Nie wszystkie powroty są szczęśliwe, czyli bohater mojego dzieciństwa znów w akcji.

 

Dłonie mężczyzny, uchwycone w trakcie otwierania składanego noża

W ostatnim czasie, jak pewnie zdążyliście zauważyć Kochani Czytelnicy,  jesteśmy świadkami wielu serialowych powrotów. Mówiąc szczerze, zjawisko to sięga znacznie dalej niż świat seriali i telewizji w ogóle, jednak ponieważ to pojawienie się w polskiej telewizji nowej wersji pewnego kultowego serialu skłoniła mnie do refleksji, toteż na serialach skupi się tym razem moja uwaga…

Dla dziewczyny urodzonej na progu lat osiemdziesiątych XX wieku, niepokornego dziecka telewizji, tytuły takie, jak choćby Dynastia, Beverly Hills 902010, Z archiwum X czy Drużyna A to tytuły kultowe, ważne punkty na mapie dzieciństwa i wczesnej młodości. A przecież to dopiero początek, gdyż bohaterowie skłonni ratować bezbronne damy w opałach, tudzież zaszyte w głębokiej dżungli ubogie wietnamskie wioski, wyrastali pod koniec ubiegłego wieku, niczym grzyby po deszczu, podobnie jak fantastyczne amerykańskie dzieciaki, w modnych dżinsach, z książkami pod pachą, zamykające na kody swoje śliczne metalowe szafki… Pewnie wiele się nie pomylę, pisząc, że wielu członków mojego pokolenia, z rozrzewnieniem wspominających czas topornych odbiorników telewizyjnych, walki o pilot i rodzinnego oglądania, podczas którego zatroskane mamy prosiły dzieciaki o zakrycie oczu w co pikantniejszych momentach, marzy, aby kultowi bohaterowie naszego dzieciństwa znów wkroczyli do akcji, tym razem w świecie, gdzie nic nie jest niemożliwe, aby wśród najlepszej jakości efektów specjalnych odebrać należną im cześć. Och, ileż mógłby zdziałać Agent Specjalny Fox Mulder, gdyby w dowolnym momencie mógł posłużyć się nowoczesnym sprzętem IT, albo „nieustraszony” Michael Knight, gdyby jego cudowny KITT mógł zostać wyposażony w najnowsze zdobycze techniki!  Cóż, mądrzy ludzie powiadają: uważaj czego sobie życzysz i zdaje się mają sporo racji… Dzisiaj bowiem, posiłkując się pewnym konkretnym przykładem, spróbuję pogłówkować nad tym, czy nasza nostalgia wystarczy do wskrzeszenia bohaterów naszego dzieciństwa, czy też ich czas przeminął już bezpowrotnie…

Chcesz ocalić świat…? Kup scyzoryk i pokaźną paczkę spinaczy do papieru 

Nie będę Was już dłużej trzymać w niepewności, Kochani Czytelnicy, i zdradzę Wam, że bohater mojego dzieciństwa, odpowiedzialny za moje ostatnie serialowe rozważania, to mężczyzna, który potrafił zrobić wykrywacz kłamstw z budzika czy też bezpiecznik z papierka po gumie do żucia, a który nigdzie nie ruszał się bez spinacza, taśmy klejącej i szwajcarskiego scyzoryka, czyli kultowy MacGyver. Wybór tego właśnie bohatera serialowego na mojego dziecięcego idola wcale nie był oczywisty, bo stawał on w szranki z całą gamą umięśnionych przystojniaków, dzielnych i walecznych, świetnie władających bronią lub/i sztukami walki, szlachetnych i sprawiedliwych, no i koniecznie pracujących dla supertajnych rządowych organizacji, ewentualnie prezentujących pełną poświęcenia postawę w zamierzchłych czasach i … skąpym odzieniu…

Ostatecznie jednak to MacGyver, oprócz niesamowitych przygód, prezentował najbliższe mojemu sercu wartości, choć myślę, że dopiero dzisiaj, jako dorosła osoba potrafię je naprawdę docenić i zrozumieć to, co w moim niemal nastoletnim umyśle było splotem zachwytu i podziwu, podlanym dawką niemałych emocji.  Uwielbiałam wtedy w tym człowieku wszystko, od absurdalnej fryzury, przez przenikliwy wzrok i nieco łobuzerski uśmiech, aż po niezwykle sympatyczne usposobienie, no i przede wszystkim ten błysk geniuszu (!)

Kolaż zdjęć rezentujący zbliżenie na twarz MacGyvera oraz jego dłonie "przy pracy", podczas tworzenia gadżetów
Dłonie MacGyvera były dla mnie zawsze znacznie ważniejsze niż jego oczy, choć i tym drugim trudno odmówić uroku. Co ciekawe, niedawno, oglądając jeden z wywiadów z Richardem Deanem Andersonem, zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że ponieważ samodzielnie wykonywał on bardzo wiele popisów kaskaderskich widocznych w serialu, jego dłonie bywały bardzo poranione, zwłaszcza w wyniku zabaw ze szwajcarskim scyzorykiem. W efekcie do pokazywania dłoni w czasie ogromnej ilości zbliżeń kamery, odtwórca głównej roli zatrudnił swojego brata i to jego dłonie niejednokrotnie, wraz ze mną, podziwiały w akcji miliony wielbicieli serialu… Ot, magia telewizji 🙂

Ponownie, w tamtym czasie nie mogłam tego dobrze rozumieć, ale dziś wiem, że sympatyczny „Mac” mocno wyróżniał się na tle plejady nieustraszonych serialowych bohaterów do wynajęcia, którzy w końcu dotarli także do polskiej telewizji w ostatniej dekadzie XX wieku. Wspomniany już odtwórca tytułowej roli, Richard Dean Anderson, swoją drogą niesamowicie pozytywny człowiek, z ogromną dawką dystansu do siebie, z wielką dumą podkreśla, że to właśnie MacGyver, właściwie jako jedyny z nich wszystkich otwarcie rezygnował z używania broni palnej i przemocy w ogóle, poszukując jak najbardziej pokojowego i logicznego rozwiązania problemów wszelakich. Często żartuje on sobie także, że skoro główna konkurencja serialowa, tj. Drużyna A, strzelała do wszystkiego, co się rusza, to oni dla odmiany próbowali nie tylko nie strzelać, ale wśród licznych eksplozji i niebezpiecznych sytuacji, oszczędzić jak największą ilość osób, nawet z wrogich obozów 🙂

MacGyver siedzi na fotelu kierowcy starego samochodu terenowego, zwrócony twarzą do obiektywu
Jak przystało na pogodnego i nad wyraz dzielnego geniusza, którego można spotkać a to w dżungli, a to w środku akademickiego kampusu, MacGyver często poruszał się dość mocno steranym i na ogół niezbyt lśniącym jeepem. Mimo to, a może właśnie dlatego, zdołał we mnie zaszczepić wieczną miłość do samochodów terenowych… 🙂
Zdjęcie pochodzi z galerii zamieszczonej na tej stronie.

MacGyver był jednak przede wszystkim postacią niesamowicie pozytywną, z która łatwo się utożsamić, zwłaszcza młodemu człowiekowi poszukującemu autorytetu. Właściwie, gdy w miarę dokładnie weźmiemy pod lupę poczynania tej nietuzinkowej postaci, okazuje się, że był on dość jednoznacznie pisany właśnie jako idealny „role model” dla rzeszy młodych umysłów, które miały wkrótce tworzyć świat przyszłości.  Jest zatem MacGyver typem „sympatycznego sąsiada”, ani posągowo pięknego, ani nadludzko silnego,  w śmiesznie zwyczajnym stroju i nieco mniej zwyczajnej fryzurze, którą doprawdy trudno komplementować, nawet biorąc pod uwagę fakt, że trwają w najlepsze szalone lata osiemdziesiąte. Szybko zauważamy także, że nie wszystko wychodzi mu idealnie, nie jest kulo- ani ciosoodporny, a gdy upada głośno wyraża swój ból.

MacGyver wskazuje coś wzburzony; na jego lewym łuku brwiowym znajduje się opatrunek
Tę „ludzkość”  MacGyvera fajnie oddaje to nagranie, w którym usunięto muzykę ze słynnej czołówki, zastępując ją prawdziwymi dźwiękami z prezentowanym w niej scen 🙂

Do tego wszystkiego,  nasz ideał, nie przeklina, nie znosi alkoholu, nie umie fachowo palić niczego zawierającego tytoń i całkiem otwarcie przyznaje się do swoich słabości, takich jak lęk wysokości czy niechęć wobec węży.  Dość łatwo przychodzi więc wszystkim jego potencjalnym wrogom lekceważenie tego chodzącego ideału, niepozornego człowieczka o sympatycznym uśmiechu, w którego spojrzeniu czai się jednak pewna groźba… Młodzi widzowie, a wkrótce także ich rodzice, niemal natychmiast, z niekłamanym zachwytem odkryli, że siła Macgyvera dość niespodziewanie drzemie nie w mięśniach, choć trudno mu odmówić krzepy, ale w umyśle i niezwykłym talencie do niestandardowego wykorzystania przedmiotów codziennego użytku, który co tydzień pomagał mu udowadniać wszystkim jak ważna i przydatna jest wiedza naukowa.  Do moich ulubionych wynalazków po dziś dzień należy zupełnie fantastyczne wykorzystanie ramy roweru do stworzenia palnika zdolnego do przecięcia metalowych drzwi, że nie wspomnę o naprawianiu hamulców na masce pędzącego samochodu czy użyciu czekolady do neutralizacji wyciekającego kwasu.

Zdjęcia prezentują prace MacGyver nad stworzeniem opalarki do metalu z ramy rowerowej
Pamiętam, że jako dziecko nie bardzo zastanawiałam się nad tym kto i za co właściwie znów ściga MacGyvera, najważniejsze było bowiem to, w jaki sposób wybawi się on z opresji i jak ocali kolejne ludzkie istnienia.

Już wtedy zupełnie wyjątkowe wydawało mi się także to, że produkując fantastyczne wynalazki, MacGyver nigdy nie używał ich bezpośrednio przeciwko swoim wrogom. Pragnął ich raczej przestraszyć czy też ująć, nigdy zabić, choć to ostatnie czasami okazywało się konieczne. Szczególnie mocno wyrył mi się w tym względzie w pamięć fragment, w którym zapędzony na najwyższe piętro budynku Mac trzyma w ręku pistolet. Nic łatwiejszego, mogłoby się wydawać, niż po prostu użyć go w samoobronie, tym bardziej, że złoczyńcy strzelali do niego z pokaźnych rozmiarów karabinu… Tymczasem on rozbiera broń na części pierwsze i używa fragmentu jej lufy do… zablokowania drzwi 🙂

MacGyver miał niezwykle silny wpływ na całe rzesze młodych fanów, pragnących samodzielnie wypróbować jego wynalazki, które w dużej mierze były znacznie mniej absurdalne niż wydawało się to na pierwszy rzut oka… Warto także podkreślić, że zaangażowanie wielu fanów sięgało daleko poza kanapy stojące w domowych salonach i dziecięce zabawy podwórkowe. Zachęceni przez twórców serialu, nadsyłali oni chętnie pomysły na nowe wynalazki MacGyvera, a wiele z nich ostatecznie trafiło na ekrany telewizorów, w tym jeden z pomysłów uważanych za co najmniej kontrowersyjny, tj. naprawa chłodnicy samochodowej za pomocą białka z jaj.

Jamie Hyneman w stroju sapera siedzi tuż obok figury imitującej MacGyvera - macgyverisims w "Pogromcach mitów"
W swoim setnym odcinku, niesamowici twórcy Pogromców  Mitów zmierzyli się z legendą MacGyvera udowadniając, że choć jego wynalazki nie miały właściwie szans zadziałać dokładnie w taki sposób, w jaki przedstawiono to serialu, to przy niewielkich modyfikacjach, choćby zmianie pewnych proporcji składników, działają one nad wyraz sprawnie. Ponadto dowiedli oni, że w istocie jest możliwe wykorzystanie przedmiotów codziennego użytku do niestandardowych zadań, choćby żarówki do otworzenia zamka w drzwiach czy soku pomarańczowego i amoniaku do wywołania filmu z aparatu fotograficznego.

Bardzo intrygujące jest dla mnie tutaj na ile pomysły twórców serialu, w tym stojącego za wieloma „trikami MacGyvera” Johna Koaviuli, były przesadzone i obliczone na wielkie „wow” widza, czy też po prostu zmyślone, a na ile specjalnie były one nieco odrealnione, w imię bezpieczeństwa śmiałków pragnących wykorzystywać je w praktyce. Twórcy serialu, oraz sam Richard Dean Anderson, często podkreślają bowiem, że podczas tworzenia wyjątkowo niebezpiecznych gadżetów, zwłaszcza zaś materiałów wybuchowych, celowo pomijano niektóre etapy pracy i składniki, aby uniemożliwić ich wytwarzanie w warunkach domowych. Z drugiej strony jednak, Richard vel MacGyver,  pytany przez fanów o to czy powątpiewał czasem w działanie kolejnych cudownych gadżetów swojego bohatera, zwykle odpowiada: „every week!” 😀

Wpływ tej niezwykłej postaci, której przygody zdarzało mi się oglądać z dosłownie otwartą buzią, na współczesna kulturę jest wreszcie tak wielki, że powstał nawet czasownik „to macgyver something”, który wyjaśnia się jako: czynność naprawiania czegoś w zaimprowizowany sposób, z użyciem wszystkiego, co ma się aktualnie pod ręką. Słowo oficjalnie zostało wprowadzone do Oxford Dictionary dopiero w 2015 roku, choć nawet mój ekscentryczny nauczyciel informatyki w szkole średniej często nam powtarzał, że powinniśmy „zmagayveryzować” to i owo (haha pierwszy raz próbuję zapisać te polską hybrydę amerykańskiego określenia „to macgyver” tudzież „magyverism”  )

 Bez pomysłu, bez polotu, bez szacunku do wspomnień… czyli MacGyver w nowej odsłonie.

OK, Kochani Czytelnicy, ustaliliśmy jedno – jakieś ćwierć wieku temu niejaki MacGyver zawładnął moją wyobraźnią i sądząc po długości poprzedniego akapitu, wciąż żywię dość silny sentyment do mojego nastoletniego  „nierealnego ideału mężczyzny”. Kilkakrotnie zdarzyło mi się wracać do owego serialu już jako osoba dorosła, a właściwie do moich ulubionych odcinków i zupełnie nieobiektywnie uważam, że MacGyver dość ładnie się zestarzał. Oczywiście, widać wyraźnie, że wiele zastosowanych w nim rozwiązań, nie tylko technicznych, ale także fabularnych, jest mocno przestarzała. Nie wszystko należy tu zatem przyjmować dosłownie i warto czasem przymrużyć oko, przypominając sobie, że ta produkcja ma już ponad 30 lat. Jednak Richardowi Deanowi Andersonowi udało się stworzyć tak niezwykłą, a przy tym sympatyczną postać, że oglądając jego „wyczyny” człowiek jednak nie ma poczucia, iż katuje się dla idei powrotu do szczenięcych, beztroskich lat. Co ciekawe, mój domowy eksperyment, którego bohaterem została moja siedmioletnia córka, dowiódł, że nawet młode pokolenie, zupełnie pozbawione bagażu sentymentalnego, jest w stanie z pewnym zainteresowaniem śledzić przygody Macgyvera, pod warunkiem jednak, że umiejętnie się owo zainteresowanie wzbudzi, ale to już temat na całkiem inną okazję.

MacGyver title
Moja córka uwielbia nadawać własne nazwy bohaterom seriali. MacGyver jest dla niej „sprytnym panem od wybuchów”, co jest zaskakująco trafnym opisem jak na siedmiolatkę, która widziała zaledwie kilka odcinków 🙂

Wobec mojego wciąż niesłabnącego entuzjazmu, możecie sobie chyba wyobrazić, Kochani Czytelnicy, jak wiele obiecywałam sobie po próbie odświeżenia genialnego moim zdaniem konceptu i ukazania MacGyvera w nowoczesnej odsłonie. Wprost zacierałam ręce na myśl czego dokona nasz bohater mając do dyspozycji współczesne osiągnięcia nauki i techniki, a przede wszystkim oplatającą ludzkość sieć internetową. Dziwnym zbiegiem okoliczności, nie udało mi się tej nowej serii jego przygód zobaczyć aż do moment, gdy miała ona swoją premierę na jednym z polskich kanałów telewizyjnych. Zasiadając więc ostatecznie, w pewien grudniowy wieczór, przed telewizorem, z czystą intencją oglądania „mojego bohatera” w sposób prawidłowy, w prawdziwej telewizji, miałam naprawdę spore oczekiwania. Jednak już po pierwszym odcinku pognałam do komputera, aby obejrzeć jeszcze kilka kolejnych, i to bynajmniej nie z powodu zachwytu… Ostatecznie, powiedzieć, że spotkał mnie zawód, to nie powiedzieć nic…

Wszystkim, którzy zainteresowaliby się tą produkcją z powodu sentymentu do starego tytułu, wystarczy myślę pokazać plakat promocyjny i czołówkę serialu, aby skutecznie ich zniechęcić do brnięcia dalej w to bagno…

Plakat promocyjny "MacGyver 2016" - młody MacGyver z zaimprowizowanym spadochronem na tle wybuchającego samochodu.
Plakat promocyjny pierwszego sezonu serialu MacGyver z 2016r.
Hmmm… Ten młodzieniec stanowczo zbyt radośnie reaguje na fakt, że omal nie stracił życia w wybuchu, zaś jego spadochron wygląda na zdecydowanie zbyt profesjonalny, jak na wykonany naprędce sprzęt… No i ta amerykańska flaga… Brrr…
Źródło zdjęcia tutaj.

Jeśli zaś idzie o nową czołówkę, to uważam, że bezczelnie nabija się ona z naszych dziecięcych wspomnień, wykorzystując bez żadnego konkretnego pomysłu  zaledwie kilka dźwięków kultowego tematu muzycznego, który umiało acapella wyśpiewać każde dziecko przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Jedyne, co ukazuje ona sprawnie to sposób, w jaki potraktowano postać MacGyvera w całości serialu, tj. jako taką która właściwie nie wie czy jest nawiązaniem do tego, co było, czy też próbą ukazania tego, co być mogło.

Odtwórcy roli MacGyvera - Lucas Till i Richard Dean Anderson
Koniecznie zerknijcie na inną propozycję nowej czołówki, zestawioną z zacną poprzedniczką. Zróbcie to, Kochani Czytelnicy, choćby po to tylko żeby  zobaczyć, że jeśli ma się odrobinę serca dla starej, acz tak kochanej produkcji, można stworzyć coś naprawdę interesującego. Czyżby tego właśnie zabrakło twórcom nowej serii … ?

Gdy przebrniemy już przez czołówkę, wzorem nowoczesnej telewizji skróconą do minimum z minimum, okazuje się, że dalej jest już tylko gorzej… XXI wieczny MacGyver jest bowiem wszystkim, czym jego poprzednik nie chciał być. Pierwsze sceny pilotowego odcinka, który stał się antylegendą jeszcze przed jego premierą (podobno był tak fatalny, że konieczne było jego powtórne nakręcenie), prezentują nam postać nieco zadufanego w sobie młodego człowieka, którego szybko gubi zbytnia pewność siebie… W czasie kilku kolejnych godzin seansu, jeśli widz zechce w ogóle temu serialowi aż tyle poświęcić, MacGyver gubi niemal wszystkie swoje znaki rozpoznawcze…

Już w pierwszym zdaniu z nonszalancją wymienia swoje imię, choć w swym wcześniejszym wcieleniu skrzętnie je skrywał i szczerze go nie znosił . Zbyt łatwo przychodzi mu także robienie wszystkiego, czego ponoć się boi, jak choćby wskakiwanie do startującego samolotu. Na szczęście chociaż w kwestii używania broni palnej nie zmienia nasz bohater zdania, choć nieco dziwna, i jednak chyba smutna, jest jego pełna akceptacja poczynań partnera, Jacka Daltona, który ewidentnie jest typem „strzelającym do wszystkiego, co się rusza”. MacGyver potrafi także nadal niezwykle łatwo konstruować cudowne wynalazki, z przedziwnych przedmiotów, lecz niestety, nawet w XXI wieku, wciąż polega na taśmie klejącej, spinaczach do papieru i niewielkim scyzoryku, za to, ponoć dość starannie wykształcony i doświadczony, okazuje się totalną fajtłapą w zakresie użytkowania np. sprzętu komputerowego…

Niezbyt odpowiedni, z całym szacunkiem dla Lucasa Tilla,  jest nawet wiek odtwórcy tytułowej roli. Richard Dean Anderson miał około 35 lat, gdy po raz pierwszy wcielił się w rolę MacGyvera i do jego wyraźnie dojrzałej twarzy pasowały elementy biografii tej postaci, w tym lata studiów czy też jego bogate doświadczenie operacyjne, ujawniane w kolejnych odcinkach. Współczesny odtwórca tej roli, Lucas Till, jest o prawie dziesięć lat młodszy, co niestety sprawia, że konieczna jest modyfikacja życiorysu granej przez niego postaci. „Mac” z 2016 roku posiada zatem spory bagaż doświadczeń, w tym kilka lat profesjonalnej praktyki saperskiej, nie zdążył jednak ukończyć  studiów wyższych. Opuścił on słynną MIT po zaledwie dwóch latach nauki. Tymczasem ten element był dość ważny w pierwotnej wersji, gdyż miał ukazywać młodym ludziom, że nauka jest ważna, potrzebna i przydatna, choć początkowo wygląda na mało efektowną oraz, że nic nie przychodzi do człowieka samo, zaś talent należy zawsze podeprzeć ciężką pracą. Pochodzący z oryginalnej serii odcinek, w którym MacGyver wrócił do swojej Alma Mater, aby być jurorem w konkursie naukowym, jest jednym z moich ulubionych, również dlatego, że nie prezentuje naukowców jako rozczochranych okularników z głową w chmurach, ale jako ludzi z krwi i kości, pełnych namiętności, posiadających własne marzenia i cele.

Portret odtwórców roli MacGyvera
Lucas Till (MacGyver 2016) i Richard Dean Anderson (MacGyver 1985 ). Podobni, a jednak tacy różni… Czy to znów nostalgia sprawia, że Pan po prawej zdaje się być znacznie bardziej sympatyczny?

Wreszcie sama formuła serialu jest w moim odczuciu dziwna. Z założenia MacGyver był zdecydowanie rodzajem proceduralu. Każdy odcinek stanowił zamkniętą całość ( z wyjątkiem kilku dwuodcinkowych historii), w której MacGyver wykonywał określoną misję, zaś jej wykonanie, mimo licznych przeszkód, prowadziło do szczęśliwego zakończenia. W nowej odsłonie twórcy próbują tę formułę, nieco na siłę w moim odczuciu, unowocześnić. Podstawą działań naszego bohatera jest bowiem ratowanie siebie i innych z opresji. Gwarantem występowania „owych opresji” są  zadania, które MacGyver otrzymuje od ultra tajnej, oczywiście współpracującej z rządem, organizacji. Jednak  w odpowiedzi na zainteresowania współczesnego widza pojawia się w serialu  historia bolesnej zdrady, która łączy kolejne odcinki pierwszej serii, zapewniając interesujący, w zamyśle twórców, cliffhanger pod koniec każdego z nich. Dodatkowo, zwłaszcza w pierwszej serii, każdy z otaczających „Maca” przyjaciół i współpracowników zdaje się posiadać wielce tajemniczą przeszłość, do której wracamy w kolejnych odcinkach. W efekcie początkowo nie może on skupić się na bohaterskim ratowaniu bezbronnych ludzkich istnień, gdyż wciąż spieszy na ratunek byłym kochankom członków ekipy, ich starym znajomym i członkom rodziny. Trudno nam zatem uwierzyć, że owa supertajna organizacja w ogóle robi cokolwiek innego poza ściąganiem na siebie kłopotów, z których sama siebie musi następnie wyciągać….

Członkowie tajnej organizacji Fenix podczas pracy
Zgodnie ze współczesna wizją jednostek do zadań specjalnych, MacGyver traci status samotnego rycerza, na rzecz zgranej drużyny, w której znajomość wybiega znacznie poza pracę, a w której każdy posiada określone zadania… Zostaje on więc wyposażony w faceta od bicia i strzelania, Jacka Daltona, bo skoro sam przemocą się brzydzi, to musi komuś zlecić „mokrą robotę”. Zaś skoro komputery są dla tego geniusza logiki wielką niewiadomą, towarzyszy mu także kobieta – haker, była więźniarka, Riley Davis, która w chwilach wolnych od hakowania z radością ogranie samochodowy GPS.
Źródło zdjęcia tutaj.

Czytając tę moją listę żali, którą mogłabym jeszcze sporo poszerzyć, gdyż mimo nieprzyzwoicie długiego tekstu udało mi się zaledwie nakreślić problem, zapewne myślisz sobie, Kochany Czytelniku, że podobne porównania nie prowadzą donikąd. Serial jest nowy dlatego właśnie, że jest nowy i wcale nie musi korzystać ze starych rozwiązań, w sumie to wręcz nie powinien… Prawda, odpowiem, święta prawda, ale… Widzicie, twórcy nowej wersji MacGyvera sami nie do końca zdają się wiedzieć czy serial ma być nawiązaniem, kalką czy też zupełną nowością luźno traktującą swój pierwowzór. Z kolei na pewno zdają sobie sprawę z nieuniknionych porównań, posuwając się nawet do umieszczania tu i ówdzie dosłownych nawiązań do kultowych elementów serialu, nieustannie puszczając oko do fanów oryginalnej serii.  Ostatecznie jednak, wszędzie, gdzie można coś unowocześnić, choćby w kwestii samych tylko wynalazków MacGyvera, twórcy zawodzą na całej linii, tam zaś gdzie to jest zupełnie niepotrzebne nieco na siłę wpychają, tak zwane, nowoczesne kino akcji. Jako fanka innego serialu, którego powrót po latach okazał się niezwykle udany, tj.  „Doctor Who”,  nie wyobrażam sobie, żeby ktoś kazał Doktorowi zmienić TARDIS z niebieskiej budki policyjnej na powiedzmy szklaną windę, bo te są bliższe i milsze współczesnemu widzowi. Zatem skoro zabiera się naszemu bohaterowi wyższe wykształcenie naukowe, którym się szczycił, każe mu się wskakiwać do pędzącego samolotu, robi z niego analfabetę w dziedzinie nowoczesnych technologii informatycznych i jeszcze karze się mu milcząco przytakiwać otaczającemu mu morzu przemocy, to na litość boską, niech on się nie nazywa MacGyver, bo moim zdaniem, uwłacza to fantastycznemu pierwowzorowi. Już lepiej byłoby chyba wprowadzić, bo ja wiem, choćby postać syna czy wnuka MacGyvera, który odziedziczyłby jego wiedzę, ale  mógłby swój charakter zbudować od nowa, bez obciążenia otoczonego kultem pierwowzoru…

MacGyver (R D Anderson) w towarzystwie swojego syna
MacGyver rzeczywiście posiadał syna, Seana Angusa Mollay, z którym w ostatnim odcinku odjechał ku zachodzącemu słońcu… Całkiem miło byłoby poznać ich późniejsze losy 🙂 
Zdjęcie pochodzi z galerii zamieszczonej na tej stronie.

 

Wydaje mi się, że to właśnie jest jeden z bardzo poważnych problemów współczesnych powrotów serialowych, których bohaterowie nie potrafią ani odciąć się od przeszłości, ani też jej z sukcesem wskrzesić. Może więc wyślijmy Macgyvera, Muldera i Drużynę A na zasłużoną emeryturę, a stwórzmy własne, unikatowe postaci, inspirowane duchem tych serii, co może być objawem geniuszu,  jak udowodnili twórcy innej, jakże dawno temu przecież stworzonej kultowej postaci, ofiarowując nam „Sherlocka”. Hehe, może to i inna półka kulturowa, ale mechanizm można by chociaż podpatrzeć, nie sądzicie? 🙂

 Do krainy dzieciństwa wracasz na własne ryzyko, czyli syndrom podwórka moich dziadków.

Jeśli dotarłeś aż tutaj, Kochany Czytelniku, jesteś wielki 🙂 W nagrodę za Twój wysiłek, zamierzam swój wywód skończyć dość przewrotnie. Otóż mam pewne dość silne przekonanie, że krytyka z jaką spotykają się odnowione wersje kultowych seriali, w tym tak zjadliwa, jak ta dokonana przed chwilą przeze mnie, jest w bardzo dużej mierze, problemem nas samych, a nie producentów, scenarzystów, czy aktorów, odpowiedzialnych za powstanie nowych produkcji, choćby i te naprawdę były miernej jakości. Do wyjaśnienia mojego punktu widzenia posłuży mi pewne sympatyczne wspomnienie, które zapewne znów podzielę ze sporą częścią swojego pokolenia 🙂

Wychowałam się na Śląsku, w oparach fabrycznych dymów, wśród niewielkich czarnych podwórek i szarych ulic. Wobec tego w  każde wakacje, w trosce o nasze zdrowie, rodzice wybierali się z nami, na tak długo, jak tylko to było możliwe, na wieś, do domu moich dziadków, co było bardzo popularnym sposobem spędzania wakacji w ogóle wśród moich rówieśników.  W tamtym czasie byli oni już starsi i schorowani, więc ich niewielka zagroda była jedynie wspomnieniem niegdysiejszego dużego gospodarstwa, z którego woziło się mleko do mleczarni i zboże do młyna. W każdym razie, spędzane tam wakacje to był czas niczym nie skrępowanej wolności. Wybiegaliśmy wtedy z bratem, z dwupokojowej chaty dziadków, wczesnym rankiem, bez butów oczywiście,  i wracaliśmy późnym wieczorem, umorusani, najedzeni owocami z lasów i sadów. Podwórko dziadków wydawało się ogromne, okalane gospodarskimi budynkami, z najprawdziwszą studnią, z której piło się czystą zimną wodę, idealne na przeróżne wojenne bazy i fantastyczne krainy… Dzieciństwo jednak skończyło się zbyt szybko, dziadkowie odeszli na zawsze, a ich stara chata stała opuszczona. Dziwnym splotem okoliczności, ich niewielkie gospodarstwo przypadło w spadku mojej mamie, która zdecydowała się je sprzedać, zaś nowy właściciel wyburzył wszystkie budynki i wyrównał plac, zapewne pod nową  budowę.  Miałam wówczas okazję znów odwiedzić to miejsce, mój mały dziecinny raj, i wiecie co… Jakże ono wydało mi się małe! Odczułam niemal fizyczny ból patrząc na niewielki placyk, ogrodzony drutem, i zastanawiając się gdzie na Boga zmieściły się te wszystkie budynki, i boisko do nogi, i balia służąca nam za basen, i ten wielki plac, po którym silny kuzyn woził nas taczką, i jeszcze ukochana wierzba babci, pod którą tak nam smakowało mleko,  gdy wieczorem słuchaliśmy jak wujo gra na akordeonie… I tak sobie myślę… Świat widziany oczami dziecka jest zupełnie inny, wydaje się taki wielki, nieskończony, pełen przygód i odkryć. Niestety, wraz z dorastaniem, coś tracimy, i nasze jakże boleśnie racjonalne oczy sprawiają, że staje się on taki mały i zwyczajny… Dlatego też oglądając znane z dzieciństwa seriale, tymi poważnymi dorosłymi oczyma, często nie potrafimy odnaleźć już tego czaru, dreszczyku emocji, który sprawiał, że zakończenie wcale nie było oczywiste, a stworzenie samolotu z bambusa, było jak najbardziej wiarygodne… Myślę, że głównie dlatego tak łatwo przychodzi nam sąd, że serial „brzydko się zestarzał”, że już nie bawi, nie cieszy, ba nawet nie uczy, bo naciągane stare sztuczki w pięć minut obali dzieciak z komórką i dostępem do wi-fi.  Wreszcie, dlatego właśnie żadna nowa wersja nigdy nie dogoni wspomnienia, nie dorówna temu, co zapisało się w naszej pamięci, choćby była nie wiem jak napakowana efektami specjalnymi, przystojnymi bohaterami i niezależnymi nowoczesnymi dziewczynami, a każdy odcinek kończyłby się oniemiającym cliffhangerem.

Zatem nawiązując do mojej refleksji ze wstępu, myślę, że pewnych bohaterów nie da się wskrzesić w sensie dosłownym, ponieważ ich czas przeminął i nasza nostalgia to zdecydowanie zbyt mało, aby zachwycić nimi współczesnego widza. Wszyscy bowiem cierpimy w pewnym stopniu na syndrom podwórka moich dziadków, które dzisiaj jest takie małe  i puste, a jednak przecież wciąż może się stać fantastycznym fundamentem dla twórczego umysłu…

Ps. Wśród wielu fantastycznych ciekawostek na temat serialu MacGyver odnalazłam jedną, dla mnie niezwykle interesującą i koniecznie muszę się nią z Wami podzielić. Otóż, kilka odcinków tego serialu napisał Terry Notion (między innymi tak lubiany przeze mnie „Target MacGyver”). Ten urodzony w Cardiff scenarzysta, który w 1980 r. przeprowadził się do USA, był także, autorem scenariuszy do około 60 odcinków serialu „Doctor Who” (w latach 60-tych i 70-tych XX wieku) i to autorem niezwykłym,  bo tym właśnie który … wymyślił rasę Daleków! Moja wewnętrzna fangirl wciąż jeszcze piszczy i podskakuje z radości 😀

Ps. 2 Jeśli nie napisano inaczej, zdjęcia stanowią własnoręcznie wykonane przeze mnie zrzuty ekranu 🙂

Reklamy

3 myśli w temacie “Nie wszystkie powroty są szczęśliwe, czyli bohater mojego dzieciństwa znów w akcji.

  1. Hołka 10 lutego 2018 / 17:04

    W chwili, w której zobaczyłam zdjęcie ilustrujące wpis, mentalnie zapiszczałam z radości. Te dłonie trzymające scyzoryk rozpoznam przecież wszędzie!* 🙂

    Osobiście nigdy nie odważyłam się wystawiać sentymentów na próbę i od wielu lat nie wróciłam do oglądania MacGyvera. I przyznam ci się, że lektura twojego tekstu, poruszyła w moim sercu jakąś zapomnianą strunę – niespodziewanie znów poczułam, jaką radość dawał mi ten serial. No i teraz naprawdę kusi mnie, by do MacGyvera wrócić. A niech cię, Marleno! 😀

    Poza tym, dopiero czytając twój wpis uświadomiłam sobie, jak bardzo MacGyver był inny od pozostałych, telewizyjnych bohaterów tamtych czasów. I rzeczywiście umiłowanie do nauki, niechęć do przemocy, „magiczny”, wielofunkcyjny gadżet i nawet to, że nie znaliśmy imienia MacGyvera sprawiały, że był on bohaterem bardzo podobnym do Doktora (i scyzoryk, który działa nawet na drewno, nagle okazuje się być bardziej zaawansowany technologicznie, niż śrubokręt soniczny! 😀 )… I jeszcze przyszła mi w tej chwili do głowy taka myśl: Dziesiąty Doktor spotykający MacGyvera – to dopiero byłaby historia!

    Co do nowego MacGyvera, to podziwiam cię za samozaparcie – ja dałam sobie spokój po zobaczeniu pierwszego odcinka. Nie napiszę co prawda, co najbardziej zniechęciło mnie do dalszego oglądania tej produkcji, bo wyrzuciłam ją z pamięci tak szybko, jak to tylko było możliwe. Myślę jednak, że największym problemem było dla mnie to, że oglądanie przygód nowego Maca nie dawało mi frajdy. Serio – byłabym w stanie znieść wszystkie wymienione przez ciebie niedoskonałości bohaterów, niepotrzebny, dramatyczny, wątek romantyczny, a nawet niedopasowanie aktora do głównej roli, gdybym tylko pod koniec pilotowego odcinka pomyślała „ale fajne, chcę więcej”. Tymczasem ten pierwszy odcinek chyba przede wszystkim strasznie mnie znudził.

    I rzeczywiście świetnym rozwiązaniem byłoby zrobienie z nowego MacGyvera, wnuka tego oryginalnego, bo dzięki temu serial nie byłby kalką, tylko kontynuacją. Wiem, że to może trochę oklepany motyw, ale byłoby ciekawie, gdyby nowy Mac chciał być jak jego słynny dziadek, przez co jednocześnie czułby się zmotywowany i bardzo pod presją.

    Jeszcze odnośnie Doktora Who i tego, czemu ta kontynuacja się udała. Myślę, że tutaj zadziałało to, że Brytyjczycy podeszli do tworzenia nowej wersji bardzo ostrożnie, do samego końca nie wiedzieli, czy serial zaskoczy i prawdopodobnie nawet nie marzyli o tym, że odniesie wielki sukces. A przy okazji – mieli na niego pomysł! Natomiast Amerykanie z MacGyverem z góry założyli, że jeśli zrobią nową wersję czegoś, co wszyscy lubią, to automatycznie zyskają uznanie. Jak to mówią – pycha kroczy przed upadkiem.

    Wzruszyła mnie opowieść o podwórku twoich dziadków, wiesz? Przy czym, poza tym, że dzieci dostrzegają magię w zwykłych rzeczach, myślę, że duże znaczenie ma tu też zwykła „fizyczność”. To znaczy: rzeczy z dzieciństwa mogą teraz wydawać ci się małe, ponieważ ty jesteś większa. 😉 Raz doświadczyłam czegoś podobnego – kiedy po wielu latach ponownie odwiedziłam miejsce, do którego w dzieciństwie jeździłam z rodzicami na wczasy. Też zaskoczyło mnie, jak wszystkie te miejsca, które zapamiętałam jako bardzo rozległe, w rzeczywistości były całkiem małe. 😀 Kurcze, jakie to niesprawiedliwe, że gdy dorastamy, to nie dość, że świat staje się mniejszy, to na dodatek czas zaczyna płynąć szybciej! 😛

    Przy okazji: dziękuję za wszystkie ciekawostki i linki. Nie wiedziałam ani o dłoniach MacGyvera, ani o odcinkach stworzonych przez scenarzystę klasycznego Doktora Who (chyba właśnie te epizody sobie, zachęcona przez ciebie, przypomnę 😉 ). A czołówka serialu z prawdziwymi odgłosami szczerze mnie rozbawiła. 😀

    Och, a tak w ogóle – nie mogę się doczekać wpisu na temat tego, jak przekonujesz córkę do oglądania filmów i seriali, które sama darzysz wielką sympatią. Hihi, kto wie – może rady, które zawrzesz w tym tekście, zadziałają także na moich członków rodziny! 🙂

    *Na końcu pozwolę sobie na nieco prywatne wyznanie. Jednym z dwóch, pierwszych aktorów, których naprawdę „faniłam” był właśnie Richard Dean Anderson. Na własną rękę tłumaczyłam sobie jego biografię oraz wywiady (moim głównym źródłem informacji była podlinkowana przez ciebie kilkukrotnie strona rdanderson.com, która – o dziwo – od ponad piętnastu lat (rany, jak ten czas szybko leci!!!) zupełnie nie zmieniła swojego wyglądu), śledziłam newsy i przede wszystkim – bardzo tego człowieka podziwiałam, zarówno za talent aktorski, jak i to, że prywatnie zdawał się być pozytywnym człowiekiem (do tej pory pamiętam, że Anderson w młodości pojechał rowerem na Alaskę, a poza tym, ponieważ jest wielkim miłośnikiem psów – zwykł mówić, że „jego ulubionymi ludźmi są psy”).

    Przy czym „odkryłam” Andersona nieco inaczej, niż ty. W dzieciństwie nie śledziłam przygód MacGyvera (tak, jak chyba wszyscy, których znałam), bo rodzice dali mi wtedy ultimatum: „wieczorem możesz oglądać tylko jeden serial”. No i wybrałam „Drużynę A”. Natomiast, już jako nastolatka, oglądałam „Gwiezdne Wrota” i to właśnie za sprawą tego serialu zainteresowałam się Andersonem. A potem, ponieważ jeden serial z udziałem tego aktora mi nie wystarczył – zaczęłam śledzić losy MacGyvera. Przy okazji: oglądanie poczynań Maca miało dla mnie dodatkową wartość edukacyjną, kiedy razem ze mną przed telewizorem siedział mój Tata-inżynier, który co chwila komentował to, co działo się na ekranie słowami typu „to niemożliwe” albo „tak, to mogłoby zadziałać, ale…”. Co ciekawe, czasem właśnie od Taty dowiadywałam się, że rzeczy, które wyglądały na nieprawdziwe, w rzeczywistości mogłyby się wydarzyć (jak np. wybuchająca mąka rozpylona w powietrzu).

    Przy czym z czasem, po wielu latach, śledzenie losów Andersona zaczęło mnie nudzić, więc teraz jestem tylko jego „byłą” fanką.

    I już zupełnie na koniec mam do ciebie coś w stylu pytania.
    Jest bowiem pewna kwestia dotycząca Andersona, która dręczy mnie od jakiegoś czasu, a o której nigdy z nikim nie dyskutowałam, bo bałam się, że zamiast – no właśnie, dyskusji – zostanę z góry osądzona o niepoprawne myślenie i hejterstwo. Ale ty jesteś rozsądną osobą, więc wiem, że tutaj mogę tą kwestię poruszyć. 🙂
    Chodzi mianowicie o to, że Anderson, który teraz jest już na aktorskiej emeryturze, strasznie się roztył. I patrząc na jego współczesne zdjęcia, mam dwie sprzeczne myśli. Z jednej strony – każdy ma prawo decydować o własnym życiu i wyglądzie, więc jeśli Anderson postanowił sobie odpuścić dbanie o własną sylwetkę, to ma do tego święte prawo, a ja jego decyzję całkowicie szanuję (choć jednocześnie nieco martwię się o jego zdrowie). Ale z drugiej – choć wiem, że większość z nas raczej nie pięknieje z wiekiem, to jakoś tak mi przykro, że ten, kiedyś całkiem przystojny człowiek – tak brzydko się zestarzał.
    Te dwie sprzeczne myśli spowodowały natomiast, że za sprawą Andersona zaczęłam się zastanawiać, czy aktor (albo jakakolwiek inna osoba publiczna), powinien dbać o swój wizerunek także po tym, jak zrezygnuje ze swojego zawodu. Czy ma prawo całkowicie sobie odpuścić, czy też powinien w miarę możliwości dbać o siebie, dla swoich fanów.
    Moje pytanie brzmi więc: co ty myślisz na ten temat?

    Polubione przez 1 osoba

    • Marlena 10 lutego 2018 / 21:26

      Zacznę od tego, że czytając Twój komentarz pomyślałam sobie po raz kolejny, że to niesamowite jak podobny jest nasz typ wrażliwości 🙂

      Wiesz, kiedy pisałam ten tekst, kilka razy kusiło mnie żeby napisać jak bardzo MacGyver jest podobny do Doktora, i to nie tylko przez ukrywanie imienia i silne zapędy pacyfistyczne, czy przez ratowanie dnia w niekonwencjonalny sposób. Pomyślałam sobie też, że oprócz kilku innych części wspólnych, wszystkie osoby, które MacGyver spotyka na swoich myślach są tak podobne do towarzyszy Doktora i pojawiają się ewidentnie po to, żeby geniusz nie tylko miał kogo ratować i żeby miał go kto mobilizować, ale też po to, żeby miał komu tłumaczyć skomplikowane kwestie, gdy nieustannie zadają pytania o to jak to czy owo będzie działać 😀 Hehe, podobno kosmiczne przypadki nie istnieją 😀

      Szczerze polecam powrócenie do MacGyvera, chociaż tak jak napisałam, trzeba przyjąć wyrozumiałą postawę wobec tego, co jest już przestarzałe, nie tylko w kwestiach techniki, ale i pewnej mentalności czy podejścia nawet do kina akcji. Ja uważam, że żaden z moich starych seriali ( a wierz mi, telewizji za dzieciaka oglądałam sporo i świetnie rozumiem co David Tennant ma na myśl mówiąc o „wychowywaniu się na telewizji”) nie obronił się tak dobrze, zwłaszcza jeśli mowa o serialach akcji. MacGyver jest po prostu fajnym facetem i chociaż czasem człowiek chce zakrzyknąć „człowieku, coś ty sobie myślał!”, to strasznie się go lubi i czuje się ten fajny dystans jaki już wtedy miał sam do siebie. Ja najbardziej lubiłam zawsze te odcinki, w których coś tam nam o sobie ujawniał, dlatego tak mi się podobał „Target MacGyver” czy ten odcinek o powrocie na uczelnie, ale moim naj, naj, jest o dziwo pierwszy, pilotowy odcinek, napakowany macgyveryzmami po brzegi, bez dopisywania jakiejkolwiek większej historii. To niesamowite, że można tak lubić kogoś, o kim się nic a nic jeszcze nie wie 🙂 Ten właśnie odcinek pokazałam mojej córce, ze słowami zobacz co on za chwilę zrobi z karabinem i doczekałam się chwili, w której mała tłumaczy mojemu ojcu jak MacGyver wystraszył „głuptasów” (nie wolno jej używać słowa głupek 😉 ) strzelając w ziemię, no i mieliśmy rodzinne wspominki, bo każdy zapamiętał inny wynalazek Maca, hehe 🙂 Nic dziwnego, że po takiej sesji chciała więcej 🙂 Apropos, Ty wiesz, że ja naprawdę mam w planach wpis o tym, że fanowaniem można z powodzeniem zarażać własne dzieci, hehe 😀

      Jeśli idzie o nową wersję, to obejrzałam 4 odcinki, myśląc, że może jeszcze będzie lepiej, a kilka następnych… punktując wady i upewniając się, że jednak lepiej już nie będzie, hehe 🙂 Zupełnie nie wiem dlaczego serial aż tak kiepski, w którym nie umiałam polubić żadnego z bohaterów, doczekał się dwóch takich strasznie długi sezonów. Rany! Także nawet mi się podobało hejtowanie tego serialu, i znów jak przy okazji innej produkcji, chyba wiesz której ;), napiszę, że nie lubiłabym tego serialu nawet gdybym nieznała fantastycznego pierwowzoru i nawet gdyby nie wiązał się on z tymi cudownymi latami dzieciństwa ;(

      No i wreszcie Richard/MacGyver 🙂 Wiesz, bardzo długo w ogóle moja wiedza na temat aktora grającego MacGyvera kończyła się na haśle „Starring: Richard Dean Anderson”. Tak, jakbym kompletnie nie przyjmowała do wiadomości, że MaGyver jest postacią fikcyjną i że gra go jakiś aktor 🙂 Zainteresowałam się nim na fali mojej fascynacji wywiadami, gdy przez przypadek trafiłam na jeden z jego paneli na ComicCon i zachwyciłam się tym jaki to jest fajny, pozytywny człowiek. Zaczęłam więc słuchać jego opowieści i paneli, i naprawdę bawię się z nim świetnie. Bardzo ciekawe jest to, jak inne, dużo ostrożniejsze i bardziej zachowawcze były jego wywiady kiedyś, a jak szalone potrafią być dziś. Hehe, to jedyna znana mi gwiazda, która poprawia błędy językowe w pytaniach fanów i instruuje ich jak mają się posługiwać mikrofonem 🙂 Uwielbiam to, że nie robi wielkiej sensacji wokół tego jak kultowe są jego postaci i trochę się z nich nabija, a przy tym tak mocno czuć jak je kocha. I jak pięknie mówi on o zwierzętach i… swojej córce 🙂 Hehe, więcej nie napiszę, bo mam taki mały zamiar, aby stworzyć cykl o tym, czego ciekawego dowiedziałam się z wywiadów kolejnych osób i Richard na pewno dostanie swój wpis 🙂 O, i napiszę jeszcze, że strona o której wspomniałaś, mnie się naprawdę spodobała. Tzn. widać, że nie jest jakaś super nowoczesna, ale na pewno jest prowadzona z wielką starannością i jakimś takim ciepłem i szacunkiem. Jest tak sympatyczna, jak zdaje się być sam Richard 🙂 I niezwykłe, że jest nadal aktualizowana i jakoś tak wzrusza mnie liścik na stronie tytułowej, w którym Richard dziękuje za to jak pięknie prowadzona jest ta strona i jak poszanowana jest tam jego prywatność 🙂

      I na koniec, odnośnie Twojego pytania. Po pierwsze napiszę Ci, że w jednym z wywiadów Richard bardzo otwarcie odniósł się do tej kwestii. Było on kiedyś fanem sportu, wyczynowo grał w hokeja i uprawiał kilka innych sportów, niestety kontuzje, również odniesione na planach filmowych, w tym jedna, zakończona poważną operacją kręgosłupa, sprawiły, że nie wolno mu już sportu uprawiać. Richard żartował, ale jednak z niewielkim zażenowaniem, że jeśli doda się do tego po prostu starość i fakt, że bardziej cieszy Cię kanapa niż spacer, to zyskuje się taki efekt 🙂 Hmmm… Łatwo byłoby ostatecznie napisać, że mnie to nie obchodzi, ale to nieprawda. Masz rację, to jednak trochę smutne, że czas pozostawia wyraźne ślady na idolu, który jest przecież w naszych oczach idealny. Ale widzisz dla mnie naprawdę jest tak, że wiek nosi się w sercu. Gdy patrzy się jak Richard błyskotliwie żartuje, z jaką ma charyzmę i jak bardzo jest sympatyczny, zapomina się gdzieś o tym, że stoi przed Tobą brzuchaty staruszek (kurcze on ma prawie 70 lat!). Do tego, jego tusza wyraźnie służy jego twarzy, która jest praktycznie pozbawiona zmarszczek i wciąż jeszcze nosi ślady dawnej oryginalnej urody, o ile pan Anderson uporządkuje włosy 🙂 Natomiast jeśli patrzy się na jakieś smutne zdjęcie, zrobione przed sklepem przez paparazzich, w starym rozciągniętym dresie, to rzeczywiście przykrość człowieka ogrania… Także, moje zdanie jest takie, że owszem aktor, który jednak pracuje ciałem (jak to brzmi… 😛 ), powinien o siebie dbać, jednak są tacy ludzie, których piękno bije od środka i moim zdaniem Richard do takich osób należy. O ile na przykład nie mogę patrzeć na to, co stało się z panem Deppem i mówię tu o wyglądzie, nie o tym, że jego postępowanie jest paskudne, a i podczas wywiadów potrafi być okropny, o tyle pan Anderson wciąż jest dla mnie tym samym sympatycznym facetem. A widziałaś może te filmiki?

      To jest reklama samochodu, w telewizji emitowana w częściach 😀 Uwielbiam wielkie, cudowne oczko, jakie Richard puszcza tu do fanów. Z brzuszkiem czy bez, „Mac” ciągle ma to coś 🙂 Przy czym muszę podkreślić, że nie była fanką młodego Richarda. Nie wiem czy potrafiłabym być tak wyrozumiała wobec kogoś z kim związałam się emocjonalnie, np. gdyby Michael wyhodował brzuszek i nie mógł już biegać p scenie, albo David schudł tak, żeby mu się zapadły policzki (no temu to trudno będzie się roztyć 🙂 ). Chcę wierzyć, ze tak samo wystarczy mi ten wyjątkowy uśmiech i błysk w oku, bo ostatecznie, to mnie do nich bardziej przyciąga, niż ta ich nietuzinkowa uroda 😀

      Polubione przez 1 osoba

      • Hołka 11 lutego 2018 / 16:55

        „Zacznę od tego, że czytając Twój komentarz pomyślałam sobie po raz kolejny, że to niesamowite jak podobny jest nasz typ wrażliwości 🙂”
        Wiesz, ja pomyślałam dokładnie tak samo, kiedy czytałam twój artykuł! 🙂

        „kusiło mnie żeby napisać jak bardzo MacGyver jest podobny do Doktora”
        Oj, podobieństw jest naprawdę sporo! Aż teraz zaczęłam się zastanawiać, czy twórcy Maca w jakiś sposób nie inspirowali się Doktorem. I w drugą stronę: czy twórcy New Who nie dali Doktorowi kilku cech charakteru MacGyvera.

        „moim naj, naj, jest o dziwo pierwszy, pilotowy odcinek, napakowany macgyveryzmami po brzegi”
        Tak na marginesie, czy wiesz, że to jest jedyny odcinek, w którym twórcy serialu się zapomnieli i przez moment pozwolili MacGyverowi używać broni palnej i strzelać do ludzi? 😛

        „Zainteresowałam się nim na fali mojej fascynacji wywiadami, gdy przez przypadek trafiłam na jeden z jego paneli na ComicCon”
        Hehe, no widzisz, ja lubiłam Andersona jeszcze w erze „wczesnointernetowej”, czyli w czasach, kiedy filmy i seriale z jego udziałem oglądałam tylko w telewizji (i nagrywałam na kasetach wideo, modląc się po drodze, żeby pogoda była na tyle ładna, by obraz zbytnio nie śnieżył… a stary magnetowid nie wciągnął kasety wideo w trakcie nagrywania), a rzeczy z internetu wynajdywałam, kiedy odwiedzałam mamę lub tatę w pracy i zapisywałam na stercie dyskietek, by na spokojnie przejrzeć je na domowym komputerze. I kiedy na studiach w końcu zyskałam nieograniczony dostęp do internetu, z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że z Andersona wyrosłam… A potem na horyzoncie pojawił się Fichtner, który sprawił, że o moim wcześniejszym ulubieńcu zapomniałam niemal całkowicie. To natomiast sprawiło, że nigdy nie „poznałam” Andersona tak, jak ty – czytałam drukowane wywiady, jakie z nim przeprowadzono, ale nigdy nie oglądałam video-wywiadów. Kurcze, tak teraz sobie myślę, że ja nawet nie wiem, jak ten aktor mówi i zachowuje się, kiedy nie wciela się w jakąś rolę! Oj, muszę w wolnej chwili nadrobić tą zaległość! 😀

        „mam taki mały zamiar, aby stworzyć cykl o tym, czego ciekawego dowiedziałam się z wywiadów kolejnych osób”
        WOW, to brzmi naprawdę świetnie! Już nie mogę się doczekać! 😀

        „Było on kiedyś fanem sportu, […] niestety kontuzje, […] sprawiły, że nie wolno mu już sportu uprawiać.”
        Tak, o tym akurat wiem. I dlatego nie potępiam go za tą jego nadwagę (a przy okazji nieraz usprawiedliwiam swoje sportowe lenistwo myślą, że wysportowani ludzie na starość, z powodu braku ruchu, tyją bardziej od tych, którzy całe życie się oszczędzali 😛 )

        „Łatwo byłoby ostatecznie napisać, że mnie to nie obchodzi, ale to nieprawda. Masz rację, to jednak trochę smutne, że czas pozostawia wyraźne ślady na idolu, który jest przecież w naszych oczach idealny. Ale widzisz dla mnie naprawdę jest tak, że wiek nosi się w sercu.”
        Czyli wychodzi na to, że znowu się zgadzamy. 🙂

        „Nie wiem czy potrafiłabym być tak wyrozumiała wobec kogoś z kim związałam się emocjonalnie, np. gdyby […] David schudł tak, żeby mu się zapadły policzki (no temu to trudno będzie się roztyć 🙂 ).”
        Hihi, no widzisz, a ja właśnie mam odwrotnie. Właśnie z powodu Andersona, jak patrzę na Tennanta lub Fichtnera, czasem myślę sobie „chłopie, będę cię lubić bez względu na wszystko, ale proszę – dbaj o linię!”. Choć przy okazji wiem, że w tym myśleniu jest sporo hipokryzji – w końcu sama nie jestem ani wysportowana, ani tym bardziej szczupła, a wymagam tego od innych, na dodatek dużo starszych ode mnie osób.

        Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s