiednim momencie śmiać się, klaskać lub buczeć, zaś kilku jej reprezentantów z rzadka otrzymuje pozwolenie na wydanie okrzyku na widok uwielbianej gwiazdy, „u Grahama” zyskuje ona własną osobowość i, co więcej, prawo głosu. Podobnie jak swoich sławnych gości, potrafi on namówić jej reprezentantów do najbardziej intymnych wyznań i zupełnie niestandardowych zachowań.

Graham Norton audience
Zwłaszcza tutaj, w kontakcie z osobami nie przywykłymi do świateł jupiterów i wszechobecnych kamer, przydaje się bijące od Grahama ciepło, jego pełen zrozumienia dla ludzkich dziwactw wzrok i otaczające go poczucie pewności, że czegokolwiek byśmy nie powiedzieli, jesteśmy zawsze zabawni, nigdy zaś śmieszni.

Wspomniane interakcje Grahama z publicznością bywają bardzo różne, jednak ostatecznie można by je sprowadzić do dwóch powtarzalnych schematów. Pierwszy z nich to standard, wykorzystywany w wielu podobnych programach opierających się na reakcjach publiczności, czyli niespodziewany „atak” na jej reprezentanta. Wprawne oko gospodarza szybko wyławia osobę, która za chwilę dostarczy nam rozrywki, odpowiadając na przedziwne pytanie, bywa, że mało przyzwoite lub przynajmniej wieloznaczne. Słusznie zakłada nasz gospodarz, że jeśli z własnej woli zasiadłeś na przeciw słynnej czerwonej kanapy nie odmówisz mu drobnej przysługi, nawet jeśli będziesz musiał pochwalić się treścią swoich smsów czy też wystąpić w charakterze oczu publiczności i sprawdzić czy chwalący się intymnym tatuażem mężczyzna rzeczywiście go posiada 🙂

Z drugiej strony, kontakty Grahama z publicznością, bywają niejednokrotnie równie przemyślane i tak samo poprzedzone dobrym „reaserchem”, jak jego rozmowy z gwiazdami. Bardzo często osoby zaproszone do zajęcia tu miejsca na widowni, są poproszone o wypowiedź na określony temat lub wręcz dostarczenie czegoś do studia, w postaci chociażby zdjęcia z lat szkolnych czy starego pamiętnika. Zdarza się także, że Graham Norton zaprasza konkretne osoby, w szczególny sposób związane z zaproszonymi gwiazdami, dając im szansę zaprezentowania niezwykłych umiejętności czy niecodziennego hobby, jak chociazby w przypadku fanki Lady Gagi, która hobbystycznie wykonuje miniaturowe repliki jej strojów scenicznych. Wówczas to, gdy już sprytnie sprowadzi on rozmowę na odpowiedni temat, wywołuje nasz gospodarz ich nazwiska niczym magik wyciągający kolejne cuda ze zdartego kapelusza, powodując kaskadę emocji, od wzruszeń po salwy śmiechu. Przyznam, że sama uwielbiam momenty, w których Graham poszukuje konkretnych osób pośród swojej ogromnej jak na warunki studia telewizyjnego, widowni, gdyż nieodmiennie okazuje się wówczas, że tzw. zwyczajni ludzie także mogą być barwni, elokwentni i śmiali, mieć niecodzienne talenty i zupełnie zwariowane pomysły, w niczym nie ustępując gwiazdom zaludniającym legendarną czerwoną sofę.

maxresdefault
Niepowtarzalna więź, jaka zawiązuje się pomiędzy gospodarzem programu i jego publicznością, znalazła swój punkt kulminacyjny w autorskim pomyśle Graham Nortona, zwanym po prostu „red chair”. Zainspirowany monologami z fotela Ronniego Corbetta, zaprasza on reprezentantów publiczności do zajęcia miejsca w ogromnym, czerwonym fotelu oraz opowiadania zabawnych anegdot ze swojego życia; te zaś bywają często naprawdę „odjechane” (z braku lepszego określenia).  Jeśli historia nie spodoba się naszemu sympatycznemu gospodarzowi lub/i jego gościom, jednym pociągnięciem dźwigni wywrócą mu oni świat do góry nogami. Mówiąc szczerze, to niesamowite czegoż się można o ludziach dowiedzieć z tego punktu… siedzenia :p Dlatego też, ponieważ czasem moja biedna głowa nie daje rady zdzierżyć kolejnego „face palm”, zdarza mi się pomijać ten moment programu, który ostatecznie kocham i nienawidzę z równą siłą ( a mówili, że tak się nie da) 🙂

Na koniec, choć wierzcie mi, miałabym tu jeszcze sporo do dodania, warto wspomnieć, że istnieje pewna chlubna tradycja talk show, której Graham łamać nie zamierza, a którą jest zapraszanie do studia gościa muzycznego. Zazwyczaj, o ile nasz muzyk nie jest już regularnym gościem Grahama, bawiącym nas od początku programu,  tuż po występie mamy możliwość wysłuchania krótkiej z nim rozmowy, dzięki której dowiemy się kiedy pojawi się nowa płyta artysty lub gdzie zagra kolejny koncert. Jakkolwiek by to brzmiało, ale dla takiej mnie, która niemal nie słucha radia, a nowe piosenki do swojej playlisty dodaje nawet dwa lata po premierze, „The Graham Norton Show” niezmiennie dostarcza informacji o tym, co w światowej muzycznej trawie piszczy 🙂 Ostatnio to tutaj dowiedziałam się co porabiają członkowie One Direction, zakochałam się w muzyce First Aid Kit czy doznałam muzycznego objawienia słuchając Sigrid 🙂 Jednak wcale przy tym nie chodzi o to czy Graham Norton trafia w muzyczne gusta tego konkretnego widza (w mój zresztą na ogół jednak nie trafia :p), ale o tę dbałość aby zawędrować w różne muzyczne zakątki i właśnie dowiedzieć się, co w muzycznym świecie słychać, pamiętając oczywiście, że filtrujemy to wszystko przez spojrzenie statystycznego brytyjskiego widza 🙂

sigrid
Sigrid czyli The BBC Music Sound of 2018. 
Gdyby nie Graham Norton pewnie odkryłabym ją za kilka lat, najpewniej gdy jeden z jej utworów zawędrowałby do kolejnego z moich ulubionych seriali 🙂

 

Nieoczywiste rozmowy Skavlana

Czy możecie sobie wyobrazić, Kochani Czytelnicy, że po wszystkich szaleństwach Grahama i jego gości można pokochać miłością równie wielką talk show znacznie bardziej tradycyjny, w którym ludzie śmieją się nieco powściągliwej i nieco ostrożniej dobierają słowa? Tak, jest to możliwe i… nie, nie ma tu mowy o produkcji amerykańskiej 🙂 Oto bowiem, kilka miesięcy temu, zupełnie nieoczekiwanie, zapałałam miłością do cudownie stonowanego, a jednak prawdziwie optymistycznego talk show, którego połowy nie jestem w stanie zrozumieć bez sprytnego tłumacza internetowego, czyli autorskiego programu norweskiej gwiazdy telewizji, Frederika Skavlana.

SKAVLAN 2009
Czy oglądanie obszernych fragmentów norwesko – szwedzkiego talk show i  pobieżna znajomość biografii jego sympatycznego prowadzącego klasyfikuje mnie do grupy raczej wiernych fanów, czy już fanatyków tego typu programów? Nie, lepiej nie odpowiadajcie 🙂
Źródło zdjęcia: Imdb

Podobnie, jak w przypadku „The Graham Norton Show”, pierwszy wywiad pochodzący z tego norwesko-szwedzkiego talk show, zatytułowanego po prostu „Skavlan” obejrzałam zupełnie przypadkiem. Był to wywiad z Brianem Adamsem, który pojawił się w tym programie w związku z promocją nowej płyty i pamiętam, że uśmiechając się niczym nieco szalona do ekranu monitora, pomyślałam, że to był naprawdę dobry wywiad. Musicie bowiem wiedzieć, że pan Adams nie jest spolegliwym i grzecznym rozmówcą, potrafi zdecydowanie nie odpowiedzieć na pytanie, nawet jeśli prowadzący powtórzy je kilkakrotnie, ale dość bezceremonialnie uciąć dyskusję na jakiś temat. Pamiętam, że pomyślałam sobie wówczas, iż ten sympatyczny prowadzący musi wprost fenomenalnie „czuć swoich gości”, wiedzieć w którą należy uderzyć strunę, aby ich nie zrazić, ale zdecydowanie zachęcić do interesujących wyznań. I jeszcze, że to niezwykłe, iż mimo niezwykle spokojnego, wręcz wyciszonego tonu rozmowy, uśmiech w ogóle nie opuszcza mojej twarzy.

Nie sposób nie zauważyć, że organizując przestrzeń swojego talk show Skavlan podjął nieco inne decyzje niż Graham Norton i śmiem twierdzić, że ma to zdecydowanie wpływ na wydźwięk całości programu. Graham, jak już wcześniej zauważyłam, sadzając gości na swojej cudownej czerwonej kanapie, przed czymś w rodzaju kawowego stolika,  pozwalając im nieśpiesznie sączyć drinki i mówić niemal na raz, wprowadza atmosferę luzu, która co prawda sprzyja pojawieniu się ogromnej ilości anegdot, zabawnych scen i interakcji, a nawet swego rodzaju intymnym zwierzeniom, jednak zdecydowanie nie pozwala na podejmowanie prawdziwie kontrowersyjnych czy poważnych tematów. Nawet on bowiem wyznaczył sobie pewną granicę, w myśl której naprawdę istnieją rzeczy, z których nie wypada się śmiać, a zatem o nich u Grahama po prostu się nie rozmawia. Friderik  Skavlan natomiast, mimo pewnej dozy sympatycznego humoru, jaki zawsze wkrada się w jego rozmowy, stawia na budowanie atmosfery skupienia i swoistej intymności.

skavlan studio
Skavlan żartuje czasami, że niezależnie gdzie akurat nagrywany jest jego talk show, jego goście zawsze znajdują się na terytorium Skandynawii. Ów żart pięknie pokazuje, że wkraczając w niemal magiczny krąg przygotowany dla rozmówców programu, symbolicznie przenosimy się w zupełnie nowe miejsce, zarówno my -widzowie, jak i oni – gwiazdy.

W czasie każdego odcinka zaprasza zatem Skavlan  cztery, czasem pięć, znanych osobowości. Pojawienie się każdej z nich poprzedzone jest krótkim wideoklipem, najczęściej kładącym nacisk na ostatnie dokonania naszego gościa, choć nawiązującym także do jego/jej największych sukcesów,  oraz charakterystycznym zwrotem do publiczności: „Please, wlecome …. Mr X/Mrs Y”. Warto podkreślić, iż skłania się nasz gospodarz do znanego z niektórych talk show rozwiązania, w którym żaden z jego gości nie znika po zakończonej rozmowie, stając się automatycznie słuchaczem i komentatorem kolejnych wywiadów. Ostatecznie więc, w miarę jak wygodne skórzane krzesła kolejno się zapełniają, następuje często interesująca wymiana doświadczeń i poglądów, nawiązująca do poruszanych w rozmowach z gospodarzem tematów.

Nawet posiadający nikłe doświadczenie na tym polu widz dość szybko jednak dostrzeże, że mimo powtarzalności pewnych schematów gatunku, udaje się Frederikowi Skavalnowi stworzyć dość oryginalny talk show o niepowtarzalnej atmosferze. W przeciwieństwie do wielu współczesnych twórców tego typu programów, którzy często przypominają bardziej komików niż dziennikarzy, nastawionych na łamanie kolejnych tabu i szokowane swojej publiczności, wręcz karmiącymi się salwami śmiechu widzów, Skavlan, który swoją karierę zaczynał pracując jako dziennikarz prasowy, prezentuje właśnie typowo dziennikarską postawę. Jego śmiech jest powściągliwy, a wzrok ponaglający, całą swoją postawą wyraża on zainteresowanie wszystkim, co ma do powiedzenia jego gość. Jednocześnie absolutnie niesamowite jest dla mnie w tym wszystkim to, że z chwilą gdy każdy z gości nie tylko jest osobno zapraszany do studia, ale także otrzymuje własną osobistą przestrzeń, w postaci własnego, niedzielonego z nikim fotela, zmieniają się nagle zupełnie interakcje pomiędzy zaproszonymi gośćmi i możemy wręcz zostać zaskoczeni tym, jak bardzo mniej skłonni do żartów i wygłupów się oni stają, jak wiele refleksji nad choćby sposobem zwracania się do siebie nawzajem pojawia się w ich rozmowach i gestach, wreszcie jak bardzo wycisza się ich wzajemna relacja. Dodatkowo, prosty zabieg jakim jest charakterystyczne dla „Skavlana” ustawienie krzeseł w kręgu, w przedziwny sposób sprawia, iż niejako zmuszeni do spoglądania sobie w oczy uczestnicy rozmowy, nie tylko zdają się być sobie naprawdę równi, niezależnie od sławy i stażu pracy, ale i zdają się siebie słuchać znacznie uważniej czy przerywać sobie znacznie mniej.

Ostatecznie zatem to, co mnie osobiście urzekło w  rozmowach Skavlana, a co jego samego uczyniło niekwestionowaną gwiazdą skandynawskich talk show, rozpoznawaną również wielu innych krajach to fakt, że są one zdecydowanie bardziej „talk” niż „show”.

skavla guests 1
Zdarza się, że miedzy gośćmi Skavlana wywiązuje się dość niespodziewana poważna dyskusja, jak w przypadku Kena Folletta i Annie Lenox, konfrontujących swoje poglądy polityczne. Warte podkreślenia jest to, iż gospodarz programu nie przeszkadza podobnym wymianom zdań czy też wtrącanym przez swoich gości pytaniom i komentarzom. Jednocześnie zawsze łagodnie, acz stanowczo zawraca on rozmowę na „właściwe tory” tak, aby każdy z zaproszonych gości otrzymał odpowiednią dozę uwagi.

Specyficzny nastrój panujący w studio „u Skavlana”, który jednak nieco trudno opisać komuś kto nie słyszał ani jednej z jego rozmów, jest z pewnością związany również z tym jak różnorodni goście zasiadają na tych eleganckich skórzanych krzesłach. Po pierwsze można tu standardowo spotkać artystów filmowych, teatralnych, wokalistów i komików, czyli wszystkie osoby, które zawodowo „poruszają” publiczność, w ty gwiazdy lokalne, czasem zupełnie nieznane w poza granicami krajów skandynawskich. Nawet tutaj jednak nie istnieją oczywiste wybory… Oprócz osób, które są aktualnie „na fali” i „coś tam” promują, można tutaj posłuchać co mają do powiedzenie legendy takie, jak Paul Simon, John Cleese, Bruce Springsteen czy Joan Baez. Ponadto, w przeciwieństwie do większości programów tego typu, zaprasza on często osoby spoza świata anglojęzycznego, pokazując, że nie tylko komicy amerykańscy czy aktorzy brytyjscy mają coś interesującego do pokazania światu. Do tego wszystkiego, zdarza się prowadzić Skavlanowi rozmowy z „kolegami po fachu”, czyli gospodarzami innych talk show, jak Seth Meyers czy Alan Carr, w których zabawne jest z kolei obserwowanie niemalże tenisowej zagrywki na cięte riposty, dzięki tej ich charakterystycznej pewności siebie i zupełnym braku podatności na jakiekolwiek sztuczki prowadzącego 🙂

goście skavlana 4
Jan Bohmermann
Jeden z wyjątkowych wywiadów Skavlana, który mnie szczerze zaskoczył, nieco zatkał i w dziwny sposób dokumentnie rozbawił… No, troszkę czasu zbierałam szczękę z podłogi.  Tak to jest gdy człowiek sobie uświadomi, że hasło „kontrowersyjny niemiecki komik” to nie jest oksymoron :p

Oprócz wspomnianych powyżej gwiazd szeroko pojętej (pop)kultury, można „u Skavlana” spotkać także sportowców, polityków, działaczy społecznych, pisarzy czy naukowców oraz wiele innych interesujących postaci, dotykając od czasu do czasu nawet spraw, które wstrząsają opinią publiczną. To niesamowite jak różnorodne potrafi być to grono i jak wielu interesujących rzeczy człowiek może się przy okazji dowiedzieć! Ostatnio z wielką przyjemnością dowiedziałam się dlaczego Boris Becker nigdy nie chciał być legendą, jak można niecnie wykorzystać nasze „likes” z facebooka i … dlaczego się śmiejemy 🙂 Jednym z ogromnie interesujących dla mnie momentów był tutaj także wywiad z Philipem Zimbardo na temat tzw. „efektu Lucyfera”. Pamiętam, że jeden z moich uniwersyteckich profesorów był zafascynowany tą postacią i tym eksperymentem, a w efekcie dokładnie sprawdzał czy przeczytaliśmy bardzo grubą książkę pana Zimbardo. To doprawdy niezwykłe doświadczenie móc spojrzeć na jej autora jak na żywą postać, nie zaś ciąg liter, które wtłacza się mu do głowy niczym mantrę 😉

Profesor Michał Krasinksi w czasie wywiadu z Frederikiem Skavlanem, któremu z zainteresowaniem przysłuchuje się piłkarz Anders Christiansen.
Przychodzi człowiek do talk show po rozrywkę, a tutaj… rozmowy o problemach pierwszego świata, i to w jakim stylu! Profesor Michał Kosiński niezwykle interesująco opowiadał jakie znaczenie mogą mieć pozostawiane przez nas, zwłaszcza w mediach społecznościowych, cyfrowe ślady. 
Uwielbiam ten nieoczywisty dobór gości u Skavlana 🙂

W jednym z dość interesujących wywiadów  można przeczytać o Frederiku Skavlanie, iż ten niezwykły „samouk” jest w stanie w jedną minutę „usmażyć” lokalnego polityka, aby za chwilę czarująco nucić kołysanki z Adele. Rzeczywiście, można u niego odczuć różnicę w prowadzeniu rozmowy czy nawet podejmowanej tematyce, zależną od tego czym zajmują się jego goście. Z pewnością nieco więcej żartów i anegdot otrzymamy podczas rozmów z celebrytami i artystami, zaś rozmowy z naukowcami czy politykami bywają zazwyczaj znacznie bardziej poważne, skupione raczej na sprawach, którymi się oni zajmują niźli na nich samych, choć oczywiście zdarzają się wyjątki, zwłaszcza gdy artysta okazuje się jednocześnie działaczem społecznym czy politycznym lub… na odwrót.

W niektórych recenzjach talk show Skavlana można przeczytać także, że zbyt mocno skupia się on na prywatnym, wręcz codziennym życiu swoich gości. Jednak to, co dla wielu jest wadą… dla mnie jest zdecydowanie na plus, ponieważ ponownie wyróżnia to ów program na tle kolejnych podobnych do siebie produkcji. Mimo wieloletniej „praktyki” wciąż bowiem dziwnie się czuję, gdy po rozmowie z gwiazdą słyszę, „serial X, z gwiazdą Y dostępny na kanale Z, obejrzyj dzisiaj!”. Słuchajcie, ja świetnie wiem, że gwiazdy pojawiające się w tego typu programach promują siebie i swoje dzieła, jednak widzowie niekoniecznie potrzebują, aby im po pięciokroć powtarzać tytuł płyty, singla czy najnowszego filmu artysty… Czuję się chyba nieco wykorzystana, gdy ktoś tak dobitnie uświadamia mi, że „podejrzenie ich życia przez dziurkę od klucza, jakim jest talk show” to transakcja wiązana, za która możesz zapłacić kartą kredytową, np. w najbliższym kinie… Tymczasem „u Skavlana” promowane dzieło pojawia się najczęściej we wprowadzającym wideoklipie, zaś później, w ciągu całego wywiadu najczęściej ani razu nie pada jego nazwa o ile nie jest to niezbędne z punktu widzenia tematyki rozmowy. W zamian za to najprawdopodobniej dowiemy się co nasze gwiazdy jadają, w co bawią się z dziećmi i jak spędzają wolny czas, w jaki sposób wybierają stroje,  kto nie umie gotować, a kto prowadzić samochodu, itd., zaś w między czasie porozmawiamy trochę o polityce, religii i mediach społecznościowych, a czasem nawet o tym, jak to jest wystąpić na gali wręczenia Nagrody Nobla. Zabawne jest przy tym także to, iż posiada nasz prowadzący swoje ulubione tematy, które porusza z większością, jeśli nie wszystkimi zaproszonymi gośćmi, niemal zawsze. Należą do nich z całą pewnością ich perypetie rodzicielskie lub chęć posiadania potomstwa, co niejako zrozumiałe jest u ojca piątki dzieci, który uwielbia mówić o swoim potomstwie, a także ich własne wspomnienia z dzieciństwa. Bardzo często pyta on także o największa nieprawdziwą plotkę jaką nasze gwiazdy usłyszały na swój temat, na które to pytanie, moim skromnym zdaniem, najlepszej do tej pory odpowiedzi udzielił  Matt Le Blanc ( w ogóle, to jeśli show Skavlan wydałby się Wam zbyt poważny polecam krotki filmik z Mattem Le Blanc’iem właśnie. Sympatyczna odtrutka no zły humor murowana 🙂 )

Ogromnie zabawne jest w tym wszystkim także zderzenie różnych kultur, które głównie objawia się w podkreślaniu jak mało dramatyczne i niespieszne jest wszystko w krajach skandynawskich oraz … zupełnie innym postrzeganiu tabu niż to, do którego w telewizji przywykliśmy, oglądając głównie  amerykańskie czy brytyjskie, tudzież ewentualnie nasze rodzime produkcje tego typu. Frederik Skavlan żartuje bowiem często, ale w porównaniu ze znanymi mi talk show jest niezwykle pruderyjny. Niewiele usłyszycie tu żartów nawiązujących do seksu, nagości czy używek, goście przybywają ubrani skromnie i na ogół ze szczelnie zakrytymi „wdziękami”, a także często czują się zobowiązani przeprosić za użycie jakichkolwiek nieprzyzwoitych słów. Zupełnie nie ma za to nasz prowadzący problemu z zapytaniem o to gdzie dokładnie nasza gwiazda mieszka, jaki jest jej stan majątkowy czy  wiek, przy czym zdarza mu się niezbyt umiejętnie zaakcentować słowa „rich” and „old”, co czasami wygląda na wręcz celowe działanie…  🙂

Gście Skavlana 3
Frederik Skavlan potrafi naprawdę zaskoczyć pytaniem czy reakcją… W jakimiż innym talk show Nikolaj Costa-Waldau musiałby tłumaczyć się ze sceny miłosnej zagranej z partnerką zazdrosnego prowadzącego, który to dość dobitnie podkreśla swoje zranione uczucia…

Talk show „Skavlan” posiada także pewną dość niespotykaną cechę, od której właściwie powinnam zacząć, pisząc o jego fenomenie, gdyż to ona pozwala widzom spoza Norwegi czy Szwecji, na cieszenie się niespiesznymi, nieoczywistymi rozmowami Skavlana. Mianowicie… od samego początku jego istnienia, duża część programu jest prowadzona w języku angielskim. Wybór ten zdaje się być oczywisty, jeśli chcemy wyjść poza rozmowy z lokalnymi artystami i pragniemy zaoferować naszym widzom spotkania z gwiazdami światowego formatu, a jednak nie spotkałam się z nim dotąd nigdzie, nie licząc naturalnie dobrze nam znanych produkcji amerykańskich czy brytyjskich, gdzie to dobór innego języka byłby dopiero dziwny. Ten prosty zabieg wprowadził „Skavlan” do ligi światowej, ale przede wszystkim pozwolił na zaproszenie szeregu niezwykle interesujących osobowości ze świata kultury i nauki, z przeróżnych zakątków świata. Warto zauważyć, że początkowo gospodarz, zapraszając światowej klasy artystów i naukowców często korzystał po prostu z ich obecności w jednym z krajów Skandynawskich, jednak od kiedy część nagrań jego programu odbywa się w Londynie, a od czasu do czasu, nawet w Nowym Jorku, jego możliwości są zdecydowanie większe.

Przyglądając się tym wywiadom od razu zorientujemy się, że język angielski nie jest ojczystym językiem Frederika Skavlana. Zdarza się, że ma on problem z zadaniem pytania czy musi je przeformułować, aby uzyskać pożądaną odpowiedź. Oczywiście, zdarzają się także nieporozumienia, a w jego wypowiedź wkradają się językowe lapsusy, które biegli użytkownicy języka angielskiego obecni w studio natychmiast wyłapią, niejednokrotnie czyniąc z nich „żart odcinka”. Charakterystyczny sposób wypowiadania się w języku angielskim naszego gospodarza, nie pozbawiony przystanków i powtórzeń dla zebrania myśli, bywa również obiektem drwin. Dla mnie jednak jest to niezwykle orzeźwiające doświadczenie, dowód na to, że świetny przekaz, podany w naprawdę przyzwoitej formie, jest znacznie ważniejszy niż końcówki, odmiany i wyrazy wieloznaczne. Osobiście, wiedząc jak trudno jest czasem zebrać myśli w tzw. obcym języku, zwłaszcza  w sytuacji gdy wiesz, że jesteś z tego drobiazgowo rozliczany i to jeszcze w obecności tzw. „native speakers”, jestem zachwycona zarówno odwagą prowadzącego, jak i taktem zaproszonych gości, a także swobodą z jaką zwraca się on do swoich gości tymi nie do końca „okrągłymi” zdaniami. Godne zauważenia jest także to, iż nie rzadko nawet gwiazdy, które swobodnie mogłyby rozmawiać ze Skavlanem w jednym z języków skandynawskich, jak Nikolaj Costa – Valdau, rezygnują z tego przywileju, mając na uwadze fanów z innych zakątków świata. Przy czym zdecydowanie warte pochwały jest darzenie rodzimych odbiorców talk show, nie zawsze sprawnie posługujących się językiem angielskim, takim samym szacunkiem, jak międzynarodowe gwiazdy i ich fanów. Na ogół zatem około połowa programu, prowadzona z udziałem lokalnych osobowości i artystów, znanych w skali swojego kraju, a nie rzadko także poza jego granicami, odbywa się w języku norweskim  lub szwedzkim, zaś wypowiedzi w języku angielskim są opatrzone napisami w rodzimym jezyku widowni show.

bill gates skavlan.jpg
Wyobraźcie sobie, że pytacie Bila Gatesa o to czy pamięta kiedy ostatnio nie było go na coś stać albo próbujecie rozmawiać o ciętych ripostach z Sethem Meyeresem, ale najpierw musicie skierować to pytanie do tłumacza, a następnie poczekać aż on przetłumaczy jego wypowiedź po kawałku… Och, żarty stygną tak szybko, a błyskotliwe uwagi uciekają jeszcze szybciej!

Na koniec naszego spotkania z Frederikiem Skavlanem, chociaż i w tym wypadku mogłabym napisać jeszcze sporo, chciałabym dość przekornie powiedzieć Wam, Kochani Czytelnicy, o tym, że show ten bywa dość ostro krytykowany, zwłaszcza w swoim rodzimym kraju. Zdarza się, że prowadzący jest oskarżany o brak wyczucia, zbytnie drążenie spraw osobistych swoich gości czy nawet seksizm, a także o faworyzowanie niektórych z nich. Doczekał się on także ostatecznie  trafnej, choć na pewno przesadzonej i nieco zmanierowanej parodii. Zachęcam do rzucenia na nią okiem (nie zapomnijcie o przestawieniu napisów na automatyczny angielski), ale ostrzegam, że będzie Was ona śmieszyła dopiero, gdy wysłuchacie kilku wywiadów Skavlana, co można zrobić np. na jego kanale na YouTube 🙂 Starając się spojrzeć obiektywnie na  tę sprawę muszę przyznać, że faktycznie zdarzają się Skavlanowi wpadki, zwłaszcza gdy w grę wchodzą różnice kulturowe albo drażliwe tematy ( no serio, zapytalibyście gwiazdę czy pamięta swój pierwszy „drug dealing”, nawet jeśli temat rozmowy by na to pozwalał? Skavlan zapytał…), jednak oglądając od lat talk show’s, w których nic nie jest tematem tabu, a niemal wszystko nadaje się do wyśmiania,  zdecydowanie powtórzyłabym za jednym z gości tego talk show, że naprawdę bije od niego „dobra energia” i bardzo przyjemnie się go słucha.

 

Jeśli czytaliście uważnie, Kochani, co przyznam mogło być wyzwaniem, na pewno znacie już mój gust w kwestii talk show i mam nadzieję poczuliście moją wielką, niegasnącą miłość do tego typu programów. Powiem Wam jednak w tajemnicy, że to wciąż nie wszystko, wszak nie wspomniałam tu o moim ukochanym „Last Week Tonight” ponieważ nie jest to typowy talk show do którego zaprasza się gwiazdy, ani o „The Late Late Show with James Corden”, który ostatnio dzielnie konkuruje z moimi dwoma ulubieńcami, zwłaszcza, że jego Carpool Karaoke to najlepszy pomysł jaki widziałam w talk show od baaaardzo dawna 😀 No, ale jemu łatwiej mnie oczarować, w końcu ostatecznie jest Brytyjczykiem…. 🙂 A Wy, oglądacie jakieś talk show czy uważacie, że ten gatunek dawno powinien odejść w zapomnienie? Jakie są  Wasze typy? Jeśli macie ochotę, pochwalcie się w komentarzu 🙂

 

 

Reklamy

6 myśli w temacie “Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia czyli dwa razy kocham talk show.

  1. Hołka 13 lipca 2018 / 16:23

    Przeczytałam cały wpis i jak zawsze była to wyśmienita lektura. Przy czym nie napiszę jeszcze pełnego komentarza, bo chcę wcześniej zapoznać się z programem pana Skavlana.

    I właśnie dlatego mam prośbę: czy możesz podlinkować, twoim zdaniem najciekawsze filmiki z jego kanału na YT? Bo materiału jest tam bardzo dużo i ja jak ten osiołek, któremu w żłobie dano, nie mogę się zdecydować, co obejrzeć najpierw (poza wywiadami, do których odniosłaś się w tekście).

    Polubienie

  2. Hołka 19 lipca 2018 / 00:14

    Talk-showy oglądam jedynie okazjonalnie, głównie wtedy, kiedy pojawia się w nich celebryta, którego lubię. Dzięki temu znam Grahama Nortona (tzn. nie osobiście 😉 ale jednocześnie nigdy nie zwracałam specjalnej uwagi na formę jego programu. Dopiero w trakcie czytania twojego wpisu dostrzegłam rzeczy, których wcześniej nie zauważałam, choć miałam je przed nosem. Przykładowo nie wiedziałam, że to, iż wszyscy goście są zapraszani do studia jednocześnie, jest czymś wyjątkowym. I jest to dla mnie „odkrycie” o tyle śmieszne, że jednocześnie zawsze irytuje mnie, kiedy w innych talk-showach, zaproszona do studia osoba, po udzieleniu wywiadu, przez resztę programu siedzi cicho gdzieś na drugim planie i prawie wcale się nie odzywa (choć czasem zabawne jest patrzenie, jak taki ktoś stara się udawać zainteresowanego toczącą się na pierwszym planie rozmową, choć w rzeczywistości widać, że się nudzi i niemal usypia).
    Innymi słowy, nigdy nie zastanawiałam się, dlaczego, kiedy już sporadycznie oglądam Grahama Nortona, sprawia mi to tyle radości. No i dzięki twojemu wpisowi już wiem. 😉

    Nie będę komentować wszystkich, wymienionych przez ciebie zalet „Graham Norton Show”, bo byłyby to jedynie pełne zachwytu zwroty typu „Zgadzam się!” i „Masz rację!”. Muszę jednak napisać, że zupełnie zgadzam się z tym, że świetnym pomysłem jest to, że goście wchodzą do studia jednocześnie i potem rozmawiają ze sobą. Rzeczywiście można dzięki temu zaobserwować masę spontanicznych zachowań gwiazd, co zawsze sprawia mi (samozwańczemu psychoanalitykowi-amatorowi 🙂 wielką radość. Brawa należą się również Grahamowi, bo trzeba nie lada talentu, nie tylko by przeprowadzić dobry i interesujący wywiad, ale też by pokierować dyskusją tak umiejętnie, jak on.

    Natomiast drugą rzeczą, co do której masz rację, jest to, że dla Grahama każdy jest zabawny, ale nikt nie jest śmieszny. To bardzo mądre spostrzeżenie! Myślę, że każdy powinien wziąć je sobie do serca i stosować w kontaktach z innymi ludźmi. 🙂

    Ach, i jeszcze jedna, ważna sprawa! Jedyną rzeczą, która do tej pory denerwowała mnie w show Grahama, było podejście prowadzącego do publiczności. Oburzało mnie np. to, że Graham zabierał widzom telefony, a potem pokazywał ich prywatne SMS-y na wizji. W związku z tym dziękuję, że uświadomiłaś mi, iż tego typu rzeczy są kolejną konwencją programu, i że widzowie, wchodząc do studia, są przygotowani na to, że mogą ich spotkać tego typu „nieprzyjemności”.

    OK, przejdźmy teraz do Skavlana, z którym – dzięki tobie! – miło spędziłam ostatnie kilka dni.

    Ten talk-show rzeczywiście stoi w totalnej opozycji do programu Grahama. Minimalistyczny, mniej rozrywkowy, wręcz staromodny i autentycznie w „skandynawskim stylu”. Najbardziej podoba mi się w nim chyba to, że Skavlan nie bombarduje swoich gości masą pytań i pozwala im na dłuższe wypowiedzi. A jak obydwie wiemy – czasem pewne tematy są zbyt skomplikowane, by opowiedzieć o nich w kilku zdaniach. 😉

    Bardzo podobało mi się także to, że Skavlan zaprasza do swojego studia naukowców, choć jednocześnie – z racji tego, że jestem troszeczkę geekiem – tego typu „wykłady” zwykle traktowały o rzeczach, o których już wiedziałam. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że większość ludzi nie ma takich zainteresowań, jak ja, więc dobrze, że Skavlan uczy ich nowych rzeczy.

    Rzeczywiście dużą wartością programu jest to, że wszyscy mówią tam po angielsku, nawet, jeśli nie wychodzi im to najlepiej. Myślę, że każdy, kto boi się mówić w tym języku, bo nie ma ładnego akcentu, powinien wziąć przykład ze Skavlana i jego gości.

    Poza wymienionymi przez ciebie wywiadami, trzy szczególnie mocno mi się spodobały. Po pierwsze naprawdę wzruszyło mnie te kilka zdań, które Annie Lenox powiedziała o uniwersalności muzyki i o tym, że każdy może śpiewać (i tu nawet nie chodzi o to, co powiedziała, ale o to, że zrobiła to w taki sposób, że całą swoją postawą wyrażała wtedy miłość do muzyki). Po drugie, rozbawiła mnie Emma Thompson (w czym właściwie nie było nic dziwnego, bo ona zawsze jest zabawna i urocza). I wreszcie po trzecie – moim największym odkryciem jest Caitlin Moran. Zachwyciłam się nią, jej światopoglądem i rety – teraz muszę przeczytać którąś z jej książek! Dziękuję więc Marleno – gdyby nie twój wpis być może nigdy bym się o istnieniu pani Moran nie dowiedziała! 🙂

    Niestety, te ostatnie kilka dni ze Skavlanem, choć ciekawe, jednocześnie przypomniały mi, dlaczego nie potrafię się wciągnąć w oglądanie talk-showów. Tak, jak w „realu” mam zaledwie kilku znajomych z którymi lubię przebywać i męczy mnie poznawanie nowych ludzi, którzy „od pierwszego wejrzenia” wydają mi się nieinteresujący; tak samo w przypadku wywiadów mogę w kółko oglądać moich ulubieńców, ale szybko mnie nuży słuchanie wypowiedzi osób, które zupełnie mnie nie obchodzą (bez względu na to, jak mądre by one nie były). I z tego powodu na dłuższą metę nie jest mnie w stanie zauroczyć nie tylko stonowany Skavlan, ale też radosny Graham Norton.

    Niemniej, dzięki twojemu wpisowi, bardzo poszerzyłam moją wiedzę z zakresu pop i kultury, za co jeszcze raz – bardzo ci dziękuję! 🙂

    I na koniec, mam do ciebie dwa pytania: gdybyś mogła udzielić wywiadu u Grahama lub Skavlana, to którego z nich byś wybrała? I pytanie numer dwa: kogo w takim wypadku wybrałabyś na pozostałych gości programu?

    Ach, i jeszcze jedna kwestia, odnośnie Last Week Tonight. Od jakiegoś czasu głowię się nad tym, do jakiej kategorii zakwalifikować ten program i myślę, że powinien od być nazywany monolog-showem. 😉

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 26 lipca 2018 / 19:54

      Faktycznie większość osób, które znam ogląda talk show „dla kogoś”, nie bez powodu między jednym a drugim odcinkiem telewizyjne reklamówki trąbią o tym, któż to jest tym razem zaproszony do programu 🙂 Ewentualnie są tacy, którzy maja jakiś ulubiony talk show i są mu wierni. No i jest paru takich jak ja, połykaczy wywiadów wszelakich…. 🙂 Dlatego właśnie wciąż dziwię się temu ile jest tego typu programów na rynku, zwłaszcza amerykańskim. To mi się jeszcze ciekawsze wydaje w świetle zmiany obyczajów dotyczących oglądania telewizji. W sumie w dużej mierze odchodzi się od oglądania telewizji jako takiej i trochę „passe” staje się oczekiwanie na kolejny odcinek czegoś np. w sobotę wieczorem, skoro „piorunem” oglądamy wszystko w internecie, Talk show jest właściwie przecież takim rodzajem programu, który nierozerwalnie jest związany z radiem czy telewizją, jak dla mnie zupełnie traci sens wyrwany z kontekstu i moim zdaniem nie do końca nadaje się do binge-watchingu, ze względu na to, że ludzie się zmieniają i często ich dawne wypowiedzi tracą kolor jeśli nie są odnoszone do czasu, w którym powstały. Czasem sobie myślę, że to właśnie talk show będzie w przyszłości tym, co obok durnych programów paradokumentalnych i baaaardzo starych filmów, będzie zaludniało telewizję w przyszłości. Moi wnukowie będą się pewnie śmiali, że oglądam Nortona albo innego „pajaca”, tak jak ja śmieję się ze starszych pań, które wierzą, ze „ukryta prawda” powstaje na faktach i wiernie przeżywają kolejne odcinki 😛
      Strasznie się cieszę, że podobały Ci się wywiady Skavlana. Nie do każdego trafia taki jednak trochę staromodny typ talk show, ale mnie się okropnie podoba i ton programu i jego prowadzący, który według mnie jest po protu sympatyczny 🙂 Masz rację, to świetnie, ze do programu zaprasza się naukowców czy socjologów, albo autorów książek, również naukowych, bo edukuje się społeczeństwo w drobnych sprawach, daje się do myślenia, a to rzadkość w tego typu popularnych programach. W ten sposób pewne podstawowe informacje dotrą także do osób, które nie wiedzą, co właściwie nadają na „discovery” 😛 Marzy mi się, żeby Skavlan porozmawiał z Davidem, skoro nagrywa w Londynie, ale rozumiem, że celuje on w gusta swojej skandynawskiej publiczności, która niekoniecznie może wie kim on jest Hehe, może kiedyś…
      Dobra, dosyć tego, nazachwycałam się już w artykule, więc teraz pora odpowiedzieć na Twoje pytanie, które notabene, sprawiło mi mnóstwo radochy 🙂 Szczerze mówiąc, to ze względu na swój typ osobowości, byłabym beznadziejnym gościem talk show. Nie dość, ze łatwo mogłabym się spalić w czasie wywiadu, to pewnie lata bym przeżywała wszystko co powiedziałam. Ostatecznie jednak, jak kocham Grahama Nortona i jego show od lat, wolałabym trafić do Skavlana. Myślę, że pozwoliłby mi sobie „pogadać’, a żarty w jego wykonaniu mogłyby mnie mniej zawstydzić, hehe, no i chyba bardziej lubię rozmawiać niż się wygłupiać, chociaż z poczuciem humoru wcale nie jest u mnie źle 🙂 No i nie miałabym poczucia, ze koślawo mówię po angielsku w jego programie 😀 Jeśli idzie o gości… Hmmm…. pewnie, że chciałoby się mieć swoich ulubieńców tak blisko i uciąć sobie z nimi pogawędkę, tylko…. mogliby mnie zdecydowanie speszyć swoją obecnością i z pogawędki byłyby nici, a w dodatku mogłabym się zacząć jąkać albo czerwienić, czy coś 😀 Więc, chciałabym mieć obok siebie Gordona Ramseya, który się niczym nie przejmuje i rozluźniłby atmosferę, jakiegoś innego gospodarza talk show, może Jamesa Cordena, którego bardzo lubię, żeby zagadywał i odbijał pałeczkę i jakiegoś interesującego naukowca, który by nas zaczarował wiedzą tajemną 🙂 Tylko w jakim charakterze ja bym wystąpiła, nie mam pojęcia 🙂 Gdybym zaś miała zasiąść na widowni, to też wybrałabym Skavlana (jak by mnie Gordon wywołał „do tablicy” to jak mamę kocham, mogłabym zemdleć), ale wtedy chciałabym słuchać tylko moich ulubieńców 😀
      Ps. Ale fajna nazwa dla „Last week tonight” 🙂 Jakkolwiek by go jednak nie nazwał, jest świetny 🙂

      Polubione przez 1 osoba

      • Hołka 2 sierpnia 2018 / 20:23

        Bardzo trafne spostrzeżenia zawarłaś w pierwszym akapicie.
        Moim zdaniem największą zaletą talk-show jest to, że w odróżnieniu od serialu – każdy odcinek jest „sam dla siebie”, więc nie musimy obejrzeć wszystkich pięciu sezonów wstecz, by wiedzieć, kto jest kim i o co chodzi. Poza tym, taki program świetnie spisuje się jako coś lecące w tle, bo nie trzeba cały czas skupiać uwagi na tym, co dzieje się na telewizorze. Co równie ważne – choć tu wiele zależy od społeczności, w jakim żyje dany człowiek – dzięki temu, że takie programy nadawane są o stałej porze, łatwiej rozmawia się później na ich temat ze znajomymi. Jestem pewna, że np. po każdym odcinku Graham Northon Show, wielu Brytyjczyków rozmawia później ze swoimi kolegami w pracy o tym, co działo się w tym programie. O serialach nadawanych w trybie binge-watchingu nie da się dyskutować w podobny sposób, między innymi z powodu tego, że nie mają stałej pory emisji.

        „ludzie się zmieniają i często ich dawne wypowiedzi tracą kolor jeśli nie są odnoszone do czasu, w którym powstały”
        Skoro o tym wspomniałaś, to muszę zapytać: czy jeśli zdarza ci się hurtem oglądać sporo wywiadów z jakimś celebrytą, to ulegasz „iluzji”, że wszystkie te rozmowy zostały przeprowadzone w bardzo krótkich odstępach czasu (którą dodatkowo potęguje to, że sławni ludzie starzeją się wolniej od zwykłych śmiertelników)? Wiesz, chodzi mi o sytuację, w której oglądasz czyjeś wystąpienie z 2008 roku i myślisz „przecież to było całkiem niedawno”, zamiast „to było AŻ 10 LAT TEMU! (i o rany, jaka ja stara jestem!!!)”.

        „Marzy mi się, żeby Skavlan porozmawiał z Davidem, skoro nagrywa w Londynie”
        Hehe, pomyślałam dokładnie o tym samym, kiedy oglądałam ten talk-show! 🙂

        „wolałabym trafić do Skavlana. […] Tylko w jakim charakterze ja bym wystąpiła, nie mam pojęcia”
        Och, to akurat byłaby najprostsza rzecz do rozwiązania, bo przecież mogłabyś się wypowiadać jako ekspert. I np. opowiedzieć o problemach w polskim systemie szkolnictwa albo o tym, jak Polacy uczą się języka angielskiego. Albo o innych rzeczach, bo jesteś osobą, która ma wiele ciekawych przemyśleń na różnorakie tematy. 😉

        „Hmmm…. pewnie, że chciałoby się mieć swoich ulubieńców tak blisko i uciąć sobie z nimi pogawędkę, tylko…. mogliby mnie zdecydowanie speszyć swoją obecnością i z pogawędki byłyby nici, a w dodatku mogłabym się zacząć jąkać albo czerwienić, czy coś.”
        Jak wiesz, nie jestem psychologiem i każdy człowiek reaguje na pewne rzeczy inaczej, ale mam na ten temat dwa spostrzeżenia. Po pierwsze wydaje mi się, że większość ludzi przyzwyczaja się do tremujących sytuacji mniej więcej w kwadrans. Największym błędem imprez takich, jak np. konferencje naukowe jest to, że zazwyczaj pozwalają one tylko na 15 minutowe wystąpienia. I często widzę, że jak jakiś mówca zaczyna się rozkręcać i mówić z większą pewnością siebie, to właśnie wtedy każą mu kończyć występ, bo jego czas minął.
        Co do drugiego spostrzeżenia, to tu będę gdybać jeszcze bardziej, bo sama nie mam w tej kwestii dużego doświadczenia i znów opieram się raczej na obserwowaniu zachowań innych. Otóż wydaje mi się, że celebryci wiedzą, jak się zachowywać, by nie zestresować stremowanego fana i co więcej – jak dodać mu otuchy.
        I znów mogę tylko gdybać, ale podejrzewam, że wszyscy goście talk-show, przed wyjściem na scenę programu, spędzają trochę czasu razem w „poczekalni” i tam „oswajają się” ze sobą (pamiętasz, jak Tennant gościł u Jonathana Rossa i pokazano ujęcie z „poczekalni”, podczas którego goście programu pokazywali, co dostali w prezencie pod choinkę? Właśnie taką poczekalnię (tylko bez kamery) mam na myśli).
        Biorąc pod uwagę to wszystko – podejrzewam, że gdybyś została gościem talk-show, to poradziłabyś sobie znacznie lepiej, niż myślisz. 😉

        PS. Ostatnio zapomniałam ci napisać o jeszcze jednej rzeczy. Rzadko słucham radia i jeśli już mi się to zdarza, to zwykle podczas sobotnich porządków (których też nie wykonuję zbyt często, hehe). I choć nigdy na ten program specjalnie nie poluję, to za każdym razem, jak na niego trafię, jestem pozytywnie zaskoczona i zachwycona. Tym cudem są wywiady „Cała Muzyka” w Radiu Złote Przeboje. Są one ciekawe tego stopnia, że zawsze siedzę potem przy odbiorniku tylko po to, by wysłuchać je do końca. Ostatnio np. w taki właśnie sposób zahipnotyzowała mnie ta rozmowa:
        http://audycje.zloteprzeboje.tuba.pl/podcast/arek-jakubik-gosciem-programu-cala-muzyka/40013
        Nie wiem, czy znasz te audycje, ale jeśli nie, to koniecznie się im przysłuchaj, bo podejrzewam, że bardzo je polubisz.

        PS2. WordPress zrobił mi psikus i nie opublikował komentarza, więc jeśli zobaczysz tą wypowiedź podwójnie, to proszę – usuń jedną z nich. 😛

        Polubione przez 1 osoba

        • Marlena 7 sierpnia 2018 / 17:20

          Zgadzam się, talk showy dają świetny pretekst do komentowania nie tylko zjawisk pop i kulturalnych, ale też bieżących wydarzeń, tego czym żyje się w danym czasie. One same zresztą stanowią taki właśnie komentarz, głos w dyskusji 🙂 Sama zresztą lubię rodzinie opowiadać „kwiatki” zasłyszane w moich ulubionych talk show i obawiam się, ze są przez to znacznie lepiej zaznajomieni z brytyjskimi i amerykańskimi celebrytami niż z naszymi rodzimymi 😛 W każdym razie dobry twórca tego typu programów spodziewa się, że będzie on komentowany i potrafi to wykorzystać 🙂

          „Wiesz, chodzi mi o sytuację, w której oglądasz czyjeś wystąpienie z 2008 roku i myślisz „przecież to było całkiem niedawno”, zamiast „to było AŻ 10 LAT TEMU! (i o rany, jaka ja stara jestem!!!)”.”
          Dokładnie 🙂 Chociaż tak właściwie to zależy jak daleko się cofniesz 🙂 Jeżeli kariera naszego celebryty jest długa i cofniesz się tak ze 30 lat, to najzabawniejsze jest obserwowanie właśnie jak się on/ona zmienia, nie tylko fizycznie, ale także jak ewoluują jego poglądy, opinie czy nawet żarty po pewnym czasie, np. kiedy urodzi mu się dziecko czy zmieni miejsce zamieszkania 🙂 Na ogół jednak, zwłaszcza jeśli ogląda się wywiady hurtem, to faktycznie wszystkie te lata gdzieś umykają 🙂 Całkiem niedawno obejrzałam wiele wywiadów Elijah’a Wood’a, który naprawdę niewiele fizycznie zmienił się od czasu „Władcy Pierścieni”. Oczywiście wciąż i nieustannie musi odpowiadać na pytania dotyczące tej kultowej produkcji i gdy tak się go słucha zwłaszcza w tym temacie, to wydaje się tak, jakby to wszystko było wczoraj 🙂 Dopiero potem, gdy człowiek pomyśli sobie gdzie wtedy był, co robił, to nagle dopada go świadomość ile to już lat minęło. Wiele się wydarzyło od czasu gdy pierwszy raz wstrzymywała oddech na widok Nazguli, ja się zmieniłam i on na pewno też, ale gdy tak się go słucha to ta odległość szesnastu lat jakby znika 🙂 Taki sobie „timey wimey stuff” 🙂 To jedna z tych rzeczy, za które kocham wywiady i talk show, nie tylko mogę podejrzeć kultowe postacie w czasach, gdy byli młodzi/młodsi, ale tak jakby wręcz się tam cofnąć razem z nimi 😀

          „Biorąc pod uwagę to wszystko – podejrzewam, że gdybyś została gościem talk-show, to poradziłabyś sobie znacznie lepiej, niż myślisz. ”
          Dzięki za wiarę we mnie, myślę że straszne jest przede wszystkim to, czego się nigdy nie spróbowało 🙂 Jednak obawiam się, że natury człowieka nie da się tak łatwo zmienić, dlatego też niektórzy gości talk show pięknie błyszczą, a inni odpowiadają monosylabami 🙂 Sądzę, że dałabym sobie radę, ale wątpię, że byłabym z siebie zadowolona 🙂 Myślę też, że to podobnie jak z teleturniejami, na ekranie telewizora wszystko wygląda na łatwiejsze niż w rzeczywistości 🙂 Dlatego nieustannie podziwiam aktorów za to z jakim wdziękiem i naturalnością większość z nich dzieli się fragmentami swojego życia i cieszę się, że sama nie muszę tego robić, albo raczej tylko wtedy, gdy mam na to ochotę.

          Bardzo dziękuję za link, brzmi wspaniale, tym bardziej, że rzadko mam szansę posłuchać dobrych wywiadów po polsku, albo po prostu nie specjalnie wiem, gdzie ich szukać, żeby nie wpaść na papkę, którą mi często funduje polska telewizja. Też bardzo rzadko słucham radia, więc z tym większą przyjemnością się nimi zainteresuję 🙂

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s